×
Krzyk 7 (2026), reż. Kevin Williamson.

Krzyk 7. Recenzja filmu Scream 7

Wszystko, co najciekawsze w przypadku siódmej odsłony Krzyku działo się/dzieje się za kulisami tego filmu. Sam Krzyk 7 jest zaś nudną kontynuacją ciągniętej zbyt długo serii, której autorzy przestali się wysilać, by choćby spróbować zaprezentować jakiś pomysł i po prostu nakręcili kolejny Krzyk tak jakby pozostanie w klimacie tej serii wystarczyło. Mieli niestety rację, film zarobił. Recenzja filmu Krzyk 7.

O czym jest film Krzyk 7

W Woodsboro dochodzi do kolejnego tajemniczego zdarzenia, a coraz głośniejsze stają się pogłoski o tym, że Stu Macher (Matthew Lillard) wcale nie zginął i to tylko kwestia czasu, kiedy zaatakuje ponownie. Mieszkająca zupełnie gdzie indziej Sidney Prescott (Neve Campbell) nie wierzy w te niczym niepotwierdzone plotki i nie zawraca sobie głowy jednym z zabójców z pierwszej części opowieści o niej. Niekoniecznie może mieć jednak rację, bo wkrótce przeszłość ją dogania i o ile z zagrożenia dla jej samej nie robiłaby zbyt wielkiego halo, to już zagrożenie jej córki Tatum (Isabel May) staje się wyzwaniem, któremu jak najprędzej trzeba stawić czoła.

Zwiastun filmu Scream 7

Recenzja filmu Krzyk 7

Nie będzie tu za dużo o samym filmie (jak zawsze w twoich recenzjach, powiecie) i wcale nie dlatego, że jest to film, o którym należy za dużo nie wiedzieć, bo wiadomo, cała zabawa w typowaniu killera i tego typu rzeczy. Takiej zabawy za dużo w filmie nie ma, no ale dobra, to nadal sedno tej opowieści. Zabić kilka osób, rzucić podejrzenie na każdego i na koniec ujawnić kto i czemu. Nie inaczej jest w Krzyku 7, choć frajdy wielkiej z tego wszystkiego nie ma. Nie będzie tu za dużo o samym filmie, bo jeśli zachęcił mnie do przemyśleń, to głównie około z nim związanych. Jest to produkcja tak bardzo na odwal się, że bardziej by się chyba nie dało. Bierze sobie wszystko to, co wypracowała seria i czego oczekują po niej widzowie, i po prostu korzysta z tego szablonu nie dodając nic pomysłowego czy zaskakującego. Coś jak te odcinki w serialach, które zapychają całość, żeby dobić do konkretnej liczby odcinków. Niby to ten sam serial, ale przewijasz. I tak to właśnie jest z Krzykiem 7. Poprzednie części choć próbowały znaleźć jakiś nowy sposób na całość. Nie były to sposoby całkowicie zmieniające percepcję filmu, ale obecne. A tu jacyś nowi kuzyni, a tam jakieś nowe meta nawiązanie, a tu wejście z franczyzą w nową erę i tak to się kręciło. Być może w przypadku siódemki miało być podobnie, ale za kulisami wydarzyło się za dużo (zrezygnowali aktorzy, reżyser, scenariusz trzeba było pisać od nowa) i kiedy przyszło co do czego, trzeba było w pośpiechu kombinować. Można było w ogóle nie kręcić filmu, ale to był słaby pomysł w przypadku franczyzy, która jeszcze żre, ale z dwa lata dłuższą przerwą mogłaby już nikogo nie interesować.

Ściągnięto więc do pomocy Kevina Williamsona, który wymyślił cały Krzyk. Wziął chłop i wyreżyserował siódmą część – po raz pierwszy w historii całej franczyzy, choć to on stworzył ją na papierze. No i tutaj przemyślenie numer jeden. Jesteś sobie takim Kevinem Williamsonem. Wiadomo, że masz talent, bo praktycznie w pojedynkę wymyśliłeś cały gatunek (twórcy szóstej części Piątku trzynastego się teraz oburzą), no i chyba kochasz to swoje dzieło życia na tyle, żeby nie życzyć mu źle. Sytuacja jest nagła, bo wzywają cię na ratunek, gdy najmocniej pali się pod dupami. Może się nie spodziewałeś, a już musisz podrzucić jakiś pitch, no ale przecież jesteś Kevin fuckin’ Williamson, kto jak nie ty. Stajesz za kamerą i… kapitulujesz. Kręcisz nijaki film bez pomysłu na siebie i chowasz dumę do kieszeni. Producenci trzymają cię na krótkiej smyczy? Masz za mało siły, żeby przeforsować swoje pomysły? Nie masz żadnych swoich pomysłów? Możliwe, ta cała koncepcja meta slashera już dawno zjadła swój własny ogon i jedyne, co możesz tworzyć to bekę z rebootu remake’u sequela slashera opartego na prawdziwej historii, która nie jest prawdziwa, bo wymyślona na potrzeby filmu Krzyk, który jest bazą filmowego filmu Stab… Aaaaaa. Wszystko fajnie, ale ile można ogrywać te schematy typu: „Aby przeżyć w czwartej części slashera…”. „A ten znowu to samo, zamknij ryj!”.

