Haley Lu Richardson w filmie The Well aka The Last Survivors recenzja
Haley Lu Richardson i jej strzelba w filmie The Well aka The Last Survivors

Różne twarze apokalipsy – recenzja The Well aka The Last Survivors

Napięcie rośnie. Premiera prawdopodobnie najlepszego filmu roku – Mad Max: Na drodze gniewu – zbliża się szybkimi krokami, a pierwsze recenzje nie pozostawiają wątpliwości: jest na co czekać! Ale filmowa apokalipsa to nie tylko spektakularne wybuchy, wojna o benzynę i przemierzanie pustyni w zmodyfikowanych samochodach. Jest też inne jej oblicze, bardziej spokojne, niskobudżetowe. I to właśnie ten niski budżet definiuje produkcję, o której w dwóch słowach dzisiaj.

Tytuły dwa – pierwszy festiwalowy, pod którym film Thomasa S. Hammocka można było oglądać i u nas na zeszłorocznym Black Bear Festival; drugi – bardziej łopatologiczny i chwytliwy na potrzeby dystrybucji DVD. A przynajmniej tak mniemam, bo jako szary, sugerujący się tytułem widz wolałbym kupić Ostatnich ocalałych niż Studnię. Szczególnie że parę Studni już do tej pory było, a Ostatnich ocalałych, o dziwo, mniej… No ale mniejsza o to, róża innym nazwana imieniem pachnie tak samo. A jak pachną The Last Survivors?

Gdybyście przewinęli na sam dół recenzji przeczytalibyście, że jest to film bardzo porządny, ale nudny. Czyli coś z tej samej parafii co i opisywany tu jakiś czas temu Włóczęga [The Rover]. Z tą różnicą, że Włóczęga niósł ze sobą dużo większy ładunek emocjonalny, no i jednak prezentowana tam wizja przyszłości robiła większe wrażenie. No po prostu miał lepszy scenariusz.

recenzja filmu The Well aka The Last Survivors

Pustka.

The Well opowiada o rodzeństwie, wychowankach domu dziecka, którzy ukrywają się na strychu i marzą o tym, by wyrwać się z suchej dziury nazywanej kiedyś Oregonem. Od lat nie padał tu deszcz, a wszystkie studnie kontrolowane są przez okrutną bandę, która najpierw strzela, a potem zadaje pytania. Nadzieją na ucieczkę jest odfrunięcie w siną dal znalezioną awionetką. Trzeba jeszcze tylko znaleźć brakującą część jej silnika. Zadania tego podejmuje się dzielna siostra, która na każdym kroku musi uważać, by nie wpaść w łapy oprychów.

Przy zastosowaniu stosunkowo niewielkich kosztów, autorom filmu udało się stworzyć wiarygodny obraz przyszłości, co było o tyle ułatwione, że wystarczyło znaleźć parę zniszczonych domów na pustyni. Sprawę ułatwił też fakt, że skupili się na tym małym wycinku świata bez ambicji pokazania apokalipsy na szeroką skalę. W związku z czym cała historia została sprowadzona do nieustannej walki o przeżycie w depresyjnym krajobrazie spalonym słońcem. Choć przez większość czasu sprowadzonej do chowania się za winklem i korzystania z tego, że nikt nie patrzy. Zanim doszło do jakiejś konfrontacji, można, a nawet trzeba było poczuć znudzenie.

No i to największy problem tego filmu, którego realizacji naprawdę nie można nic zarzucić.

(1899)

Napięcie rośnie. Premiera prawdopodobnie najlepszego filmu roku - Mad Max: Na drodze gniewu - zbliża się szybkimi krokami, a pierwsze recenzje nie pozostawiają wątpliwości: jest na co czekać! Ale filmowa apokalipsa to nie tylko spektakularne wybuchy, wojna o benzynę i przemierzanie pustyni w zmodyfikowanych samochodach. Jest też inne jej oblicze, bardziej spokojne, niskobudżetowe. I to właśnie ten niski budżet definiuje produkcję, o której w dwóch słowach dzisiaj. Tytuły dwa - pierwszy festiwalowy, pod którym film Thomasa S. Hammocka można było oglądać i u nas na zeszłorocznym Black Bear Festival; drugi - bardziej łopatologiczny i chwytliwy na potrzeby dystrybucji DVD. A…

Czas na ocenę:

Ocena: 6

6

wg Q-skali

Podsumowanie: W świecie zniszczonym przez suszę dwójka rodzeństwa stara się przeżyć za wszelką cenę. Bardzo porządny film. Ale nudny.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.