Projekt 2000 (Część 1), czyli Projekt 1000 (Część 22)

W związku z małą rewolucją tytułową, jaka zaistniała z zupełnej konieczności – dzisiaj taki karkołomny tytuł, a od następnego odcinka „Projekt 2000” będzie kontynuował numerki serii swojego poprzednika, bo to w końcu jedno i to samo. Czyli, pisząc bardziej zrozumiale i w niewielkiej ilości słów: następny odcinek zwał się będzie „Projekt 2000 (Część 23)”… Tak, wiem, nikogo to nie obchodzi :)

Pisanie Projektu 2000 ma jeden feler. Każdy kolejny odcinek zaczyna się od myśli: „Well, na początek pewnie trafi się jakiś marny film, bo gdyby był fajny, to by się jeszcze do poprzedniego odcinka załapał”. Teraz mam tak samo. A co na to rzeczywistość? Rzeczywistość na to:

„Królowa Margot” [„La Reine Margot”]

Nie jest źle, mogło być gorzej. Aczkolwiek bez problemu się nie obejdzie, bo z filmu pamiętam tyle, że mi się podobał. I jeszcze krwawy pot bodajże… no właśnie, Auteuila czy Anglade’a?

Sam z siebie bym pewnie tego filmu nie obejrzał, ale zmuszony nie miałem wyjścia. A zmusiło mnie ciało pedagogiczne, które zarządziło wycieczkę do kina. Matury były czy jak? W każdym bądź razie myślałem, że będzie nuda (nienawidzę francuskich filmów, dziękuję za uwagę), ale nie była. I choćbym chciał coś złego na temat „Królowej…” napisać, to nie mam co. Owszem, żadna to rewelacja i Top100 moich ulubionych filmów, ale z miłą chęcią bym sobie powtórzył seans. Głównie dlatego, że dziwnym trafem, jakoś tak bardziej mnie teraz interesuje historia niż w liceum. Wot paradoks 😉

Nie wiem, jaka ocena z nowej skali najbardziej pasuje do tego filmu, ale gdybym miał strzelać, to strzeliłbym w 7(10). Czyli ocenę, którą ku swojemu przestrachowi dają jakoś tak 75% filmów jak na razie.

***

„Gliniarz z Beverly Hills” [„Beverly Hills Cop”]

10(10) of koz. Tak, żeby nie było wątpliwości.

Film absolutnie kultowy z gatunku tych, w którym nie widzi się wpadek, niedoróbek i innych bezsensów. Znaczy tak podejrzewam, bo dawno nie oglądałem. Kiedyś jednak oglądałem go po parę razy na dzień. Choć głównie dlatego, że za dużo filmów do oglądania wtedy nie było, więc trza było oglądać to, co było. Przez jakiś czas mieliśmy w związku z tym z kumplem lekkiego hopla na punkcie „Gliniarza…” i gadaliśmy cytatami z niego oraz śmialiśmy się jak Eddie Murphy. Standard.

Tak mi się coś kojarzy, że był to jeden z pierwszych filmów z przekleństwami, jaki rodzice pozwolili mi oglądać bez konieczności wstydzenia się za to :) Jasne, coś tam się wcześniej oglądało z jedną czy dwoma kurwami, ale Axel Foley to był dużo wyższy poziom i trochę stróżom mojej moralności przeszkadzało, że podłapuję taki język. No i efekty są! 😉 A skoro o języku, to moja kopia „Gliniarza…” miała takiego absolutnie niepowtarzalnego pirackiego lektora, który dzisiaj jawi mi się prawie jak jakaś miejska legenda. Ze wspomnień wyłania mi się bowiem najlepiej przetłumaczony i przeczytany film w historii kina. Niestety, nijak tego poglądu zweryfikować się nie da, bo kasetę z tym lektorem pokrył dziejowy kurz i chyba nie sposób jej wytrzasnąć. A szkoda, szczególnie że możliwe jest to (straszne), że gorszą od lektora jakość wideo zagrałem nagraniem z telewizji. A to już takie fajne nie było… Kurde, miało się jednak w dzieciństwie trochę traum!

Charakteryzujący się niewyparzoną japą policjant z Detroit podąża tropem obligacji, które przywiózł prosto z Beverly Hills jego kolega z czasów młodości durnej i chmurnej („Nie zawsze byłem policjantem, w młodości łamałem czasem prawo”). Byłby i nie podążał, ale kolega zginął, a on chce pomścić jego śmierć.

Cała reszta to historia kina. A poniżej Damon Wayans na początku swojej kariery aktorskiej.

***

„Małpi kłopot” [„Monkey Trouble”]

Dobra, świat by się zawalił, gdyby ludzie zupełnie nie trzymali się ustalonych przez siebie reguł. Skoro więc postanowiłem opisywać każdy film, jaki się trafi na liście, to trzeba się tego trzymać. Czyli w wolnym tłumaczeniu: czas na kolejny film, o którym nadmieniam, ale licznika recek nie nabija, bo jedno zdanie to za mało, żeby wyszła z tego recka.

Pamiętam, że wtedy, kiedy to oglądałem była to zaskakująco śmieszna komedyjka jak na film, w którym Harvey Keitel gra pirata. I jest jeszcze Thora Birch zanim w ramach ratowania swojej kariery pokazała cycki i zanim na niewiele się to zdało.

