Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Projekt 2000 (Część 25)

Ostatnie dni przyniosły pewną zmianę na Bloksie. Otóż zwiększony został limit notek z 16 do 32 Kb/kB/KB (nigdy nie wiem). Parę razy w życiu udało mi się przekroczyć poprzedni limit i trzeba było dzielić notkę na pół. Teraz osiągnięcie 32 Kb/kB/KB wydaje się niemożliwe, aczkolwiek chciałbym spróbować wykorzystać tę zmianę i trachnąć notkę powyżej 16, której teraz system mi nie zatrzyma.

Czy się uda to bezsensowne marnowanie czasu? Nie wiem, ale wybrałem najprostszy sposób (obok transmisji live z czegoś), żeby się o tym przekonać. Łiszmilak.

„Szczęki 2” [„Jaws 2”]

Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że drugą część „Szczęk” widziałem najpierw. Pewnie dlatego przez długi czas wolałem ją od jedynki. Do magii filmu dochodziła cała otoczka z nim związana – oglądałem go w któreś Święta Bożego Narodzenia z deka po tajniacku, bo byłem mały i nie mogłem takich rzeczy oglądać. Wróć, nie mogłem póki Cruella nie spała, bo ojciec lżej podchodził do tego tematu. Widać nie bał się, że wyrosnę na psychopatę. Nic więc dziwnego, że film oglądany od święta z pozycji półprzykrytej kołdrą zapadł mi w pamięć, szczególnie że były to czasy, gdy na podobny film do obejrzenia w TV trzeba było czekać na Wielkanoc.

Historia ta sama. Jest rekin – nie ma imprezy. Tym razem wszędzie dostrzegający żarłacza ludojada ma gorzej, bo tenże atakuje grupę młodzieży, która sobie popływać wyruszyła i utknęła na otwartym morzu. Na szczęście od czego kabel lecący sobie po dnie oceanu.

Brak w dwójce Shawa (ciężko, żeby był), brak Dreyfussa, brak Spielberga. Ostali się jedynie Roy i rekin. Nie przeszkodziło to jednak w zrobieniu dobrego filmu, który i teraz ogląda się z przyjemnością. Mniejszą od oryginału, ale na tyle dużą, żebym złego słowa o tym filmie nie powiedział. Gdzieś tak 8(10) mi wychodzi plus punkcik za sentyment. Jakie by to słabe filmy nie był (choć ten akurat nie jest), chyba już nigdy nie będę żadnego innego filmu oglądał z taką przyjemnością jak Wtedy.

***

„F/X” [„F/X”]

Dziwne, nie pisałem jeszcze o „F/X”… Sprawdziłem i rzeczywiście, tylko o dwójce naskrobałem. I co się okazuje? Że podobnie jak w przypadku powyższego filmu, także i dwójkę „F/X” bardziej lubię niż pierwszą część. Ot, taki mały zbieg okoliczności, o którym wspominam, bo tak naprawdę nie mam wiele do napisania o samym filmie. Ani dobrego ani złego. Choć gdybym miał to z pewnością byłoby to więcej dobrego niż złego. No to zamąciłem.

Nie jestem do końca pewny, ale wydaje mi się, że „F/X” udało mi się zobaczyć w kinie, co tylko potwierdza, że stary już jestem, że takie filmy w kinie widziałem. No ale cóż. „Mamę oszukasz, tatę oszukasz, ale życia nie oszukasz”.

Spec od efektów specjalnych zostaje poproszony o przygotowanie fałszywego zamachu na szefa mafii, który ma zostać objęty programem ochrony świadków i lepiej byłoby przekonać jego kolegów, że kipnął. Rollie, nasz spec, z chęcią podpisuje umowę o pracę i żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik, sam dokonuje fałszywej egzekucji. I tu pojawiają się kłopoty, z których będzie mógł wybrnąć dzięki swojemu niewątpliwemu darowi w postaci umiejętności kreowania rzeczywistości.

