Lustra [Mirrors]

No i proszę. Zupełnie niespodziewanie i bez zapowiedzi, która dotarłaby do moich uszu, Amerykanie pod przewodnictwem Francuza stojącego za kamerą wzięli się za zremake’owanie mojego ulubionego horroru rodem z Korei Południowej „Into the Mirror”. Wyszło całkiem ciekawie, choć jak się można i bez tej recenzji domyślić – daleko od oryginału.

Bohaterem „Mirrors” jest były glina po przejściach (Kiefer Sutherland; to przerażające jak bardzo wsiąkł w postać Jacka Bauera, nic przez cały film mnie nie przekonało, że to nie Jack), który próbuje poukładać swoje życie z powrotem do kupy. W tym celu znajduje robotę ochroniarza w pogorzelisku po wielkim sklepie, który przed laty uległ całkowitemu sfajczeniu. Spalony budynek pełen jest luster, które nie wróżą nic dobrego tak samo jak i odbicia w nich.

Za wyreżyserowanie tego remake’u (ani słowa o oryginale w napisach, nieładnie) wziął się Alexandre Aja, który wypłynął krwawym jak podpaska i głupim jak młody Kiepski „Haute Tension”. Jednemu zmiażdżył głowę kredensem, komuś innemu kazał pomachać z krwawym efektem ręczną wersją trajzegi i już upomniało się o niego Hollywood. Tam już tak krwawo kręcić nie mógł, ale trzeba przyznać, że stara się chłopak przemycić parę scen w swoim stylu do każdego filmu, którego się tknie. Tak samo w „Mirrors”. I raz to wychodzi fajnie tak jak samogardłopoderżnięcie, a raz… hmm… no śmiesznie tak jak samojaporozdarcie. No ale chwała za to, że cokolwiek w ogóle jest, bo film od razu odżywa, gdy go podlać czerwoną farbą.

A oprócz tych aktów samodestrukcji w filmie pozostaje już tyko samotna walka Kiefer Sutherland kontra lustra, która stanowi większość filmu. Kiefer łazi po opuszczonym sklepie i co trochę natyka się na jakieś strachy, a my razem z nim. Obecność luster w filmie daje nieskończone możliwości nagłego pojawienia się czegoś w nich, z czego realizatorzy skwapliwie korzystają raz z lepszym raz z gorszym skutkiem.  Klimat w każdym bądź razie jest w porządku, choć momentami to samotne łażenie z latarką, która oczywiście gaśnie w najmniej odpowiednim momencie, jest z deka nużące. No, ale wtedy sytuacja się powoli rozwiązuje i lecimy do przodu z akcją, dlatego stopień przegięcia nie został, ten tego, przegięty. Natomiast sama obsesja na temat luster jest już momentami zbyt przegięta i nie udało się uniknąć rozbawienia widza absurdem sytuacji. Choć w zamierzeniu pewnie miał straszyć. No, ale nie sposób nie pośmiać się pod nosem, gdy Kiefer ładuje na dowód swojej normalności pół magazynku w bogu ducha winne lustro itp. sytuacje. W „Mirrors” klimat grozy nieustannie miesza się z klimatem autoparodii. Gdyby tego uniknąć byłby naprawdę fajny film. No, ale nie uniknięto takiej sytuacji.

No i w wyniku tego pomieszania strasznego ze śmiesznym powstał dobry film, który jednak do historii kina grozy z pewnością nie przejdzie. Jest na pewno lepszy od sporej ilości dzisiejszych horrorów, a i zakończenie ma ładne, poetyckie takie, ale tak naprawdę niewiele wznosi się ponad przeciętność. Oglądałem go jednak z przyjemnością i z wzrastającą chęcią powtórzenie koreańskiego oryginału. Którego obejrzenie zresztą polecam Wam bardziej niż oglądanie remake’u. No ale to w zasadzie standard przy okazji takich sytuacji.
(682)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.