recenzja horroru 7500
- Co ten Quentin tu wypisuje?

Coś wisi w powietrzu – recenzja filmu 7500

Nie spodziewałem się, że dożyję tej chwili. Serio.

Film Takashiego Shimizu inny niż Klątwa

Takashi Shimizu nakręcił coś innego niż Klątwę! Koleś, który od lat kręcił w Japonii i Stanach ten sam film dodając do niego tylko cyferkę albo przestawiając człony tytułu, nagle wyskoczył z czymś zupełnie innym! (Dobra, wiem, że coś tam jeszcze trochę innego po drodze było, ale gorzej by wstęp brzmiał)

No z tym „nagle” to tak średnio na jeża, bo 7500 był już gotowy w sierpniu 2012 roku. Nie mam pojęcia, czemu film musiał poczekać parę lat na swoją premierę, bo ani nie jest najgorszym filmem na świecie, ani nazwisko Shimizu z wiekiem nie nabierało blasku jak wino. Zresztą, mniejsza z tym. Film w końcu wylądował (nomen omen) jakiś czas temu i… I już.

Jako że cholernie modny kiedyś japoński horror, którego Shimizu był prekursorem, już dawno takim przestał być (modnym, a nie japońskim :P), Shimizu postanowił odpuścić straszydła z długimi włosami i przenieść się ze swoimi bohaterami na pokład samolotu lecącego z Los Angeles do Tokio. Tym samym 7500 jest całkowicie amerykańskim z wyglądu filmem, co nie powinno dziwić, skoro napisał go Amerykanin Craig Rosenberg, autor m.in. The Quiet Ones i The Uninvited. Informuję o tym fakcie, gdyby ktoś ostrzył sobie zęby na japoński horror. Tu takiego nie znajdzie.

O czym jest horror 7500

Zaczyna się to wszystko niczym rasowy film katastroficzny. Na pokładzie ww. samolotu meldują się główni bohaterowie (w ich rolach m.in. totalnie niewykorzystana Amy Smart oraz Ryan Kwanten), a my mamy okazję poznać ich ciut bliżej. Skacowana stewardessa, stewardessa, która ma nadzieję, że pilot odejdzie dla niej od żony, młode małżeństwo z żoną, która zamęcza wszystkich zdjęciami ze swojego ślubu, miłośniczka ćwieków i tatuaży oraz jeszcze dwie pary, które lecą rozerwać się w Tokio. Plus kilka innych, mniej ważnych osób. Potem w trakcie lotu jeden z pasażerów niespodziewanie umiera i od tej chwili zaczynają się dziać rzeczy dziwne.

7500 – warto czy nie?

Poradził sobie Shimizu bez problemu z koniecznością rozegrania całego filmu w jednej lokacji, choć trudno mówić o tym, żeby wpadł na jakiś świetny pomysł jak wykorzystać to na swoją korzyść. Jeśli już jakoś sobie pomógł to skracając film do jakichś śmiesznych siedemdziesięciu paru minut, co na szczęście pozwoliło uniknąć niepotrzebnego rozwlekania i nudzenia widza.

Jest 7500 typowym przykładem kina, które nazywam krótkim: obejrzeć można, tylko po co? Pewnie ciekawiej by było, gdyby po prostu był okropny. Wtedy można by go było zjechać od dołu do góry. A tak to nawet nie ma czego zjeżdżać. Po prostu: film jakich wiele. Sądzę, że lepiej prezentowałby się w formie skrojonej pod odcinek Strefy mroku i Shimizu pewnie też o tym wie. W końcu poświęcił chwilę swojego filmu na pokazanie fragmentu chyba wiadomego epizodu tego kultowego serialu.

(1953)

Nie spodziewałem się, że dożyję tej chwili. Serio. Film Takashiego Shimizu inny niż Klątwa Takashi Shimizu nakręcił coś innego niż Klątwę! Koleś, który od lat kręcił w Japonii i Stanach ten sam film dodając do niego tylko cyferkę albo przestawiając człony tytułu, nagle wyskoczył z czymś zupełnie innym! (Dobra, wiem, że coś tam jeszcze trochę innego po drodze było, ale gorzej by wstęp brzmiał) No z tym "nagle" to tak średnio na jeża, bo 7500 był już gotowy w sierpniu 2012 roku. Nie mam pojęcia, czemu film musiał poczekać parę lat na swoją premierę, bo ani nie jest najgorszym filmem…

Czas na ocenę:

Ocena: 6

6

wg Q-skali

Podsumowanie: Śmierć jednego z pasażerów samolotu lecącego do Tokio rozpoczyna serię dziwnych wydarzeń. Obejrzeć można, tylko po co?

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.