Revenge na chwilę przywraca moją wiarę w seriale

Nie tak dawno temu (powiedziałby optymista; pesymista powiedziałby, że rok temu) narzekałem na seriale, że nie dają już tej przyjemności co kiedyś. Że nie czeka się na kolejne odcinki, więcej się je krytykuje niż chwali i że już chyba nie nakręcą niczego takiego jak „Prison Break” czy Lost. Zdania nie zmieniam, ale nie mogę przejść obojętnie obok maratonu „Revenge”, który sobie w przerwie świątecznej zrobiłem.

W przygodach Emilki utknąłem w przerwie zimowej pierwszego sezonu. Potem nie powróciłem od razu do oglądania, a gdy udało mi się to zrobić jakiś czas potem – kolejne dwa odcinki dłużyły mi się niemiłosiernie. Jakiś malarz z dupy, nudny proces, chęć na siku co 15 minut, ziewanie. Ococho? Pierwsze 16 odcinków łyknąłem za jednym zamachem, a tu nagle taki spadek formy? Pojawiła się druga seria, a ja dalej tkwiłem na tych dwóch odcinkach bez ochoty na dalszą część podróży. W końcu postanowiłem (postanowiliśmy, bo z Aśkiem) dać serialowi ostatnią szansę, przetrwałem tę dwu czy trzyodcinkową nudę i znowu było fajnie. Co tam fajnie, bardzo fajnie! Wystarczyło tylko, że się tego malarza zdupy pozbyli, to chyba wszystko jego wina, psiejkrwi.

„Revenge” ogląda się jak dobry rozrywkowy film o podróżach w czasie (powrót-do-przyszłości-like). Masz z niego całą masę funu i przyjemności, dopóki nie zaczniesz się zagrzebywać głębiej we wszystkie niuanse. Okazuje się nagle, że tajmlajn jest dziwny (Sammy, najstarszy pies świata), a niektóre rozwiązania są naiwne jak kruszenie muru maszynką do czegoś tam z jajkami w Prisonie. Znikąd pojawiają się postaci mające kolosalny wpływ na przebieg fabuły (pozdrowienia dla trzymającego gębę na kłódkę Marco) i gdy już wydaje ci się, że wszystko o wszystkich wiesz – to źle ci się wydaje. TYLE TYLKO, że ja nie mam najmniejszego zamiaru zagrzebywać się w te niuanse, bo bez tego mam ogrom zabawy i pozytywnych emocji. Do „Revenge” trzeba podejść właśnie tak, bo z podejściem „mędrca szkiełko i oko” daleko się nie zajedzie.

To dlaczego wątpię w seriale w ogóle, skoro „Revenge” ogląda mi się prawie tak samo przyjemnie jak i „Prison Break” (zresztą od początku uważałem, że bardzo dużo je łączy, a teraz z pojawieniem się Inicjatywy to już w ogóle)? Głównie dlatego, że do serialowego świata nie wnosi niczego nowego. Nie ma tu żadnego wielkiego i rewolucyjnego pomysłu (najstarszy filmowy motyw na świecie – motyw zemsty – rozrasta się tu z każdym odcinkiem o kolejne postaci, które na kimś tam chcą się zemścić – to już nie tylko Emilka wykreślająca kolejnych wrogów DADDY!usia) czy błyskotliwych rozwiązań każących pomyśleć „jak to możliwe, że nikt na to wcześniej nie wpadł?”. Są postaci wycięte prosto z seriali o ekskluzywnych ludziach z Melrose Place czy Beverly Hills wsadzone w odpowiednie im środowisko naturalne. I te postaci coś knują.

Ale za to jak knują! „Revenge” to taki serialowy Race – co pięć minut zwrot akcji. I tak w każdym odcinku. 40 minut seansu mija błyskawicznie i od razu chce się przeskoczyć do kolejnego odcinka. A śledzeniu twistów towarzyszy nieustanna nabijka z serialowych postaci – głównie męskich. Bo chłopaki w „Revenge” są jak ślepe dzieci we mgle. Poeci, miękkiesiuśki i geje w muszce. No ale jest na szczęście choć jeden biseksualista, który dzieli i rządzi ubiorem, zachowaniem i tekstami. Tak, jestem fanem Nolana.

PS. Piąty sezon Castle’a też przywraca wiarę w seriale, ale jakoś ciągle zapominam o tym napisać. 

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl