Muppety [The Muppets]

Nigdy nie byłem fanem Muppetów. Nie chodzi o to, że ich nie lubiłem. Po prostu prawie ich nie znam i prawie ich nie oglądałem. Mignęło mi kiedyś, dawno temu, kilka odcinków, które nie zaciekawiły mnie, bo chyba byłem za mało. Lata później zobaczyłem trzy inne i pamiętam, że się uśmiałem, ale nie na tyle, żeby wgryźć się głębiej w całą hecę. OK, śmieszne, czerstwy żart Faziego o liście/literce A naprawdę zabawny, warto go powtórzyć w towarzystwie, ale to by było na tyle. Można więc powiedzieć, że w temacie Muppetów nie mam zielonego pojęcia i na pytanie Aśka zadane w połowie seansu filmu pełnometrażowego („Nigdy nie rozumiałam, czemu Kermit występował i w Muppetach i w Ulicy Sezamkowej”… hmm, to nie pytanie…) nie umiałem odpowiedzieć.

Więcej. Zielonego pojęcia (Kermit by się uśmiał) nie mam, ale miałem to dziwne przeświadczenie graniczące z pewnością, że Muppety są nie dla mnie po prostu. Stąd przypadkowy pomysł obejrzenia filmu skwitowałem nosem na kwintę. Zapowiadało się, że ten wieczór mógłby być lepszy.

No i był. I wiecie. Starego show raczej oglądać nie będę, ale jeśli banda kolorowych pluszaków zmusza cię do przemyśleń, to coś z tym światem jest nie tak.

W sielskim wiejskim miasteczku żyje sobie dwóch braci. Jeden zafascynowany Muppetami i całkiem do nich podobny, a drugi o twarzy największego aktorskiego beztalencia ostatnich lat Jasona Segela. Pewnego dnia ten drugi bierze pod pachę dziewczynę i jedzie do Los Angeles. Braciak wybiera się razem z nimi podekscytowany możliwością zwiedzenia studia, w którym nagrywane były odcinki Muppetów. Tymczasem na miejscu szok. Studio się rozpada, a bogaty nafciarz postanawia zamienić je na naftowy szyb. Trzeba ratować sytuację i znaleźć Kermita. A, co najważniejsze, przekonać go, że ktokolwiek ma ochotę oglądać jeszcze prowadzony przez niego show. Oraz zebrać do kupy stary gang.

Recenzje filmów czytam rzadko, ale czasem po obejrzeniu rzucę okiem tu i tam. Tu i tam, czyli na Filmweb, gdzie o Muppetach entuzjastycznie rozpisuje się Ten Michał Walkiewicz. Entuzjazm entuzjazmem, ale w jednym przypadku muszę stanąć po stronie Barbary „Pan nie rozumie konwencji” Białowąs – nie podzielam jego opinii, że pierwsze 15 minut filmu jest do kitu. „Pan chyba nie zrozumiał konwencji” :) „Muppety” od początku są świetnym filmem, czego dowodem ja, który zaczął oglądać ten film niczym ten koleś z randki z Rachel. pamiętacie?
– Przepraszam, ciągle opowiadam o sobie, pewnie źle się bawisz.
– Nie, ale tylko dlatego, że w myślach przypominam sobie film, który widziałem ostatnio.
A już na napisach początkowych byłem kupiony.

Sukces tym większy, że Segela nie lubię i nie wiem, kto zezwolił mu na aktorstwo. I tutaj potwierdza tę moją opinię w stu procentach – jest standardowo okropny. Na szczęście nie ma go tu za wiele (ludzka obsada jest odsunięta na właściwy margines i tylko od czasu do czasu niepotrzebnie wychodzi na wierzch) i ten jego wzrok tęskniący za rozumem można przeżyć. Tym razem jednak ważniejsze od jego aktorstwa jest to, że udało mu się trzasnąć świetny scenariusz pełen dokładnie takiego humoru, jaki lubię. Gra słowem i sytuacje z takiego gatunku, którego nie umiem opisać jednym słowem, dlatego pójdę na łatwiznę i opiszę je wprost :) Trwają poszukiwania Kermita. Gdzie też można go znaleźć…? Nagle widać kogoś, kto czyta Mapę Gwiazd. Walter, czy jak mu tam, mówi, że ma pomysł i żeby się zatrzymali! Cięcie. Poszukiwacze wcinają hot dogi, bo za kolesiem z mapą była budka z nimi. My kind of dowcip. Albo „Spadaj stąd, już śpiewałeś tę piosenkę!” :) Jest tego cała fura.

Jednak humor nie jest tym, co przeważa szalę „Muppetów” na stronę sukcesu. Furę humoru przysłania tu jeszcze większa fura nostalgii i zadumy nad rzeczami larger than Muppety. Oglądając smutny los upadłych kukiełek, które większość ma już od dawna w nosie dowiadujemy się więcej o szołbizie niż ze sterty kolorowych pisemek. Bo też mało kogo w tych pisemkach obchodzi los gwiazd przeżutych, wyżętych i wyeksploatowanych. Muppet zrobił swoje, Muppet może odejść. Zamieszkać sam w smętnej rezydencji albo na zapleczu podrzędnego kasyna, gdzie chałturzy z beztalenciami, które nie mając pomysłu na siebie, udają kogoś, kim nie są (bo niby czemu w talent showach wszyscy śpiewają covery?). Wzdychać do czasów, w których każdy nosił cię na rękach i odejść w zapomnienie pokonanym. Muppety podążają tropem sentymentu, który przetarły wszelkie produkcje typu „Niezniszczalni”, ale o ile w przypadku dziadków zabijających południowoamerykańskich dyktatorów mamy czysty fun i radość z tego, co cieszyło nas dwadzieścia lat temu, to w przypadku tych futrzaków nie sposób przejść obojętnie obok nich i nie westchnąć nad tym wszystkim. Bo czas leci, czy tego chcemy, czy nie.

Reasumując :) „Muppety” to bardzo udany comeback z tarczą. Jednorazowy zapewne, ale ja tam jestem zadowolony, że powstał i że zostałem przekonany do seansu (i staram się zagłuszać jak mogę dźwięczący z tyłu mojej głowy odgłos k-ching, k-ching). A teraz katuję OST i karaokuję „Rainbow Connection”. 8/10
(1355)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.