Klasyczny rozrywkowy film, przy którym się spokojnie siada i z przyjemnością ogląda go do końca. Niby nic, a jednak coś. Nie oceniam, bo za mało go pamiętam. A może inaczej – pamiętam sporo, ale sam już nie wiem, co było w jedynce, a co w dwójce :)

***

„Brutalna śmierć” [„Die Hard”]

To jeden z niewielu filmów, które chyba każdy widział po kilka razy. Po pierwsze dlatego, że to świetny film, a po drugie dlatego, że co roku leci w Święta w telewizji. I nie wiem, czy też tak macie, ale ja za każdym razem jak go wtedy upoluję, to oglądam do końca bez większego znużenia. No bo bez całkowitego to chyba nie da się oglądać żadnego filmu, który widziało się dwadzieścia razy. A skoro o Świętach, to – skandal – w tym roku „Die Hard” ma nie być. Kevina też nie. A mówili, że koniec świata dopiero w 2012… (EDIT: Wiadomość z ostatniej chwili – będzie Kevin w Święta! No to na nowo można narzekać, że w kółko to samo :) ).

Tłumaczyłem już dlaczego „Brutalna śmierć”, ale to było dawno temu, więc wytłumaczę jeszcze raz – to piracki tytuł, pod którym oglądałem „Die Hard” w ZEV i zarazem jedyny tytuł, jaki akceptuję dla tej produkcji. Możecie go sobie do usranej śmierci nazywać „Szklaną pułapką”, a dla mnie taki tytuł nie istnieje. Co najwyżej mogę o nim wspomnieć w kontekście śmiesznych polskich tytułów, bo nie sposób tego nie zrobić. W końcu nie powinno się tytułować filmów tak, żeby przy ewentualnym sequelu mieć potem problem.

Nowojorski policjant John McClane (przyznam się bez bicia, zawsze sprawdzam, jak się pisze to nazwisko) przylatuje do Los Angeles (a może na odwrót? hmm), żeby spędzić święta w towarzystwie swojej żony. Żona robi karierę i powoli oddala się od swojego chłopa niebezpiecznie zbliżając się w kierunku rozwodu. I, gdyby był to film nakręcony teraz, pewnie okazałoby się, że facet to pipa, a babka to twardo stąpająca po ziemi baba, której facet do szczęścia nie jest potrzebny. Ale na szczęście to film nakręcony w zupełnie innych, lepszych czasach i chłop staje tu na wysokości zadania. A okazja ku temu jest duża, bo nowoczesny gmach, w którym mieści się firma, w której pracuje żona naszego bohatera (tak nowoczesny, że nawet ekrany dotykowe mają) opanowują terroryści pod dowództwem najlepiej kradnącego filmy pierwszoplanowym aktorom Alana Rickmana (niestety dawno mu ta umiejętność przeszła). Ich jest kilku, a John na tylko, ho ho ho, karabin maszynowy. I nie ma zamiaru się poddać, choć zabił jedynego na świecie terrorystę, który ma stopy jak dziecko (w zależności od tłumaczenia).

11/10. Każdy wie wszystko o tym filmie, a ja nie zamierzam, ani nie jestem w stanie zdradzić o nim czegokolwiek, o czym byście już dawno nie wiedzieli.

***

„Ucieczka” [„Runaway”]

Zapamiętajcie ten tytuł. Należy do filmu, o który bardzo często pytają tu i ówdzie w wątkach pt. „Co to za film?”. Będziecie mieli więc okazję błysnąć swoją wiedzą, gdy na jakimś forum ktoś będzie próbował sobie przypomnieć tytuł filmu o takich mechanicznych pająkach. Serio, na własne oczy widziałem przynajmniej kilka z takich pytań.

„Ucieczka” to film napisany i wyreżyserowany przez Michaela Crichtona na długo przed tym jak zapewnił sobie nieśmiertelność i sławę (w metaforycznym tego słowa znaczeniu, co niestety wiemy od 2008 roku) „Parkiem jurajskim”. Przykrył go przeto kurz zapomnienia, który, jak to zostało napisane w akapicie powyżej, od czasu do czasu zostaje rozdmuchany na filmowych forach. A potem znów przykrywa go z powrotem. I to się już chyba nie zmieni, ale nie przejmując się tym – jeśli macie ochotę na jakiś dobry, ale mało znany film z Tamtych Czasów to „Ucieczka” jest dobrym rozwiązaniem. A przynajmniej tak mi podpowiada moja pamięć, bo film ostatni raz widziałem wieki temu.

