Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Kalevet aka Rabies

Jednym z najbardziej oczekiwanych przeze mnie aktualnie filmów jest izraelski „Big Bad Wolves”. Zanim jednak wpadnie w moje łapy, obejrzałem poprzednie dzieło duetu jego reżyserów – Aharona Keshalesa i Navota Papushady – „Kalevet”. Kiedyś w Prevuesach śmignął tu jego zwiastun, ale pomimo mojej pozytywnej opinii o nim jakoś nie mogłem się zebrać, żeby skonfrontować go ze skończonym filmem. Aż w końcu się udało.

Tu i ówdzie wypisują o tym filmie, że to pierwszy nakręcony w Izraelu horror, ale znacznie mija się to z prawdą. Bo „Kalevet” to nie dość, że slasher, to jeszcze na dodatek pomysłowy slasher. Wiadomo, trudno wnieść coś nowego do tak sztywnego gatunku, ale temu filmowi udaje się przemycić ten fragmencik oryginalności, który sprawia, że całość obejrzeć warto. Nie nalezy się tylko nastawiać na zapowiadany horror i strach przed ekranem. Nic z tego. Bać się tu czego nie ma, bo nie o strach w tym wszystkim chodzi.

Grupa młodzieży (a jakże) wybiera się wspólnie gdzieś tam (a jakże). W połowie drogi skręcają nie w tę drogę co trzeba (a jakże) i wkrótce znajdują się w rezerwacie lisów, w którym grasuje niebezpieczny psychopata (a jakże). Od tego momentu wszystko staje na głowie.

OK, zdaję sobie sprawę z tego, że brzmię entuzjastycznie, więc może doleję trochę zimnej wody i zaznaczę, że nie należy się po tym filmie spodziewać wielkiej rewolucji i zobaczenia czegoś, czego nigdy wcześniej się nie widziało. Tak dobrze nie ma. Ale wydaje mi się, że nawet najmniejsze zmiany w zgranym gatunku należy traktować in plus, bo najgorsze co może zrobić reżyser to nakręcić film podobny do tysiąca innych filmów. A „Kalevet”, choć podobny do tysiąca innych filmów, to jednak inny. A kwintesencją tej inności jest krótka scena już w trakcie napisów końcowych.

Filmowi pomaga też to, że oczekiwania po izraelskim kinie gatunkowym raczej wielkie nie są (kto wie, może to się wkrótce zmienić; wspomniany BBW powinien jak najbardziej dać radę (polecam zwiastun), a i ostatnio mignęła mi zapowiedź izraelskiego filmu o zombie – to zdaje się kolejny kraj, który zrozumiał, że szeroko pojęty horror, to najprostsza droga do międzynarodowej sławy). Może gdyby powstał w Hollywood, to byłoby więcej powodów do czepiania się, ale jak na niskobudżetową izraelską produkcję naprawdę jest godny uwagi. I tak, niektóre zachowania bohaterów można tu uznać za bzdurne, a i seans wymaga ze strony widza odrobiny wyrozumiałości dla konwencji, ale film obejrzeć warto. Wiem, powtarzam się. 8/10

(1574)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.