żołnierz siedzący na pustyni a w tle helikopter - recenzja filmu Karbala
Helikopter w kurzu.

Recenzja filmu Karbala, czyli wojna światów

Dzień dobry. Zapraszam na recenzję z ulubionego przeze mnie gatunku: przez 3/4 recenzji narzekam na to, co jest nie tak, a potem oznajmiam, że film jest porządny i warto na niego wybrać się do kina.

O tym, czy warto wybrać się do kina na Karbalę i dlaczego tak

Ale być może tym razem zacznę od napisania, że film jest porządny, a potem będę narzekał? Dobra, tak zrobię. Karbala jest naprawdę porządnym filmem, który warto zobaczyć w kinie. Z grubsza wygląda to tak, że jeśli podobał Wam się zwiastun, to film spodoba się Wam również. I vice versa. Jeśli nic tylko kręciliście nosem na wszystko, co zobaczyliście w zwiastunie, to zapewne podczas oglądania całości będzie jeszcze gorzej. Trudno, nie jest to pierwszy i ostatni film, jaki zobaczycie w życiu – odpuśćcie sobie i innych chętnych nie odstraszajcie.

Chciałoby się w trakcie pisania recenzji polskich filmów uniknąć zwrotu „jak na polskie kino”, ale niestety póki co bardzo rzadko zdarza się taka możliwość. Karbala nie jest filmem, w którym o tym zwrocie można zapomnieć, ale naprawdę nie aż tak dużo zabrakło, żeby go nie używać. Karbala, jak na polskie kino, wygląda bardzo dobrze, ale i jak na kino w ogóle nie ma się czego wstydzić. Z pewnością z grubszym portfelem byłoby to o wiele bardziej efektowne dzieło, ale może właśnie dlatego, że trzeba było sobie radzić z tym, co się ma, warto docenić efekt końcowy. Szczególnie że właśnie to, jak wygląda jest najmocniejszą zaletą Karbali. Jak na polskie kino.

Wybuch miny na poboczu drogi przed polskim wozem opancerzonym.

Aczkolwiek przeglądając fotosy można złapać się na myśli, że na nich Karbala wygląda jeszcze lepiej. Szkoda, że w filmie było tak dużo trzęsącej się kamery.

I to, że jest to film konkretny. Jednym z najgorszych grzechów w kinie jest dryfowanie w jakichś dziwnych kierunkach. Robisz slasher, a przez pół filmu bohaterowie dyskutują o życiu. Robisz film wojenny, a bohaterowie przez pół filmu latają z narzeczonymi po łąkach. Ziew. W Karbali czegoś takiego nie ma. Obiecali film o oblężeniu ratusza w Karbali i zrobili film o oblężeniu ratusza w Karbali. Obiecali film o służbie polskich żołnierzy w Iraku i jest film o służbie polskich żołnierzy w Iraku. Najpierw rozejrzeliśmy się po ich codzienności, a potem chwycili za broń i zaczęli strzelać. Same konkrety i tak właśnie powinno być.

Ważne w podjęciu decyzji o wybraniu się do kina są też argumenty pozafilmowe. Warto dać naszym filmowcom ten kredyt zaufania, bo nie odstawili kichy mimo problemów, z jakimi borykali się od samego początku. Zacisnęli zęby i zrobili swoje, jak najlepiej się dało. Nie szkodzi, że nie wszędzie dało się tak dobrze, jak gdzie indziej. Ogólny rozrachunek wychodzi na plus. A trzeba pamiętać, że historia powstania Karbali sięga aż 2012 roku, kiedy rozpoczęto zdjęcia, by potem napotkać na pierwsze przeszkody. Reżyser filmu, Krzysztof Łukaszewicz, na wczorajszym pokazie wspominał o nich mimochodem i bez nazwisk, dziękując tym, których odejście z projektu dało dodatkową siłę do tego, żeby pokazać, że da się zrobić porządne polskie kino wojenne.

Marcin Dorociński w filmie Karbala dzwoni do sztabu

Andrzej Chyra w filmie Karbala

Biorąc to wszystko pod uwagę, mimo niewątpliwie słabych punktów Karbali, plusy wydają się zdecydowanie przysłaniać minusy.

Słabe punkty Karbali

No i chyba nie będzie tak źle z tymi 3/4 recenzji narzekań, bo już zdążyłem się zmęczyć zanim pojawił się temat słabych stron Karbali, więc teraz to już tylko siłą rozpędu.

Napisałem wyżej, że mocną stroną filmu Łukaszewicza jest to, że jest konkretny. Niestety efektem ubocznym takiej sytuacji jest scenariusz, który nie za bardzo ma się gdzie rozwinąć. A przynajmniej tak to wygląda w przypadku Karbali, gdzie scenariusz ogranicza się do opowiedzenia historii punkt po punkcie, w stylu trochę przypominającym to, że film powstał na podstawie serii artykułów o różnych epizodach służby. Nie ma czasu np. na bliższe poznanie bohaterów – brak tu w ogóle jakiegoś jednego, konkretnego bohatera wokół którego toczy się akcja. Jest przynajmniej kilka równorzędnych postaci zgrupowanych według konkretnych cech charakteru: prawy dowódca, tchórz, służbista, trep, niewinny brat, twardy wojak, dowcipniś plus kilka postaci w ogóle bez charakteru. Paradoksalnie (bo jest przecież w filmie kilku niezłych aktorów) na tym tle ubranej w mundury masy najlepiej wypada Antek Królikowski, który ma do zagrania trochę więcej i dobrze sobie z tym radzi. Pewnie spadną na niego gromy, ale zupełnie nieuzasadnione i wyrażane przez pryzmat tego, jaką osobą Antek jest prywatnie. A to błąd, bo nie ma to nic do rzeczy. Liczy się to jak zagrał, a nie, jakim jest kolesiem. O reszcie obsady można zaś jedynie napisać, że dobrze się spisali jako żołnierze, ale to chyba akurat dobrze, skoro to film o żołnierzach. Do zagrania jednak wiele nie mieli, czasem nawet znikając zupełnie bez śladu (przegapiłem, czy nie wiadomo co się stało z postacią Mikołaja Roznerskiego?; albo ta scena z jadącymi na odsiecz wojakami, zatrzymali ich Amerykanie i koniec wątku – potem gdzieś w tle ich było widać, ale po co ta cała scena, która wyglądała na zapowiedź rozpierduchy, a sprowadzała się tylko do tego, że do Karbali nie da się dostać).