No ale ostatecznie oprócz Crichtona jest tu jeszcze Tom Selleck, Kirstie Alley w biustonoszu (widok, którego aktualnie chyba nikt by nie chciał oglądać, ale wtedy no problemo), Gene Simmons, no i Jerry Goldsmith, czyli solidna porcja nazwisk gwarantujących coś więcej niż nudę. A dodatkowo można sobie porównać wyobrażenie o „niedalekiej przyszłości”, jakie posiadano w 1984 roku, czyli roku produkcji tego filmu do tego, co mamy dzisiaj.

Policjant zajmujący się na co dzień robotami, którym nawalił jakiś układ scalony, staje przed zadaniem zupełnie niespodziewanym. Do tej pory pacyfikował blaszaki odpowiedzialne za niewłaściwy zbiór pszenicy, a tu trzeba się zmierzyć z ktosiem niewiadomego pochodzenia, który przekształca roboty w maszyny do zabijania. Po co? Dowiecie się z filmu, jeśli tylko gdzieś go dorwiecie. Warto.

***

„Żądło” [„The Sting”]

La la, la la la la la la la, la la la la la la laaaaaaaaaa…

Obrodziło w tym odcinku filmami z gatunku 11/10, ale inaczej być nie może, kiedy trafiam na absolutne perły światowego kina i megaperły gatunku con-moviesowego. Na dodatek okraszone ragtime’em godnym najlepszych dzwonków w komórkach.

Młody naciągacz Johnny Hooker (niefortunne nazwisko) grany przez Roberta Redforda (tak, Redford był kiedyś młody) bardzo chciałby zemścić się za śmierć swojego partnera. W tym celu udaje się do nie stroniącego od alkoholu mistrza świata i okolic w naciąganiu Henry’ego Gondorffa (Paul Newman oczywiście). Ich celem ma być najgrubsza z grubych ryb chicagowskiego podziemia – Doyle Lonnegan zagrany po mistrzowsku (jak każdy w tym filmie) przez wspominanego już wyżej Roberta Shawa. Chłopaki wsiadają do pociągu i rozpoczyna się przekręt.

Ja wiem, że to dziwne, że więcej piszę o jakimś nieznanym filmie Crichtona niż o arcydziele światowego kina, ale jeśli coś jest arcydziełem światowego kina, to potrzebuje jeszcze więcej słów? Coś zmieni, że nastukam siedem akapitów? Niewiele, to nadal będzie arcydzieło światowego kina. Kto nie widział ten trąba.

***

„Więcej czadu” [„Pump up the Volume”]

No i masz, kolejne 11/10 w zestawieniu. Jeszcze gotowi jesteście pomyśleć, że nie kręci się innych filmów niż wybitne. Jeśli tak to zarzućcie sobie „Ciacho” na odtrutkę. Aczkolwiek jeszcze przemyślę umieszczanie tutaj tego tytułu, bo to chyba za duży zaszczyt dla tego gniota.

Dlaczego 11/10? Ano dlatego, że „Więcej czadu” jest, szumnie to nazwijmy, najważniejszym filmem mojego, znów nazwijmy to szumnie, dojrzewania. No ale nie ma się temu co dziwić, bo jestem zupełnie taki sam jak bohater tego filmu – skryty i zajebisty (w tym momencie zabijacie mnie śmiechem, ale nie przeczę, sam się też trochę z siebie śmieję :) ). Choć z drugiej strony śmichy chichami, ale gdyby film powstał dzisiaj to pewnie bohater miałby bloga, a namierzaliby go po IP.

