Projekt 1500, czyli chciałem, ale mi nie wyszło

Do półtora tysiąca recek na Q-Blogu brakuje jeszcze 24 (słownie: dwadzieścia cztery). A gdyby tak za jednym zamachem je trzepnąć? No bo co, ja nie dam rady? JA nie dam rady? JA NIE DAM RADY?! No, mogę nie dać. Ale co szkodzi spróbować.

Ryzyko [Boiler Room]

Zaledwie dwanaście lat minęło od nakręcenia tego filmu, a mimo to oglądając „Boiler Room” ma się wrażenie, że świat zmienił się diametralnie. Nie wiem od czego to do końca zależy, ale oglądając BR miałem wrażenie, że oglądam film z początku lat 90.  Archaiczne garniaki, archaiczne zachowanie, archaiczne telefony komórkowe, archaiczny świat pozerów bez cienia klasy. Tak kiedyś wyglądały obrzeża Wall Street?

Bohater filmu chce się szybko dorobić. Zostaje brokerem w szemranej firmie i wkrótce śpi na pieniądzach. Gdzie w tym wszystkim haczyk?

Film ze straconym potencjałem. Zbyt skomplikowany temat został tu pokazany niezbyt przystępnie (przynajmniej dla mnie), więc raczej trudno się to ogląda. Bohaterowie z szybkością karabinu maszynowego wypluwają kolejne kwestie dotyczące finansowych machlojek na maklerskim rynku i albo mam na to za małą głowę, albo ktoś nie umiał dostatecznie przystępnie wszystkiego opisać w scenariuszu. Do tego ze świecą szukać tu choć jednego sympatycznego bohatera.  To źle ubrane i bufonowate chłopaki z ego głębszym niż Wielki Kanion. Zupełnie bez powodu. Aż się chce, żeby im w więzieniu ktoś zrobił z dupy garaż. A wszystkiemu przygrywa zupełnie nietrafiona muza hiphopowa. Dziwny film.

Parę dobrych scen, kilka fajnych dialogów, zacna obsada (Giovanni Ribisi, czyli najlepszy aktor na świecie, oraz Ben Affleck, który pojawia się, wygłasza 5-minutowy monolog i znika), ale niedosyt. 6/10

***

Yi jiu si er aka Back to 1942

Xiaogang Feng powraca. Reżyser świetnego Aftershock i bardzo dobrego Assembly rozprawia się z kolejnym czarnym fragmentem chińskiej przeszłości. Jest rok 1942, w najlepsze trwa wojna pomiędzy Chinami i Japonią. W chińskiej prowincji Henan ludzie zaczynają głodować. Miliony zaczynają wędrować w kierunku bardziej żyznych terenów kraju.

Monumentalne dzieło z wielką wojną w tle. Azjaci jak mało kto potrafią opowiadać o ciężkich tematach, jakim jest głód i ani przez chwilę nie czuć w tej opowieści jakiegoś fałszu, czy chęci szokowania ze wszelką cenę. Nie unikają drastycznych detali i naturalizmu, a przy tym udaje im się zachować w pełni dramatyzm ludzi w tak śmiertelnej sytuacji. Film porusza od początku do końca, szczególnie w sytuacji, gdy – jak zwykle – ludzie ludziom zgotowali taki los. A śmierć milionów jest zupełnie nieważna w sytuacji konieczności prowadzenia wojny za wszelką cenę. Cenę ludzkiego życia w tym przypadku. Życia cywili.

Po trochu kino katastroficzne, po trochu kino antywojenne, a przede wszystkim smutna historia zapomnianych dawno ludzi z dalekiego kraju, w którym śmierć głodowa 3 milionów osób przechodzi bez echa w danych demograficznych.

W „Back to 1942” gościnnie pojawili się Tim Robbins i Adrien Brody. Chiny to nowy kierunek dla coraz większej rzeszy znanych zachodnich aktorów i można się spodziewać, że to nie koniec. Przy czym Robbins raczej góra ze dwa dni tylko spędził na planie tego filmu. Brody troszkę więcej. 8/10

***

Purpurowe skrzypce [The Red Violin]

Mógłbym teraz wyjść na Ą i Ę-a i pozachwycać się misterną i artystyczną konstrukcją „Purpurowych skrzypiec”, ale tego nie zrobię, bo byłbym nie szczery, a poza tym nikt by nie uwierzył, że jestem takim snobem. Film na pewno ma coś w sobie i warto go zobaczyć, ale też bez przesady z tym artyzmem.

Historia tytułowych skrzypiec, arcydzieła włoskiego mistrza, których powstanie zbiegło się w czasie ze śmiercią jego ukochanej żony. Skrzypce przez wieki często zmieniają właścicieli, a niektórym z nich przynoszą pecha.