Coś mi mówi, że Q-Blog będzie jedynym miejscem, w którym poczytacie pochwały dla Antka Królikowskiego :).

Coś mi mówi, że Q-Blog będzie jedynym miejscem, w którym poczytacie pochwały dla Antka Królikowskiego :).

W Karbali brakuje też napięcia, co również trzeba zrzucić na karby scenariusza. No nie ma tego napięcia za dużo, a przecież aż prosiło się o jakąś wielką dawkę emocji, nawet niezgodną z prawdziwymi wydarzeniami. OK, kibicujemy naszym, chcemy, żeby przeżyli, ale to za mało. Pod tym względem Karbali dużo brakuje do takich filmów jak np. Kajaki. Też niskobudżetowy, też o żołnierzach, a jednak nieporównywalnie bardziej trzymający w napięciu, choć opowiadający „tylko” o tym, jak kilku żołnierzy weszło na pole minowe.

Na brak napięcia wpływa też najsłabszy według mnie element Karbali – totalny brak taktyki ze strony naszych filmowych przeciwników. Trudno mi powiedzieć, czy dokładnie tak wyglądało w rzeczywistości to oblężenie City Hall (nie wiem, dlaczego nie mówią o nim per ratusz tylko cały czas City Hall to, City Hall tamto), ale jeśli tak, to nie dziwota, żeśmy się obronili bez strat własnych. Przez pierwsze dwa dni taktyka wroga ograniczała się do wystawiania się na strzał na otwartym terenie bezpiecznie ukrytym polskim żołnierzom. Allahu akbar! Trup. Allahu akbar! Trup. Polscy żołnierze nawet nie musieli się ruszać z miejsc, które zajęli na początku „oblężenia”. Wystarczyło, że mają celne oko. Trzeciego dnia wróg wystrzelił trzy razy z moździerza i tyle. Aż prosiło się, żeby reżyser przypomniał sobie, że to film fabularny, a nie dokument i można trochę „zachachmęcić”.

Brakowało mi też lepszego wprowadzenia w tę historię. Film o oddziale polskich i bułgarskich żołnierzy broniących przez trzy dni City Hallu przed atakami Al-Kaidy i Al-Sadry to trochę za mało. Łatwo się potem pogubić, gdy zamachowiec samobójca wysadza się na środku placu, a zagniewani miejscowi zaczynają obrzucać naszych kamieniami. Bo co?

Podsumowując Karbalę

Jest dobrze. To bez dwóch zdań film, którego wstydzić się nie trzeba i można go pokazać poza Polską. Żeby wszyscy zobaczyli, że za sprawę walczą nie tylko dzielni amerykańscy chłopcy, ale też taki mały kraj, który wysyła swoich żołnierzy w opancerzonych w dechy tarpanach. Zwykle wiuchające na wietrze flagi wkurzają, ale w tym przypadku jest inaczej. Z przyjemnością zobaczyłem powiewającą nad City Hall polską flagę i gdybym to ja decydował, dałbym ją dużo większą. Nikt obcy nie zrobi filmu o naszym bohaterstwie, więc zdecydowanie sami powinniśmy to robić. I to właśnie w taki sposób.

Wrażenie robi też fakt, że większość filmu została nakręcona na Żeraniu. Jedynym tego widocznym minusem, niemożliwym do przeskoczenia, było słońce, które – choćby nie wiadomo jak mocno świeciło – to jednak nie świeci tak jak na Bliskim Wschodzie. I nie da się tego klimatu oszukać sypiąc na aktorów cementem.

(1970)

Dzień dobry. Zapraszam na recenzję z ulubionego przeze mnie gatunku: przez 3/4 recenzji narzekam na to, co jest nie tak, a potem oznajmiam, że film jest porządny i warto na niego wybrać się do kina. O tym, czy warto wybrać się do kina na Karbalę i dlaczego tak Ale być może tym razem zacznę od napisania, że film jest porządny, a potem będę narzekał? Dobra, tak zrobię. Karbala jest naprawdę porządnym filmem, który warto zobaczyć w kinie. Z grubsza wygląda to tak, że jeśli podobał Wam się zwiastun, to film spodoba się Wam również. I vice versa. Jeśli nic tylko kręciliście…

Czas na ocenę:

Ocena: 7

7

wg Q-skali

Podsumowanie: Zapis najkrwawszej bitwy, jaka stała się udziałem polskich żołnierzy po II wojnie światowej. Naprawdę porządne kino wojenne.

2 odpowiedzi

  1. Najkrwawsza bitwa i nie zginął żaden Polak?

  2. Quentin

    Takie chojraki! :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.