Jest taka teoria, która mówi, że każdy człowiek na świecie ma do opowiedzenia jakąś jedną świetną historię. Allan Moyle, reżyser i scenarzysta „Więcej czadu” jest najlepszym przykładem prawdziwości tej teorii. „Więcej czadu” była tą jego jedną świetną historią do opowiedzenia, po opowiedzeniu której nie miał już nic do zaoferowania. I może dziwić, że ktoś, kto jest w stanie napisać taki film potem już same bzdury pisze, ale w końcu świat jest pełen reżyserów jednego filmu i artystów jednej piosenki.

Młody radiowy pirat Harry Twarda Pała „terroryzuje” spokojną okolicę swojego miasteczka. Jego szalone audycje radiowe stają się coraz bardziej popularne wśród młodzieży, co staje się solą w oku socalled pedagogów, którzy twierdzą, że Harry demoralizuje młodzież. Rozpoczyna się polowanie na Harry’ego mające na celu odkrycie jego prawdziwej tożsamości.

„Więcej czadu” ma w sobie wszystko, co powinien mieć świetny film. A dla tzw. dojrzewającej młodzieży ma chyba jeszcze więcej do zaoferowania. A przynajmniej młodzieży teraźniejszej do filmu, bo wiadomo, młodzież się zmienia i z czasem inne rzeczy do niej trafiają. I w sumie ciężko mi oceniać ten film z punktu widzenia osoby dorosłej, bo dawno go nie widziałem (wyrosłem z niego?), ale z punktu widzenia dojrzewającego chłopaka był idealny. Pomijając wartości czysto filmowe ze świetnymi dialogami na czele (słuchało się monologów Harry’ego i chciało krzyknąć „dokładnie tak, kurwa!”) niósł w sobie potężną dawkę młodzieńczego buntu i nie zawodził nawet w kategoriach drugorzędnych, czyli oferował parę nagich piersi w postaci niezbyt wielkiego biustu Samanthy Mathis, która bodajże debiutowała tym filmem.

Film generacji przełomu lat 80 i 90? Chyba tak.

***

„Mężczyźni w pracy” [„Men At Work”]

Dwaj beztroscy śmieciarze (bracia Charlie Sheen i Emilio Estevez) oglądają sobie przez teleskop sąsiadów. A konkretnie pewną laskę (do dzisiaj nie wiem, czy ta Leslie Hope to dziewczyna Penthouse’a czy to tylko zbieżność nazwisk; pewnie bez trudu mogę to sprawdzić, ale jakoś mi się nie chce; zresztą wątpię, żeby Teri z „24” była laską Penthouse’a; co więcej – nie wiem, co mnie tak naszło z tą laską Penthouse’a i trzyma przez kilka ostatnich lat – założę się, że jeśli taka istnieje to jakoś inaczej się nazywa). gdy do laski owej przychodzi jakiś awanturnik, postanawiają władować mu śrut w dupsko. jak postanawiają, tak robią. Szybko kryją się za parapetem, żeby ich nie dostrzegł, a za chwilę okazuje się, że awanturnik nie żyje. Panika, zabiliśmy faceta, trzeba coś z tym zrobić.

Klasyczna komedia sensacyjna lub jak kto woli buddy-movie bez gliniarzy z będącymi u szczytu sławy braćmi, z których obu wkrótce zniknie z ww. szczytu – jeden na dobre, a drugi nie do końca. Póki co jednak nie musieli przejmować się tym, że coś złego czeka ich w karierze i z pewnością nieźle bawili się grając dwóch luzaków marzących o własnym sklepie dla surferów, ale nie robiących absolutnie nic w kierunku pozyskania takowego.

Dobre w tym filmie jest to, że widz bawi się na nim równie mocno, co i aktorzy w nim występujący. Nie jest to oczywiście ani przez sekundę dzieło oskarowe, ale bardzo solidna rozrywka, która często śmieszy, nawet przyprawiając o uśmiech sceną z kupą, co łatwe do osiągnięcia nie jest. Nic tylko oglądać i żałować, że (tu wstawić banał).

BTW Trudno w to uwierzyć, ale Keith David przez chwilę był jednym z moich ulubionych aktorów. Teraz AFAIK ma szansę znowu zwrócić na siebie trochę mojej uwagi rolą w „The Cape”. Zobaczymy.

