Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Projekt: Monster [Cloverfield]

Oto pierwsza recka w historii tego bloga, która będzie taka do dupy nie ze względu na to, że jestem śpiący (choć jestem), ani nie ze względu na to, że nie mam weny do pisania (choć chyba nie mam), ani nawet nie ze względu na to, że czuję, że coś powinienem napisać, a mi się nie chce i całość wygląda jak pańszczyzna. Nic z tych rzeczy. Ta recka będzie do dupy przez MS Word-a.

No bo człowiek sobie spokojnie film ogląda, zbiera myśli do późniejszego przelania na papier, a tu nagle emergency z drugiego pokoju. Że Word nie chce zapisać pracy, którą ma zapisać i basta! No i rzeczywiście, skurwisyn nie chce zapisywać. I trzeba film przerywać w połowie i lecieć na uribaba ratunek. A potem się okazuje, że ten odupępotłuc program wraz z zakończeniem się wersji trialowej blokuje wszystkie funkcje i jak chcesz pisać dalej to musisz zakupić pełną wersję programu. Nie wiem, może wszystkie tak robią (pewnie tak), ale ten przypadek był wyjątkowo perfidny, bo zupełnie bez ostrzeżenia nastąpił i o mało efekt całego dnia pracy poszedłby w cholerę. No, ale przyszedł Q i poradził palnikiem i obcęgami. No, ale była już trzecia w nocy i cd. oglądania trzeba było przełożyć na dzień następny. A to już nie to samo, jeśli chodzi o pisanie recki. Połowę rzeczy zapomniałem, a drugiej połowy nie zapamiętywałem, bo się wkurzałem, że pierwszej połowy nie pamiętam…

Bohaterami „Cloverfield” (polski tytuł jest zbyt głupi, żeby z niego korzystać) jest kilkoro młodych ludzi, którym coś przerwało imprezę. Przerwało w dość spektakularny sposób, bo zaczynając rozwalać Nowy Jork. No i potem już do końca bohaterowie uciekają, a coś ich goni i chce zjeść.

Bardzo fajny film, nie spodziewałem się. Kampania reklamowa, którą miał ogromną, nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia i właściwie prawie jej nie zauważyłem, ostentacyjnie omijając całe to nakręcanie się w necie nowym projektem Abramsa. Nie jest on dla mnie nikim takim, żeby czekać na jego kolejne „projekty” z wypiekami na twarzy. No i może to i lepiej, bo sobie w spokoju przyjemność z końcowego efektu mogłem czerpać nie porównując do żadnych oczekiwań wywołanych trailerami i kampanią promocyjną. A przyjemność była spora choć trzeba pamiętać, że byłem max sceptyczny. Szybko jednak przestałem jak tylko zaczęło się rozpieprzanie miasta – wcześniej się nie dało, bo działał mi na nerwy ten kolo, co przez większość filmu z kamerą biegał. Jakiś taki nie teges na głowę był, co widać było po jego zachowaniu. A ja durnych postaci nie lubię. Znaczy durne mogą być, ale gdy zachowują się zupełnie niewytłumaczalnie (rozpowiadanie wszystkim, że ktoś się przespał z kimś tam; kaman!) to mi działają na nerwy. A może własciwie nie oni tylko scenarzysta, który wetknął im te bzdury w usta.

Na szczęście to, kto się z kim przespał, szybko przestało mieć znaczenie. Zaczęło się rozpieprzanie w dobrym stylu i chaotyczna ucieczka dokumentowana przez kamerę trzymaną przez jednego z uciekających. Zabieg oczywiście średnio nowy, ostatnio nadużywany, ale nie przeszkadzał mi tu nic a nic. Głowa mnie nie bolała, a możliwość oglądania wydarzeń w taki sposób była atrakcją. Oczywiście nie kupuję tego, że kolo tak trzymał kamerę i wszystko dokładnie filmował, ale przynajmniej twórcy starali się, żeby nie było za dużo przesady w tym kierunku. Choć oczywiście nie dało się jej uniknąć w efekcie czego możemy nawet oglądać (o ile dobrze pamiętam) jak kamerzystę gryzą te małe potworki.

No właśnie, małe potworki – najgłupsza rzecz w całym filmie, moim zdaniem. Coś trzeba było zrobić, żeby nie było monotonnie, ale co to? Obcy 5? Na cholerę toto takie biegało i wyskakiwało z różnych najgłupszych z możliwych miejsc? Głupsza była tylko laska, która biegała w szpilkach, a jak je potem zdjęła, to nosiła je ze sobą w jednej łapce. Po kiego grzyba? Żeby założyć i dalej uciekać przed cosiem w szpileczkach?

No i to tyle, co bym chciał napisać, bo jak mówię, film oglądałem z dużą i nerwową przerwą, a na dodatek działo się to jakieś parę dni temu. Chciałem jednak na koniec dodać, że „Cloverfield” to bardzo dobra rozrywka i prawdopodobnie najlepszy blockbuster, jaki ostatnio widziałem. Ma pomysł (nie szkodzi, że wtórny na swój sposób), fajne efekty i napięcie. I z przyjemnością się go ogląda. 5(6)
(644)

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.