Aftershock

Asiek wróciła wczoraj niezadowolona do domu, bo miała nadzieję przeczytać na Q-Blogu recenzję „tego okropnego filmu, który oglądałem”, a tu recenzji nie było. Geez, gdybym brał centa za każdą reckę, której nie napisałem…

Czasem tak mam, że oglądam jakieś „okropieństwo”, gdy Asiek zajęta jest czymś innym i tylko zerka jednym okiem na ekran. Tym razem było tak bodajże w niedzielę rano. Nie chciało mi się spać, zarzuciłem końcówkę rozpoczętego w środku nocy „Aftershocka” z nadzieją, że go skończę. Obudził się Asiek. Coś tam klepał na Fejsie w telefonie, ale okiem zerkał. Aż w końcu nie wytrzymał. „Co to za film mi puszczasz?”. Hellou, jakiego mi? Sobie puściłem, może jakieś śniadanie albo co, bo samo się nie zrobi? „Jest niedziela rano, a tu palą żywcem, gwałcą, zabijają – niedobrze mi!” opierdzieliła mnie i musiałem wyłączyć. Tym sposobem „Aftershock” obejrzałem na trzy razy. A śniadanie samo się nie zrobiło.

Nie wiedzieć do końca dlaczego, ale czekałem na „Aftershock” od dłuższego czasu. Nie czytałem za dużo o filmie, ale wydawało mi się, że to jakieś zagraniczne ekstremum, które wypada znać. Eli Roth w obsadzie przerażał mnie bardziej niż sam film, ale co tam, do odważnych świat należy. Obejrzałem więc od razu, gdy tylko wpadło w moje łapy.

Chile. Amerykanin w średnim wieku (Roth) poznaje rozrywkową stronę Santiago i Valparaiso. W towarzystwie dwóch miejscowych znajomych zwiedza lokalne winiarnie i podrywa dziewczyny w dyskotekach. Wtem. Trzęsie się ziemia i dyskoteka zamienia się w grę o przetrwanie.

Tim Roth kontynuuje swoją serię „Geografii dla Amerykanów” i po Słowacji obrzydza kolejny kraj – ww. Chile. Tym razem podłączył się pod jakiegoś lokalnego chilijskiego twórcę i dorzucił do jego dzieła trochę swoich groszy. Nie wiem, na jakiej zasadzie ten barter się dokonał, ale myślę, że… a mniejsza z tym, o czym myślę. To mimo wszystko bardziej film Eliego Rotha niż film z Elim Rothem. Pewnie by go i wyreżyserował, ale budżet był za mały, żeby poeksperymentować. Bo to, moi drodzy, dość niskobudżetowy film katastroficzny. A właściwie horror katastroficzny, choć próżno szukać w nim potworów.

Eli Roth z całkowitym cynizmem osadza akcję swoich filmów poza granicami Stanów i ma wszystko w dupie. Na miano reżysera niepokornego i odważnego zapracował obdarzając bohaterów swoich filmów najgorszymi cechami z możliwych, bo przecież wszyscy wiedzą, że Słowacy czy Chilijczycy to wyjątkowe skurwisyny. Takie filmy jak Hostel czy „Aftershock” raczej nie mogłyby powstać w Stanach, bo tam przecież po ulicach nie chodzą gangi dzieci w łachmanach, a gdy natura postanowi zrobić kuku, to wtedy dzielni Amerykanie jak jeden mąż pomagają sobie nawzajem, a nad community powiewa gwiaździsty sztandar. Co innego w Chile. Tam na pewno ludzie tylko czekają na okazję, żeby zacząć zabijać, gwałcić i kraść. Gdyby nie Eli jego krajanie żyliby w nieświadomości i jeszcze nie daj Boże pojechali na taką Słowację. Brrrr.

Jak przystało na film niskobudżetowy, niewystarczającą kwotę pieniędzy widać na ekranie od początku do końca. A że puste kieszenie nie sprzyjają kręceniu filmów katastroficznych, to prawdziwą katastrofą są w „Aftershock” ludzie, a właściwie ich zwierzęce instynkty. Co za tym idzie, reżyser rozwala więzienie, a ekran zapełnia zbiegłymi z niego zwyrodnialcami. I to przed nimi muszą uciekać nasi bohaterowie ginąc po kolei w wielkich mękach. Ale nie aż tak dużych, jak można by się spodziewać po Elim Rothu. Tak naprawdę to prawdziwie disturbing images tu nie ma.

„Aftershock” przypomina budową „Od zmierzchu do świtu” (czemu dziwić się trudno, Roth wgapiony jest w Tarantino jak w obrazek). Pierwsze pół godziny to imprezowa komedia, całkiem nawet zabawna momentami, tyle że położona przez przedrętwe aktorstwo. Macie bogatą wyobraźnię? To wyobraźcie sobie Eliego Rotha w roli komediowej. No właśnie. Ten wstęp daje nam też szansę na to, by lepiej poznać bohaterów, ale tak naprawdę jest nam szczerze wszystko jedno, co się z nimi później stanie.

Przeciętnie i półamatorsko. 5/10

(1531)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.