***

„Oblężenie” [„Under Siege”]

Polski tytuł, który widzicie wyżej to wyraźny dowód na to, jak mocno w mojej świadomości wyryły się tytuły pirackich wydań starych filmów. Choć trudno się dziwić, skoro były lepsze niż tytuły oficjalne. No bo niby co to ma być jakiś tam „liberator”? Dlatego po pierwsze zwykle używam w komunikacji międzyludzkiej tytułów oryginalnych, a po drugie, gdy słyszę „Liberator” to przez chwilę zastanawiam się, o jaki film chodzi.

Był taki moment, że terroryści opanowywali wszystkie charakterystyczne miejsca, jakie tylko przyszło im do głowy. Szał szybko minął, gdy okazało się, że już wszystko zostało w filmach opanowane przez terrorystów. „Oblężenie” to chyba jeden z ostatnich przykładów takiego filmu, a przynajmniej jeden z ostatnich dobrych. O ile mnie pamięć nie zawodzi był to też chyba jeden z ostatnich filmów, które przywiozłem sobie z giełdy. Nadchodziły czasy wypożyczalni kaset wideo, swojego magnetowidu z opcją REC i coraz tańszych kaset…

Na cel swojej akcji zaczepnej terroryści upatrzyli sobie krążownik (no statek bojowy siakiś) amerykańskiej marynarki wojennej. I wszystko byłoby dobrze, gdyby w kuchni nie pracował za karę Steven Seagal. Dalej już wiadomo – Seagal przeciw wszystkim, a wynik może być tylko jeden.

„Oblężenie” to tak naprawdę początek końca Seagala. Niedługo potem wypadł przedwcześnie z samolotu i tak zakończyła się jego kariera kontynuowana serią bzdurnych filmów, których nikomu nie chce się oglądać i oskarżeniami o traktowanie sekretarki jak swojej seks lalki… No ale to nie opowieść o Seagalu tylko o jego wybuchowym łabędzim śpiewie, który na każdej liście klasycznych filmów akcji znajdzie swoje miejsce. I słusznie, bo jest to po prostu dobry film, który ma wszystko co powinno mieć kino spod znaku: jeden przeciw wszystkim w charakterystycznej lokacji.

***

“Mucha” [“The Fly”]

Tu już nie mam żadnych wątpliwości – „Muchę” po raz pierwszy widziałem w kinie. Co dziwne, bardziej od filmu pamiętam fotosy z niego porozwieszane w gablotce na korytarzu zawierciańskiego kina. Być może za bardzo się bałem podczas seansu i wyparłem go z pamięci?

Pewien naukowiec pracuje nad wymyśleniem teleportera. Łatwo nie ma, bo musi pracować na sprzęcie bardziej zacofanym niż dzisiejsze komórki (czepiam się, wiem :) ). Udaje mu się jednak wybudować dwie odpowiednie do teleportacji kabiny i rozpoczyna testy na zwierzakach. Aż w końcu, wzorem najlepszych naukowców, sam postanawia wsiąść do jednej z kabin. No i wszystko byłoby dobrze, gdyby wraz z nim do kabiny nie wleciała tytułowa mucha. To wystarczyło, żeby komputer zwariował i nie wiedząc co robić – zmutował obydwa organizmy.

Paradoksalnie jeden z normalniejszych filmów Davida Cronnenberga, który spokojnie jest w stanie łyknąć każdy widz niezależnie od swoich sympatii dotyczących stopnia pokręcenia filmu. Zresztą mówimy tu o klasyce kina, a taką powinien łykać każdy z dużym prawdopodobieństwem tego, że całość mu się spodoba. No bo co ma się spodobać, jeśli nie klasyka kina? Nawet jeśli opowiada o facecie, który powoli zamienia się w muchę. Na tyle spektakularnie, że warta ta zamiana jest Oscara za charakteryzację.

