Zew wolności [Beats of Freedom]

Zdążyłem się już przyzwyczaić (i wszyscy pewnie razem ze mną też), że w przypadku filmów produkowanych przez TVN i wyświetlanych w kinie – schemat działania jest podobny (w sumie to tylko dopasowanie się do współczesnych kinowych trendów, więc nie wiem, dlaczego akurat paluchem w TVN wskazuje, ale jakoś mam wrażenie, że oni sztukę ściemniania opanowali do innej perfekcji; nie wiem czy lepszej, nie wiem czy gorszej – innej). Zaatakować widza w telewizji zachęcającymi zwiastunami, przekonać, że to co pokazują zapowiada najlepszy na świecie film i zagonić do kina. A potem to już wsio rawno, czyli pokazać w tym kinie nieszczęsnym po prostu telewizyjną produkcję, która kina powinna oglądać z daleka raczej, a nie od środka. „Beats of Freedom” potwierdza tę regułę. Napaliliśmy się z Aśkiem na trailer, a potem jak już zobaczyliśmy film wydaliśmy przeciągłe phhyyy, nuda. Na szczęście nie wydaliśmy też pieniędzy na bilet do kina, bo byłoby to marnotrawstwo.

No dobra, taka zupełna nuda toto nie była. Długi metraż nie był to również (jakaś godzina piętnaście minut, lightowo) więc wytrzymać było łatwiej, a przecie podjęty temat był ciekawy, więc i nie trzeba było nic przewijać. Tyle tylko, że temat ów został potraktowany strasznie powierzchownie. W zasadzie całość wyglądała tak:

Stalin kipnął, było źle to zaczęliśmy grać muzykę. Przyszedł Gomułka to też graliśmy muzykę. Potem była bieda, bili nas po łbach, ale graliśmy muzykę i tak. A jak przyszedł Jarocin to graliśmy muzykę. A potem my graliśmy muzykę, a władza nam pozwalała, bo trzymaliśmy ewentualnych protestantów poza ulicami. A potem przyszedł rok 89.

Fajno, ale cóż w tym odkrywczego i do tej pory niepublikowanego? Owszem, na archiwalne nagrania przyjemnie było popatrzeć, ale było ich za mało, a za dużo gadania o oczywistościach. Aż się prosiło o jakieś pieprzne anegdotki, krew, pot i łzy. A tu zaśmialiśmy się może ze dwa razy – raz z anegdotki Hołdysa, drugi raz nie pamiętam z czego. I to wszystko. Krwi, potu i łez nie było (no chyba, że w piosenkach), bo przecież to był film o tym, że oni sobie grali i tak naprawdę nikt im w tym strasznie nie przeszkadzał. Do kogo mieli trafić – do trafili.

Kolejny ból filmu jest taki, że tych grających wedle niego nie było zbyt wielu. Były kapele Tomka Lipińskiego, któremu się pewnie udało zdominować film, bo najlepiej angielski znał (o języku w następnym akapicie), był Dezerter i przede wszystkim była Kora, która można by sądzić po projekcji sama swoimi piosenkami obaliła komunizm (jak przystało na Korę – także i tutaj wkręciła Kamila Sipowicza, który pojawia się jak smród zawsze razem z panią Jackowską – niezależnie od tego, czy ma coś do powiedzenia czy nie ma – tu wystąpił jako ktoś, kto dotarł do jakichś tam instrukcji, ŁOOOO; żenua). I to właściwie wszystkie kapele, które wtedy grały. A Pomarańczową Alternatywę rozkręcił sam jeden na swoich barkach Krzysztof Skiba. Według filmu. Jak więc widać – twórcy filmu prześlizgnęli się zaledwie po temacie dochodząc najwyraźniej do wniosku, że więcej drążyć nie trzeba – powierzchowność wystarczy.

Nie mam większego pojęcia, jaki to był zamysł na film, żeby jego narratorem był Angol polskiego pochodzenia. Dla kogo to film? Dla Polaków? To po co narrator nawijający po angielsku (bardzo ładnie i wyraźnie zresztą)? Dla widzów zagranicznych? To czemu nie było śladu tłumaczenia piosenek? No chyba, że subtitlesami to załatwili – nie wiem, przyznaję się bez bicia 😛 Ale nawet jeśli, to i tak powinni jakieś angielskie hardsuby wstawić na piosenki – zakładając oczywiście, że to dla zagranicznego widza.

No i może ten zagraniczny widz z większym entuzjazmem by do filmu podszedł, ale widz polski raczej nic ciekawego tu nie znajdzie poza opowieścią, którą pewnie spokojnie może sobie poczytać na Wiki. 3+(6)
(996)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.