Jason Isaacs w "Dig" - fot. screen z Youtube
Jason Isaacs w "Dig" - fot. screen z Youtube

Dig, 1×01

Powoli trzeba się przyzwyczajać do tego, że szanse na trafienie na serial, który już od pierwszego odcinka wessie na dobre w swój świat – są równe zeru. A przynajmniej jemu bliskie.

Nie chcę tu marudzić o końcu złotej serialowej ery, bo już to parę razy robiłem, więc napiszę może troszeczkę inaczej. Wysoki poziom i świeżość pomysłów klasycznych dziś seriali, dzięki którym rozkręcił się boom na telewizję w odcinkach, doprowadziły do dwóch rzeczy. Niebywale zwiększyła się jakość nowych seriali, które by zaistnieć po prostu musiały mieć dobrą obsadę, musiały czymś widza zaciekawić, musiały telewizyjne budżety wykorzystać do ostatniego centa. Ale zarazem, z każdym kolejnym serialowym hitem, zmniejszała się coraz bardziej szansa na to, że w najbliższej przyszłości pojawi się nowy Hit. Bo już nie wystarczyło, aby serial był porządnie zrobiony, zagrany i jak najmniej telewizyjny, jak tylko się dało. Nie wystarczyło obsadzić w nim topowego aktora. Trzeba było dać to coś, że sprawiło, że był inny niż wszystkie. A o takie pomysły najtrudniej.

Nie ma też takiego pomysłu „Dig”, którego reckę właśnie wciął mi niespodziewany bluskrin i piszę te słowa wkurzając się na to, że muszę to robić raz jeszcze. To raczej kolejna propozycja z gatunku „nakręćmy dwadzieścia seriali, na pewno choć jeden z nich chwyci”, ale napiszę od razu, że ciekawa na tyle, bym miał ochotę zobaczyć drugi odcinek. Bo dopiero po nim będziemy mądrzejsi – pilot to za mało. Szczególnie taki cierpiący na chorobę pilotów, które teoretycznie powinny dawać widzowi wszystko co najlepsze, ale zwykle kończą się na przedstawieniu bohaterów i odpowiednim rozstawieniu wszystkich pionków. W związku z czym dopiero drugi odcinek w pełni powinien upoważnić do wydania wyroku.

Bohaterem „Dig” jest agent FBI Peter (Jason Isaacs), który w Jerozolimie wpada na trop tajemnicy sięgającej początków chrześcijaństwa. Przypadkowo poznana dziewczyna zabiera go na teren archeologicznych wykopalisk pod Jerozolimą, gdzie światowej sławy profesor jest – jak sam twierdzi – na granicy odkrycia, które wstrząśnie światem, ale do którego może nie dojść z powodów polityki rządzącej tym niespokojnym kawałkiem świata. Równocześnie pewna żydowska, jak mniemam, organizacja rozpoczyna przygotowania do tajemniczego rytuału, którego rozmachu można się tylko domyślać.

Za serial odpowiedzialny jest duet panów, którzy na swoim (osobnym) koncie mają Homeland i „Herosów”. „Dig” swoim tempem, klimatem i narracją póki co bardziej przypomina „Homeland” i można by się nawet nabrać, że to jakiś spin-off. Jednak tam, gdzie Carrie walczy z terrorystami, Peter z FBI stanie zapewne z bardziej nadprzyrodzonym wrogiem. Co, moim zdaniem, zepsuje całość, bo wolałbym, żeby serial jak najbliżej się tylko da trzymał się realizmu. Boję się jednak, że nie będzie, czego zapowiedzią są halucki głównego bohatera i mistycyzm, od którego już tylko krok do naiwnej bajki.

Nie ma w „Dig” nic, co uprawniałoby do zachwytów i raczej nie wykorzystano możliwości, jaką daje umiejscowienie akcji w Jerozolimie. Poza nazwą i architekturą serialowym miastem rządzą te same mechanizmy co każdym innym amerykańskim serialowym miastem. Główny bohater biega sobie po ulicach ze spluwą i ma wszystko w nosie, robiąc to, co mu się podoba. Coś tam szefowa kręci nosem (Anne Heche z firmową w jej przypadku prześwitującą bluzką), ale wiadomo i tak, że nawet w Izraelu najlepszym szeryfem jest Jankes i jak chce do kogoś strzelać, to nikt mu nie przeszkodzi.

Ale drugi odcinek z chęcią obejrzę.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.