I tylko zawsze zachodziłem w głowę, która mucha jest urodzonym gimnastykiem artystycznym i tego typu tam. No ale odpuściłem dochodząc do wniosku, że lepsze to niż miałby Jeff Goldblum co chwilę na jakiejś kupie siadać. Choć z drugiej strony byłoby to dość mocno cronnenbergowskie.

***

“Martwe zło 2” [“Evil Dead 2”]

Ach, do dzisiaj wspominam zjechaną kasetę i jeszcze bardziej zjechaną kopię tego filmu Sama Raimiego, którą to kopię i tak sobie przegrałem do wersji, na której już nic nie było widać. Pamiętam, jak kumpel pożyczał mi ten film, a tak o nim opowiadał, że autentycznie czułem się jak jakiś satanista, który musi się ukrywać z tym, że lubi sobie od czasu do czasu zabić kota. Śmiesznie to teraz brzmi, ale takie to było wtedy oddziaływanie takich filmów. Szczególnie, że oglądać go musiałem jakoś tak dość wcześnie na początku mojej przygody z filmami wideo, bo pierwszą część obejrzałem dopiero sporo później w telewizji, a okres oczekiwania na ten seans chyba trzeba liczyć w latach. Pamięta się takie rzeczy, bo wtedy można sobie było czekać do usranej śmierci, gdy chciało się obejrzeć taki film jak „The Evil Dead”, który na dodatek miał zylion tytułów od „Księgi umarłych” po „Taniec demonów”.

Dwójka w tytule filmu jest nieco myląca, bo nie jest to sequel, a raczej remake oryginału, który zrobił wiele szumu w filmowym świecie i zdążył zostać zbanowany tu, tam i sram. Jako że ów oryginał nakręcony został chałupniczo i za psie pieniądze, to gdy przyszła okazja, żeby powtórzyć to samo za pieniądze nieco większe, to nic nie stanęło na przeszkodzie, żeby to zrobić. Wiezie więc Ash swoim wozem kolegów do chatki w środku lasu, uwalnia demony i z nimi tańcuje przy użyciu piły mechanicznej. Klasyka od początku do końca, która zapewniła Bruce’owi Campbellowi taką sławę, że do końca życia może grać w najgorszych nawet filmach, a i tak ludzie będą zachwyceni jego pojawieniem się w nich.

***

„Czarnoksiężnik 2” [„Warlock 2”]

Mieliśmy już w tym odcinku do czynienia z sytuacją, w której sequel podobał mi się bardziej niż pierwsza część, a tym razem mamy do czynienia z sytuacją normalniejszą, czyli odwrotną. Trzeba jednak pamiętać, że pierwsza część „Czarnoksiężnika” jest jednym z moich absolutnie ulubionych filmów, kolejnym zresztą na liście tytułów jakby zapomnianych i ignorowanych (a może mi się zdaje). Co za tym idzie, gdy tylko dowiedziałem się za pośrednictwem łam „Cinema Press Video”, że jest dwójka – strasznie bardzo chciałem ją zdobyć. I tu pojawił się problem, bo nigdzie jej nie było, choć oficjalnie już na kasetach video wyszedł. Nie w moich wypożyczalniach…

Film trafił w moje ręce zupełnie przypadkowo w wypożyczalni pi razy oko 20 kilometrów od mojego miasteczka. Wypożyczalnia mieściła się w domu towarowym, a na półce leżał sobie upragniony przeze mnie film. Zmolestowałem ojca, żeby założył sobie kartę, wypożyczył film i, co najważniejsze, zgodził się odwieźć go na drugi dzień.

Cała ta gra okazała się grą niewartą świeczki, bo sequel okazał się marnym, a jedyne co z niego do dziś pamiętam (nie miałem siły ani ochoty na powtórzenie seansu) to fakt, że zagrał w nim nasz towar eksportowy – Joanna Pacuła.

***

No dobra, dość. Chyba dałem radę przekroczyć stary limit, a co za tym idzie już pewnie od dawna nie czytacie tej notki! :) Szkoda tylko, że zdecydowanie tagów mi braknie, ale może to i dobrze, bo nigdy nie wiem, jakim gatunkiem tagować kolejne filmy.
(1051)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.