W normalnych warunkach Krzyk 7 powinien wywalić się spektakularnie na ryj i zamknąć temat. No ale, tu przemyślenie numer dwa, nie tylko nie wywalił się na ryj, ale wziął i zarobił w weekend otwarcia najwięcej ze wszystkich części tego cyklu. Prawdopodobnie zostanie kasowym sukcesem, nijaka ósma część powstanie za dwa lata i znów będzie sukcesem. A gdzie przemyślenie numer dwa? Dokąd zmierzamy? :). Czego możemy oczekiwać? Czy komuś na nas zależy? Czemu słabe filmy podbijają kina, a dobre się w nich wywracają? Czy narzekając na algorytmy i scenariusze z AI sami się na nie skazujemy dając zarobić szrotowi? Czemu musimy być niewolnikami ogółu, dla którego niskich gustów tworzona jest teraz sztuka, by zarobić i zapomnieć? Gdzie tu sens, gdzie tu logika? Czemu nie może być normalnie? Słaby film zostaje słabo przyjęty, dobry dobrze? I wiadomo, to wszystko subiektywne odczucia i coś słabego dla jednego, dla drugiego może być arcydziełem, no ale kurwa…

Wiele się wydarzyło przed premierą Krzyku 7, ale nie oburzają mnie jakoś mocno te wszystkie akcje okołopalestyńskie i nie mam zamiaru bojkotować filmu, bo niesprawiedliwie wyrzucono aktorkę. Oburza mnie, że w zamian dano mi słaby film, który nie oferuje niczego choćby średnio ciekawego. Nikt nie zadał sobie nawet trudu, by stworzyć coś minimalnie kreatywnego. Najlepszy przykład – drzwi do garażu. Wiecie, te takie otwierane na pilot, które zmiażdżyły Tatum (Rose McGowan) w pierwszej części Krzyku. Tyle się w siódemce mówi o tej Tatum, tyle razy chodzi się wokół identycznych drzwi do garażu. Aż się prosiło o to, żeby Ghostface’a zmiażdżyć tymi drzwiami identycznie jak Tatum. No ale nie, drzwi do garażu wiszące na ścianie w pierwszym akcie nie zmiażdżyły w akcie ostatnim. Scenariusz Krzyku 7 napisany został na odwal się (a kosztował jakieś pół miliona dolarów, bo tyle zapłacono za rewrite), zadaje pełno pytań, na które nie odpowiada, a w pogoni za twistem zostawia logikę daleko za sobą. Może i nie powstał film, któremu bez wątpliwości miałbym wystawić minimalną ocenę. Może i nie nudziłem się jakoś specjalnie mocno i nie darłem się do ekranu „Boże, jakie to głupie!”, ale co? To ma mi wystarczyć?

Chyba tak, bo po wynikach kasowych jak te nowego Krzyku wychodzi na to, że nikomu nie opłaca się nawet dla nas postarać. W odpowiednich okolicznościach wystarczy minimum wysiłku. A te stają się odpowiednie permanentnie wraz z coraz szybszym upadkiem oryginalnego kina i napychania ekranów kontynuacjami, duchowymi ciągami dalszymi i wszelkiego typu wariacjami na temat znanego IP.

To nie sztuczna inteligencja wykończy kino tylko drastyczny spadek wymagań widzów wobec niego. Coś pozytywnego na koniec? Neve Campbell super się trzyma.

(2661)

Wszystko, co najciekawsze w przypadku siódmej odsłony Krzyku działo się/dzieje się za kulisami tego filmu. Sam Krzyk 7 jest zaś nudną kontynuacją ciągniętej zbyt długo serii, której autorzy przestali się wysilać, by choćby spróbować zaprezentować jakiś pomysł i po prostu nakręcili kolejny Krzyk tak jakby pozostanie w klimacie tej serii wystarczyło. Mieli niestety rację, film zarobił. Recenzja filmu Krzyk 7. O czym jest film Krzyk 7 W Woodsboro dochodzi do kolejnego tajemniczego zdarzenia, a coraz głośniejsze stają się pogłoski o tym, że Stu Macher (Matthew Lillard) wcale nie zginął i to tylko kwestia czasu, kiedy zaatakuje ponownie. Mieszkająca zupełnie gdzie…

Ocena Końcowa

4

w skali 1-10

Podsumowanie : Sidney Prescott znów musi stawić czoła Ghostface’owi, który na celownik bierze jej córkę. Filmowy ekwiwalent zimnej zupy pomidorowej. Najbardziej przestrasza brakiem chęci u twórców do zaprezentowania czegoś choćby odrobinę kreatywnego i wyłamującego się ze schematu znanego już od 30 lat.

Podziel się tym artykułem:

Skomentuj

Twó adres e-mail nie będzie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

Quentin 2023 - since 2004