Blackfish, Capturing the Friedmans

Można wysnuć wniosek, że dostałem hyzia na punkcie dokumentów, bo ostatnio tylko je oglądam, ale to nieprawda. Dokumenty lubię od dawna i od dawna je oglądam. Teraz trochę więcej, bo ciekawych fabuł brak, to i poświęciłem chwilkę, żeby wygrzebać te dokumenty, których jeszcze nie widziałem. Plus te, które parę dni temu dostały się na wąską listę tytułów ubiegających się o najbliższego Oscara.

I trzeba przyznać, że dobrych dokumentów jest cała masa, a takich zupełnie marnych praktycznie nie widziałem. Pewnie są, ale ja na nie nie trafiam. Wobec czego mogę z pełną świadomością znów oświadczyć, że filmy dokumentalne rządzą!

Blackfish

Zacznijmy od mocnego kandydata do ww. Oscara, do którego parę godzin temu (#BreakingNews) zdecydowałem się trzasnąć napisy. I nie, ta notka nie jest tylko po to, żeby o tym poinformować i żebyście się tym zachwycali 😛

„Blackfish” to cholernie smutny film, którego nie polecam miłośnikom zwierząt, bo spłaczą się jak głupi od początku do końca i braknie im chusteczek. To, że go obejrzałem nie oznacza, że nie jestem miłośnikiem zwierząt. No może bez przesady, ale z pewnością odkąd jestem dumnym posiadaczem francuskiego buldoga (wcześniej miałem tylko kury, ale to było dawno temu), to trochę inaczej spoglądam na sprawę. I powiem Wam, że po „Blackfish” mam wyrzuty sumienia, że czasem trzymam Bazyla tylko w kojcu i nie daję mu wskoczyć na łóżko.

Tytułowy „blackfish” to ogromna orka, jedna z wielu orek trzymanych na całym świecie w oceanicznych parkach tematycznych. Orka niezwykła, bo ściśle związana z trzema śmiertelnymi wypadkami, jakie na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat wydarzyły się w tychże przybytkach.

Dokument ów to film zdecydowanie contra tworzeniu takich miejsc rozrywki i po seansie trudno się dziwić, że jest tak a nie inaczej. Inna sprawa, że jednostronność filmu spowodowana jest głównie przez przedstawicieli wodnych parków rozrywki, którzy nie chcieli ani słowem skomentować tego, do czego dotarli twórcy filmu. A dotarli do rzeczy, które sięgają czterdziestu lat wstecz i które w o wiele bardziej szerokim kontekście stawiają śmiertelne wypadki na pierwszy rzut oka wydające się na tyle rzadkie, że rzeczywiście można uwierzyć, że wydarzyły się tylko i wyłącznie z winy błędu trenera.

Losy Tilikuma, bo tak zwie się tytułowy bohater filmu, opowiedziane przez filmowców są po prostu straszne, a pod maską uśmiechniętego pyszczka kryje się wiele smutnych doświadczeń. W trakcie seansu musimy odpowiedzieć sobie na parę pytań i jakoś tak potem uwiera, że często nie robimy nic, żeby pomóc tym, którzy cierpią. Nawet jeśli to tylko orki. 9/10

Aczkolwiek mam nadzieję, że nie do końca jest tak strasznie, jak to malują w „Blackfish”.

***

Capturing the Friedmans

Wymieniany jednym tchem na liście najlepszych dokumentów ever, CtF nie porwał mnie i nawet wiem dlaczego.

Oto rodzina tytułowych Friedmanów. Typowa klasa średnia z przedmieścia bez większych życiowych zmartwień. Ojciec, matka, trzech synów. Pewnego dnia policja zostaje zaalarmowana, że pan domu, szanowany nauczyciel muzyki i obsługi komputerów, zamówił sobie pisemko z dziecięcą pornografią. Okazuje się to prawdą, a wspomniane pisemko zostaje odnalezione podczas przeszukania domu. Wraz z innymi podobnymi pisemkami. I kiedy wydaje się, że to już koniec tej historii, wychodzi na jaw, że pan Friedman oraz jeden z jego synów regularnie molestowali chłopców uczęszczających do nich na kursy komputerowe.

Mocny temat jest tu tylko punktem wyjścia do opowieści o rozpadzie rodziny. Niespełniony filmowiec, pan Friedman, zaraził do swojej pasji synów w wyniku czego dostajemy na tacy godziny domowych filmów wideo, w których jak na dłoni możemy obserwować losy rodziny przed i po incydencie. Niedomówienia w całej aferze sprawiają, że nie wiadomo komu wierzyć, a podczas gdy synowie murem stoją za swoim ojcem i bratem, matka staje po drugiej strony barykady. Wszyscy wciąż jednak mieszkają razem i nagrywają swoją codzienność na kolejne kasety wideo.

I właśnie dlatego – przez ten obraz rozpadu rodziny – film nie do końca mi podszedł. Posiadając bardziej sensacyjną naturę, spodziewałem się jakiegoś „I wtedy” w środku historii, które pchnęłoby ją na jeszcze inne tory. Niczego takiego nie było. Wraz z wypuszczeniem ojca za kaucją kończą się twisty w historii, a zaczyna psychologia. I to mnie trochę zawiodło. 7/10

Z pewnością też lepiej by się oglądało CtF, gdyby było się Amerykaninem, który żył tą historią na bieżąco. W końcu zbulwersowała cały kraj. Twórcy filmu dotarli do niepublikowanych dotąd filmowych materiałów, które rzucają nowe światło na sprawę Friedmanów (tak by to można reklamować, nie wiem, jak było w rzeczywistości) – to działa na wyobraźnię kogoś, kto zna ową historią. Coś jakby nagle znaleziono domowe wideo mamy Madzi. No ale ja nie jestem Amerykaninem.

Brakowało mi też paru odpowiedzi na pytania. Pan tata obstawał (już nie żyje), że jest niewinny, zeznania jego rzekomych ofiar były co najmniej wątpliwe, więc łatwo uwierzyć, że Friedman został wrobiony, ale skąd miał dostęp do pedofilskich gazetek? Tego z filmu się nie dowiedziałem. Zamówił sobie, ot tak, z nudów?

(1636)

Odpowiedź

  1. Blackfish faktycznie dobry, no i polecam każdemu, komu wydaje się, że morskie parki rozrywki to świetna zabawa (są tacy??). No i wielki plus za napisy 😉

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.