Obietnica

Pisałem tu już ze dwa razy, że miałem całkiem pozytywne odczucia względem „Obietnicy”. Tak zwyczajnie, bez wygórowanych oczekiwań. Naprawdę porządny zwiastun obiecywał (nomen omen) dobry film brzmiący jeszcze lepszą muzyką. Po wizycie w kinie okazało się tak naprawdę, o co chodzi z tytułem filmu. Obiecanki cacanki, chciałoby się napisać, bo tytułowa obietnica stała się słowem rzuconym na wiatr i prysła jak bańka mydlana na tymże wietrze.

Wow, to było głębokie!

A zaczęło się naprawdę fajnie. Moim skromnym zdaniem, Anna Kazejak, pani reżyser i bodajże scenarzystka tego filmu, poszła krok dalej (albo i dwa kroki) od swoich poprzednich Skrzydlatych świń, które były zwyczajnym i naiwnym filmem obyczajowym o małym miasteczku (nie piszę „o piłce nożnej”, bo na tym polu film poległ, jak to zwykle bywa w sytuacjach, gdy baby biorą się za piłkę nożną :P). Niezłym, ale w kategorii niewymagająca rozrywka. Tymczasem „Obietnica” szybko weszła na wyższy poziom filmu poważniejszego. Jej klimat zblazowanych małolatów zagubionych w sieci przekonał mnie od samego początku i uważam, że owo życie małolatów zostało tu bardzo sprawnie pokazane. Co prawda nie mam pojęcia, jak wygląda życie współczesnych małolatów 😉 ale kupuję, że niektórych może wyglądać właśnie tak jak w „Obietnicy”. A już na pewno dużo bardziej wiarygodny był to obraz kwiatu młodzieży polskiej niż np. takie science-fiction w wykonaniu Pasikowskiego w przypadku dawno zapomnianego „Słodko-Gorzkiego”.

Mimo więc bardzo wolnej narracji, może też dzięki moim dobrym przeczuciom, naprawdę fajnie oglądało mi się te pierwsze minuty filmu, a i kolejne też przyjąłem dużo lepiej niż ziewający obok Asiek. Główna w tym zasługa dwóch rzeczy. 1. Bardzo dobrej Elizy Rycembel w roli głównej. 2. Ciekawie skonstruowanego scenariusza opartego na jakiejś tajemnicy, która z każdą minutą zdaje się być bliższa rozwiązania, ale jeszcze nie teraz, jeszcze pobiegajmy w nadmorskich szuwarach, podrzućmy parę tropów.

Oto zaczynają się wakacje. Dziewczyna jest zła na chłopaka, że zdradził ją z pomponiarą. On zapewnia, że kocha tylko ją (dziewczynę, nie pomponiarę ;P) i zrobi wszystko, żeby wróciła do niego. Wszystko? OK, to zrób to – mówi dziewczyna, a my domyślamy się co to jest to to. Co to jest to to 😀

Co więcej, czujemy, że jesteśmy świadkami jakiegoś większego, dobrze przemyślanego planu, którego szczegóły dostajemy tylko na wyrywki. Kminimy w łepetynie, że działania naszych małolatów mają jakieś trzecie dno, które umiejętnie napisany scenariusz ujawni w drugiej połowie filmu.

I wtedy przychodzi rozczarowanie. Owa druga połowa filmu to już tylko pasmo fatalnie napisanych scen, facepalmów, łotefaków i innych pełnych niedowierzania kiwnięć głową. Okazuje się, że tak misternie (przypadkiem najwyraźniej) skonstruowana fabuła nie ma żadnego większego sensu, a finał nie pozostawia wątpliwości – oto zobaczyliśmy film, który sprawia zawód na całej linii. Jak gdyby pierwszą połowę scenariusza napisał ktoś z łbem na karku, a do drugiej przysiadł jakiś przyspawany do stołka pan redaktor z PISF-u czy innej Ą Ę instytucji. I napisał ją bez czytania tego, co napisane wcześniej. Zawsze, kurwa mać, jest jakiś wszechwiedzący redaktor (pewnie stąd taka popularność blogów, gdzie każdy sobie może być redaktorem :P), więc może i w tym przypadku tak było?

Tak czy siak – to, co Anna Kazejak bardzo ładnie nakręciła w bladych kolorach zostało całkowicie spieprzone scenariuszem, który w założeniu powinien walić po ryju, bo i historia jest dramatyczna, a w rzeczywistości zostawia nas bez jakichkolwiek uczuć innych niż znudzenie. Kulminacja, w której bohaterka zdradza, dlaczego to wszystko, powinna zostawić nas w ciężkim szoku do końca filmu, a tymczasem pół sali w Multikinie zaczęło się śmiać. Trzeba by chyba posadzić panią reżyser przed telewizorem, puścić jej jakieś „Funny Games”, i do znudzenia przewijać scenę z magnetowidem. Może wtedy zobaczyłaby jak powinno wyglądać to, na co się porwała. Bo sprawna reżyseria na nic (aczkolwiek pasowałoby zmniejszyć o połowę ujęcia w zwolnionym tempie i te ambitnie kręcone na jednym ujęciu), gdy scenariusz płaski, a jedyne emocje jakie nam towarzyszą to wkurw na za mało syropu w naszej coli z kinowego barku. Sala samobójców może spać spokojnie.

Nie napalajcie się też na tak znakomicie brzmiącą w zwiastunie muzykę. Kawałka Riverside próżno tu szukać, a zresztą próżno szukać tu jakiejkolwiek muzyki, bo od połowy wydarzenia w filmie ilustruje cisza. Cisi są również aktorzy i praktycznie nie słychać, co mówią. Polski film, wiadomo, od zawsze cierpi na kiepski dźwięk, a tu na dodatek wszyscy uparli się, żeby cicho mówić i memlać pod nosem.

I jeszcze tylko Ogrodnika szkoda. Występem tutaj cofnął się bardzo mocno w karierze, choć podejrzewam, że albo przyjmował rolę (albo nawet grał) jeszcze przed błyskiem w Jesteś Bogiem i Chce się żyć. 5/10

(1709)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.