Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Broadchurch

W końcu skusiłem się na serial, który najczęściej pojawiał się na listach seriali, które warte są obejrzenia w tym sezonie. Na niektórych z tych list oprócz niego nie znajdowało się wiele więcej tytułów. Trochę się zbierałem, bo za Tennantem nie przepadam, ale w końcu odhaczyłem go na swojej serialowej liście do obejrzenia. I rzeczywiście, jest godny uwagi, choć przesadne zachwyty są, no cóż, przesadzone jak sama nazwa wskazuje. „Broadchurch” to dobry serial, ale bez przesady.

Nie dalej niż wczoraj w kontekście Breaking Bad pisałem, że kończy się Złota Era Seriali i jeśli w najbliższym czasie ma się pojawić coś, co zerwie nam berety z głów, to szansę widzę jedynie w serialach jednosezonowych, zaplanowanych od początku jako jednosezonowe i w okresie tego jednego sezonu dające nam historię skrojoną pod konkretną liczbę odcinków, niekoniecznie dwudziestu czterech. Bez zamulania, balastów i mnożenia wątków pobocznych, które rozdmuchują sezony. Bo jeśli coś w połowie sezonu odnosi sukces i zostaje rozpisane na szybko na kilka sezonów, to już dupa zbita. Naprawdę nie widzę szans na jakiś nowy, pięciosezonowy serial, który popularnością nawiązałby do 24, „Prison Break”, Losta i kilku innych tytułów, po których pustka. Wydaje mi się, że okres takiej serialowej prosperity się nie powtórzy i nie trafi się kolejny świeży pomysł na miarę „a gdyby tak jeden odcinek to była jedna godzina z życia bohatera; minus reklamy”. Obym się mylił.

No i właśnie „Broadchurch” (w ogóle brytyjskie seriale o liczbie odcinków na sezon, cóż, dziwnej) szybko potwierdził tę moją teorię dotyczącą tego, na co powinno się teraz w serialach stawiać. Osiem odcinków, bez czasu na coś innego niż tylko główna historia (no może w szóstym i siódmym odcinku było trochę zapychaczy, ale to i tak nic). I widzowie to kupili. Nikt nie narzeka (przynajmniej ja nie widziałem narzekań).

W tytułowym miasteczku zostaje znalezione ciało chłopca. Policja szybko odkrywa, że został uduszony. Świeżo zatrudniony komisarz (czy kim on tam był, stopień pod Nadszefem :) ) w towarzystwie swojej poprzedniczki rozpoczyna śledztwo.

Historia najbardziej klasyczna z klasycznych. Małe miasteczko, morderstwo, z szaf zaczynają wychodzić szkielety – każdy właściciel takiej szafy jest podejrzany. Każdy trop trzeba sprawdzić, każde alibi zweryfikować, a w tle cierpi rodzina ofiary. Znamy to, widzieliśmy parę razy, chętnie obejrzymy raz jeszcze.

Jak pisałem, zachwycać się nad czym nie ma, ale przecież nie każdym serialem trzeba się zachwycać. Wystarczy, że dobrze się go ogląda i ma ochotę na kolejny odcinek. I już jest sukces. W przypadku „Broadchurch” nie ma mowy o nudzie (no może tylko pierwszy odcinek mi nie podszedł), bo to tylko osiem odcinków i jest to osiem odcinków samego sedna, mylonych tropów i rzucania podejrzeń na kolejne osoby. Z tego też względu parę motywów jest przesadzonych, by widz jeszcze bardziej uwierzył w możliwą winę kolejnego delikwenta, a i niektóre wątki są porzucane zbyt szybko bez wytłumaczenia ich sensu (np. narkotyki u siostry). Mnie przez chwilę przeszkadzał też brak tego skandynawskiego chłodu (chłód był, ale nie za wiele poniżej zera), ale nie za długo.

Gdzieś, kiedyś obiło mi się o uszy, że Amerykanie chcą zrobić remake. Nie wiem po co. Nie ma w tym serialu niczego, co by usprawiedliwiało tę decyzję. Jeśli więc powstanie – lepiej obejrzeć oryginał. A jeśli nie powstanie, też warto go obejrzeć. 

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.