recenzja filmu Extinction
Bohaterowie filmu Extinction z niecierpliwością wypatrują recenzji na Q-Blogu.

Wokół wieczna zima – recenzja filmu Extinction

Jest coś takiego, że filmy o srogiej zimie lepiej oglądać upalnym latem i vice versa.

Zawiało chłodem z ekranu

W sytuacji, w której +30 stopni określane jest jedną z niższych temperatur nadchodzących dni, ostry powiew zimy z ekranu sprawił, że może nie poczułem się orzeźwiony, ale z przyjemnością popatrzyłem sobie na śnieg i lód.

Ale i z przyjemnością popatrzyłem sobie na tę hiszpańską produkcję w amerykańskiej obsadzie, która wyskoczyła jak diabeł z pudełka ni stąd ni zowąd. Z ekranu kusiła twarzą Matthew Foksa i Jeffreya Donovana, ale i – może nie jakoś specjalnie oryginalną – historią, która w dobrym wykonaniu zawsze może zażreć.

O czym jest film Extinction

Zaczyna się od wyginięcia całej ludzkości – z przytupem. Bardziej to umowne niż pokazane na ekranie, ale efekt jest wymierny. Oto w domach po dwóch stronach ulicy mieszkają ocaleli z najwyraźniej zombieepidemii. Minęło dziewięć lat od jej wybuchu, świat pokrywa wieczna zmarzlina, a po horyzont ani w cb radio nie widać/słychać ani jednej żywej duszy. Ale to nie jest największy kłopot obu bohaterów filmu, których jakieś wspomnienie z przeszłości dzieli niczym Kargula i Pawlaka. Jeden mieszka z dorastającą córką, drugi z psem. Tymczasem w okolicy zaczynają się pojawiać zombiestwory (bardziej przypominające jednak zamrożone crawlery z Zejścia), które znów zagrażają życiu ocalałych.

Bardziej żywiołowy hiszpański horror

Jest Extinction przedstawicielem tego bardziej rozrywkowego hiszpańskiego horroru. Czyli nie ma tu czarów marów, długich ujęć klasycznie urządzonych korytarzy, ukrywających się w ścianach duchów i innych tego typu historii. Za scenariusz odpowiedzialny jest Alberto Marini, który wyprodukował m.in. serię [REC]. Przy okazji napisał też parę innych scenariuszy w tym ten oparty na powieści Juana de Dios Garduño. Z tego co widzę z opisu tej książki po hiszpańsku, ma ona ciut większy rozmach niż w zasadzie kameralna wersja filmowa. Ta skupia się w dużej mierze na konflikcie bohaterów, potwory chowając na drugi plan. W związku z czym nie jest to żadna zombiejatka, a raczej rzut okiem na to, jak moglibyśmy się zachować, gdyby wydarzyła się pokazana w filmie katastrofa.

Extinction – czy warto go obejrzeć?

Jak na dość długi czas trwania i w zasadzie tylko trójkę bohaterów, nie można powiedzieć, żeby z ekranu wiało nudą. Nie jest to na pewno arcydzieło kina i często miałem wrażenie, że to bardziej portfolio reżysera Miguela Ángela Vivasa, który chciał pokazać, że już jest w stanie nakręcić film w Hollywood. Ale zaskakująco przyjemnie mi się Extinction oglądało.

Na pewno za bardzo rzucają się w oczy niedostatki techniczne, by Extinction ocenić na wyżej niż Siódemkę. Filmowa zima zbyt często przypomina wrzuconą na grinboks grafikę komputerową i to niestety za bardzo rzuca się w oczy i przeszkadza w skupieniu się na filmie. Nie lepiej było przejechać się na jakąś Grenlandię i tam to nakręcić? Na pewno drożej, ale chyba byłoby warto.

(1950)

Jest coś takiego, że filmy o srogiej zimie lepiej oglądać upalnym latem i vice versa. Zawiało chłodem z ekranu W sytuacji, w której +30 stopni określane jest jedną z niższych temperatur nadchodzących dni, ostry powiew zimy z ekranu sprawił, że może nie poczułem się orzeźwiony, ale z przyjemnością popatrzyłem sobie na śnieg i lód. Ale i z przyjemnością popatrzyłem sobie na tę hiszpańską produkcję w amerykańskiej obsadzie, która wyskoczyła jak diabeł z pudełka ni stąd ni zowąd. Z ekranu kusiła twarzą Matthew Foksa i Jeffreya Donovana, ale i - może nie jakoś specjalnie oryginalną - historią, która w dobrym wykonaniu…

Czas na ocenę:

Ocena: 7

7

wg Q-skali

Podsumowanie: Trójka prawdopodobnie ostatnich ludzi na Ziemi walczy o przeżycie w skutym lodem świecie. W sam raz na upalne dni.

6 odpowiedzi

  1. „Extinction” to niezły film, ale cierpi niestety na syndrom „I am Legend”. Wszystko się pieprzy gdy ginie pies i pojawia się kobieta z bachorem (tutaj jeszcze w brzuchu:P).

  2. Quentin

    Tu nie odczułem tego aż tak jak w I Am Legend. Pewnie dlatego, że po filmach takich jak Extinction niczego nie oczekuję – będzie dobry to fajnie, nie będzie to wszystko jedno, w końcu to tylko hiszpański film z Matthew Foksem :). A IAL to zupełnie inna sprawa – budżet, topowi aktorzy (no jeden :) ), nieograniczone możliwości i nic z tego. Film zdycha z psiakiem.

  3. Tak, racja. Nie jest to aż tak odczuwalne jak w „I am Legend”, gdzie spadek jakości filmu w drugiej połowie jest wręcz katastrofalny, poza tym też w „Extinction” nie dzieje się to tak nagle – początkowe minuty po śmierci psa są jeszcze bardzo dobre a dramaturgiczne wątki godzenia się sąsiadów reżyser rozgrywa bez zarzutu. Niemniej z czasem zaczyna mu się spieszyć, jakby sobie nagle przypomniał, że to ma być horror S-F i trzeba by tu nasłać na bohaterów tabun potworków (które słuch niby mają znakomity ale jakoś taki wybiórczy). Druga sprawa, że ja mam odwrotne podejście. Może za czasów gdy „I am Legend” miało swoją premierę jeszcze tak nie było, ale dziś mam zdecydowanie większe oczekiwania w stosunku do kina z Hiszpanii niż hollywoodzkiego mainstreamu, który rzadko jest w stanie zaoferować coś ponad poprawne, rzemieślnicze produkcje, a i to wcale nie tak często.

  4. W przypadku obu tych filmów dla mnie to tylko rozrywka i rozrywkowe oczekiwania, więc tu nie ma potrzeby czegoś więcej niż rzemieślnicza poprawność. Dlatego też bardziej doceniam film, który miał trudniej by ją osiągnąć. I nawet jak coś w nim zgrzyta to mi nie przeszkadza aż tak.

  5. W sumie akurat co do „Extinction” to masz słuszność – nie po to robili po angielsku film, by się bawić w jakieś artyzmy czy reżyserskie ambicje. :) Niemniej to kino rozrywkowe europejskie, azjatyckie czy nawet amerykańskie ale spoza głównego nurtu, że tak to ujmę, przynajmniej czasem potrafi wyjść poza poprawność, oczywistość, „ugrzecznienie” i schlebianie gustom amerykańskiej młodzieży.

  6. Quentin

    Bez dwóch zdań perełek trzeba szukać właśnie tam, to nie ulega żadnych wątpliwości. Im więcej do gadania ma producent tym gorsze kino.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.