Ale tylko niektórym 😛 Lakoniczne opisy filmu nie pozostawiają wątpliwości, że co kto dotknie tych skrzypiec to zaraz – w najlepszym wypadku – złamie nogę, ale tak naprawdę pecha przyniosły tylko czterem osobom, o ile dobrze liczę. Cała reszta grała sobie na nich w najlepsze i nawet nie skaleczyła się najcieńszą struną. A pisze o tym, bo ten motyw pecha jest trochę na wyrost, a oglądając film z takim nastawieniem, wg mnie, prowadzi do niesłusznych wniosków.

A nie powinien prowadzić do żadnych większych wniosków, bo w życiu jak w życiu. Jak masz pecha to masz pecha i żadne skrzypce do niego nie są potrzebne. Z tego powodu uważam film za przekombinowany, choć nie przeczę, że odbieram go raczej przez pryzmat filmu jako rozrywki, a nie filmu jako misterium. No i ma słabą końcówkę.

Ale próba była zacna. Ilustrowana skrzypcową muzyką, wolnymi ruchami kamery i przesączona kulturą i sztuką intryguje od samego początku, by tylko w środku nieco znużyć. 8/10 choć nie wiem, kto wpadł na pomysł obsadzania w roli przystojnego mistrza Jasona Flemynga.

***

Już wiem, że z zamiaru napisania dwudziestu czterech recek nic nie wyjdzie. Nie, żebym nie dał rady jak się zawezmę, ale znów – zamiast krótkich notek powstają nieco za długie, a wpis na Bloksie ma ograniczoną ilość znaków.

***

Kolekcjoner [The Collection]

Dopiero po filmie dotarło do mnie, co mi w nim nie pasowało i się nie zgadzało. Myślałem, że już od jakiegoś czasu można go obejrzeć, ale myliło mi się z pierwszą częścią – „The Collector” – tytuł podobny, plakat podobny, a filmy inne. Do obejrzenia tego pierwszego zbierałem się już od dłuższego czasu, a gdy się w końcu zebrałem to okazało się, że oglądam nie ten, który chciałem 😉

Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. „Kolekcjoner” okazał się taki, jaki spodziewałem się, że będzie. Głupi, krwawy i dostatecznie krótki, żeby nie zanudzić się na śmierć.

W mieście grasuje seryjny zabójca kobiet. Jedna z ocalonych ofiar kieruje grupę najemników (to chyba najgorszy „oddział najemników” w historii kina ) na odpowiedni trop. Rozpoczyna się krwawe polowanie, w którym – jak to często bywa – myśliwy staje się zwierzyną.

Logiki w tym filmie szukać próżno, ale umówmy się, opowiada o nieuchwytnym kolesiu, który bezszelestnie i bez śladu potrafi wybić do nogi całą dyskotekę. Więc gdzie tu miejsce na logikę? Jest za to miejsce na parę scen śmierci, dla których warto rzucić okiem. Choć nietrudno oprzeć się wrażeniu, że te sceny mogły być jeszcze lepsze, jeszcze bardziej zakręcone, jeszcze bardziej WOW. No ale przynajmniej próbowali. 7/10 idź i nie grzesz więcej.

***

Sesje [The Sessions]

Doprawdy uroczy film i nie dziwią mnie zachwyty pod jego adresem, a także nad odważnymi – a przy okazji ciepłymi – rolami Helen Hunt i Johna Hawkesa. Chciałem to zaznaczyć już na początku, bo ode mnie dostanie 7/10. Ale nie dlatego, że to nie jest uroczy i ciepły film ze świetnym aktorstwem, tylko dlatego, że podszedł mi właśnie tak tylko na 7.

„Sesje” to dobry przykład filmu, który zupełnie niespodziewanie zaskoczy i wyłoni się ponad szereg. Nakręcony – na oko – za niewielkie pieniądze z prawie teatralną manierą opiera się w pełni na talencie aktorów i potencjale prostej, ale niewidzianej chyba jeszcze w kinie, historii. Oto przykuty do łóżka mężczyzna, który chce zaznać przyjemności fizycznych rozkoszy. Bo jest prawiczkiem. Oto kobieta, seksualna terapeutka (zostawiam na boku prostytutkowe dysputy, choć szczerze powiedziawszy nie kupuję instytucji seksualnej terapeutki), która postanawia coś w tej sprawie zrobić. I od razu przechodzą do czynów. (Nawiasem kolejnym mówiąc spodziewałem się jednak „bardziejszego” potraktowania tematu seksu niepełnosprawnych – główny bohater jest seksualnie sprawny, co zmienia postać rzeczy).

Trudny temat, trudne role – wszystko potraktowane w taki sposób, że nie wyobrażam sobie, aby ktoś poczuł się urażony. Ciepło i z humorem. Dużo nagości, ale gdyby ktoś powiedział, że niepotrzebnej, to by się wygłupił. To jeden z tych magicznych filmów, o których bredzi co druga aktorka: „ach, rozbiorę się, ale tylko jeśli będzie tego wymagać moja rola i będzie to uzasadnione bardziej niż poza chęć bycia czystą”. A w tle obłędny William H. Macy w niezapomnianej roli cool księdza.

(1481)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.