Całość do obejrzenia na jutubie. Bez cycka, bo to o innym filmie była uwaga ;P

***

„Gliniarz z Beverly Hills 2” [„Beverly Hills Cop 2”]

Lubię drugą część, co poradzę. Nie mam pojęcia czy jest słaba, czy nie dorównuje oryginałowi itd., bo kiedy ostatni raz ją oglądałem to tak po prostu, po ludzku mi się podobała. I nie zastanawiałem się nad innymi rzeczami. Fakt, nadal łapała się na okres, w którym podobało się wszystko, co nie oglądane w telewizji, ale nie sądzę, aby dzisiaj miała mi się nie podobać. W końcu „mały pruk i po dżinsach” czy „telepata z Wyspy Świętego Krzyża” raz na zawsze weszły do mojego potocznego słownika.

Axel Foley dowiaduje się, że kapitan Bogomil dostał kulkę, więc w te pędy jedzie do Beverly Hills, żeby rozejrzeć się co i jak. Na miejscu będzie musiał się zmierzyć z Brigitte Nielsen, która podobnie do Thory cycki pokazała, ale również nie pomogło jej to w utrzymaniu się na topie (czasem oglądamy z Aśkiem ten smutny program, w którym prowadza się z czarnym karzełkiem i Asiek nie może uwierzyć, że to ta sama Nielsen, którą wcześniej przecież widziała w Celebrity Rehab… smutna kraina ten Hollywood…) i jej szefem etatowym czarnym charakterem Jurgenem Prochnovem. Na szczęście teraz będzie miał łatwiej, bo Rosewood zanabył sobie prochowiec i każe na siebie mówić per Brudny Rosewood.

Czasem widzę, jak ludzie w necie narzekają na tę część i piszą, że słabsza. Ale i tak mam to gdzieś. Fakt, od jedynki słabsza, ale i tak śmiało wlepiam jej ocenę w okolicy 9(10) i wiem, że jeszcze parę razy ją przed śmiercią zobaczę. No dobra, może nie parę, ale raz na pewno.

Swoją drogą pamiętam, że jednym z założeń tego cyklu było pisanie jakichś ciekawostek odnośnie opisywanych filmów. Takich wypatrzonych przez siebie, a nie spisanych z IMDb (choć pewnie i tak obecnych na IMDb :P). I z każdym filmem czuję tę powiększającą się w mózgu czarną dziurę niepamięci. Mam wrażenie, że mam wiele do powiedzenia na temat kolejnych filmów, a mimo to nic z tego mi do głowy nie przychodzi. Kolejna smutna rzecz.

***

„Śmierć Freddy’ego” [„Freddy’s Dead: The Final Nightmare”]

Prawdę powiedziawszy nigdy nie przepadałem za Freddym. Trójkę lubiłem, ale to dlatego, że byłem mały, gdy ją oglądałem i się bardzo bałem. A zresztą, rozpiszę się bardziej na ten temat, bo zdaje się, że na liście opisywanych filmów trójki znaleźć nie sposób, No i dlatego, że z „Freddy’s Dead” pamiętam tylko tyle, że nas w dupę zrobiono, bo to wcale Final Nightmare nie był. Choć trzeba przyznać, że sprytnie się wykręcono sianem przy następnej części…

No więc trójkę lubię, bo – i tu czas na historię, którą już pewnie sto razy opowiadałem. Podstawówka, głębokie czasy komunizmu 😛 Łazimy sobie z kumplem dookoła szkoły, a on opowiada film o facecie, który zdjął kapelusz, a pod spodem miał MÓZG! Dwie części ze szczegółami (to odnośnie filmu a nie mózgu :P). Jest jakoś przed południem, ale i tak się boję i wyobrażam sobie, że ja bym umarł ze strachu na takim filmie. Na szczęście nie mieliśmy jeszcze w domu magnetowidu, więc problem był rozwiązany. No ale opowieści kumpla zapadły mi w pamięć głęboko i gdy w końcu w domu pojawił się odtwarzacz (zachodu było sporo ze zmienianiem SECAM-u na PAL, ale warto było 😉 ), gdzieś tam skądś przytaskałem sobie „Koszmar z ulicy Wiązów”. Pełna podnieta, zaraz obejrzę najstraszniejszy film z mojego dzieciństwa (film, którego nawet nie widziałem). Włączam, oglądam – coś nie tak. Nic się nie zgadza z opowieścią kumpla. Na drugi dzień opowiadam o wszystkim kumplowi i wspólnie dochodzimy do wniosku, że to musi być trzecia część. I teraz role się odwracają – to on jest napalony na film, który ja mam. Ha!

A wiecie, w którym momencie wszystkich części „Koszmaru…” się najbardziej wystraszyłem? Pewnie wiecie, bo też sto razy to już opowiadałem 😛 No więc oglądamy z kumplami część numer pięć. Kopia z giełdy, nic nie słychać, więc trza telewizor na full regulator, żeby cokolwiek usłyszeć. Nagle babcia woła kumpla na obiad i trzeba zrobić przerwę. Wciskamy STOP, w telewizji akurat obraz kontrolny, więc zaczęło znienacka ogłuszająco wręcz piszczeć. I to właśnie wtedy najbardziej wystraszyłem się na wszystkich częściach przygód Kruegera.
(1020)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.