Super 8, czyli nie tak super

Na szybko 😉 bo mi tylko 27 minut do dziury w kalendarzu zostało :)

Grupka młodocianych zapaleńców mieszkających w małym amerykańskim miasteczku na przełomie lat 70 i 80 (to czas i miejsce akcji, a nie krainy geograficzne 😉 ) kręci film o zombie. Mają pojęcie o całej zabawie zważywszy, że ich filmowa firma odpowiedzialna za zamianę ludzi w zombie nazywa się Romero coś tam… Pewnej nocy podczas filmowania scen na peronie są świadkiem niespodziewanego wydarzenia. Oto prosto pod pędzący po torach pociąg wjeżdża półciężarówka. Następuje spektakularna katastrofa, w której wagony fruwają, a z ich środka wysypują się tajemnicze sześciany. Kiedy sytuacja się uspokaja, okazuje się, że wcale nie było tak strasznie. W końcu przeżyli i filmowcy i ich samochód, a także kierowca półciężarówki, który mówi małolatom, żeby szybko zmykali, bo zaraz pojawi się wojsko i wybije ich oraz ich rodziny do siedmiu pokoleń wstecz. Małolaty uciekają, a na miejscu katastrofy rzeczywiście szybko pojawia się wojsko.

Nie będę się rozpisywał o znakomitej promocji tego filmu, która pompowała nadzieje widzów już lekko od pół roku. Każdy w końcu był jej świadkiem. Obiecywano nam powrót do kina lat 80, niezapomnianych młodzieżowców Stevena Spielberga itd. I rzeczywiście. Pod tym względem nie zostaliśmy oszukani. Film ogląda się jak wyrwany żywcem z dawnej epoki. Prawdziwa to ulga do oczów męczonych trójwymiarem i milisekundowym montażem. „Super 8” udowadnia, że zwyczajnie nakręcony film bez tricków i wszelakich oszustw to wciąż materiał poszukiwany i oczekiwany. Przyjemność z oglądania „Super 8” jest nieporównywalnie większa niż na ten przykład opisywanych tu niedawno „Piratów z Karaibów„. Pod tym względem brawo i zero wątpliwości, że miało to wszystko wyglądać spielberglike i rzeczywiście tak wygląda. Bohaterami filmu, jak już wspominałem wyżej, są świetnie zagrane małolaty jeżdżące na BMX-ach i nawet troszeczkę przeklinające (zdaje się jeden fuck był nawet). Przydarza im się niespodziewana przygoda i razem są na tyle odważni i rezolutni, żeby stawić czoła jej niebezpieczeństwom. Klasyka kina młodzieżowo-przygodowego pośród której biega zastępca szeryfa napisany na obraz i podobieństwo szczękowego Roya Scheidera (w „Super 8” robi za niego coach Taylor z „Friday Night Lights„, ale wiele do zagrania to on tu nie ma). A skoro o „Szczękach” mowa to przygotujcie się też przed seansem na mnóstwo scen rodem z klasycznej głowy pojawiającej się nagle pod wodą – kto widział, ten wie ococho.

Niestety. I tak, teraz przechodzimy do tej części, w której będę pisał, że jestem zawiedziony. Powrót do wspominanych przez wielu z nas lat 80-tych nie gwarantuje sukcesu bez poparcia go jeszcze kilkoma argumentami. A lista słabych punktów „Super 8” jest niestety spora. Przede wszystkim brak mu scenariusza. Opowiedziana w nim historia jest taka sobie, żeby nie powiedzieć, że banalna. Trzymana na długo w tajemnicy chyba po to, żeby marudy takie jak ja przedwcześnie nie narzekały. W zasadzie film ożywa zarówno w części fabularnej jak i dialogowej tylko i wyłącznie w scenach dotyczących kręcenia filmu o zombie. Myślę, że lepiej by to wszystko wyszło, gdyby skupiono się właśnie na tym. Gdy młodzi adepci sztuki filmowej rozmawiają o kręceniu filmów, a potem je kręcą – wtedy ożywia się nie tylko akcja, ale i widownia. Jest wtedy miejsce na parę zdrowych wybuchów śmiechu i głosów podziwu dla wyobraźni młodych twórców. „Super 8” udowadnia, że podstawą do robienia filmów jest wyobraźnia właśnie. Najwyraźniej jednak J.J.Abramsowi jej zabrakło. Tak czy siak kręcenie filmu o zombie to najlepsze rzeczy, jakie ma do zaoferowania „Super 8”. I dla własnego szczęścia – nie wychodźcie z sali kinowej w momencie pojawienia się pierwszych napisów.

„Super 8” to film młodzieżowy i to młodzież gra tu pierwsze skrzypce, ale jednak dorośli potraktowani tu zostali za bardzo jak mięso armatnie (tylko oni giną of koz, ale to żaden wielki spoiler). Nikt powyżej lat nastu nie ma tu nic do zagrania. A szkoda, bo czym by byli Goonies bez rodziny Fratellich? No właśnie. A kończąc listę poważniejszych zarzutów muszę wspomnieć jeszcze o tym, że „Super 8” jest filmem przegadanym i choć ma kilka świetnie nakręconych scen, to ma też sporo zapchajdziur, które chciałoby się przewinąć. Zabrakło mi trochę widowiska, choć akurat tego nikt nie obiecywał.

Reasumując – warto się wybrać do kina i poczuć przez chwilę jak wtedy, gdy pierwszy raz oglądało się Indianę Jonesa itp., ale czar trochę za szybko pryska i z tego powodu ciężko mi dać więcej niż 7/10.
(1168)

PS. Pozdrowienia dla tłumacza (bądź tłumaczki, nie zauważyłem), który jednym słowem wypaczył sens całego filmu. Myślę, że sporo widzów po seansie zastanawiało się, czemu wojsko nagle zaczęło robić rozpierduchę w miasteczku. No ale skoro dla tłumacza „misfire” to pudło…

PS2. Pozdrowienia dla tępej pi..y z fotela obok, która przez cały film odbierała telefony, pisała smsy i gadała przez komórkę. Trzeba przyznać – dyskretnie, żeby nie przeszkadzać widzom za nią. Szkoda, że światłem wyświetlacza mi prosto w ryło… Za grzeczny/za nieśmiały (niepotrzebne skreślić) jestem, żeby zwrócić jej uwagę. A szkoda. Marzy mi się, żeby kiedyś po prostu wyjąć komórkę, włączyć latarkę i bez słowa oglądając dalej film zaświecić nią prosto w oczy takiej pi..e.

A potem latają po Internecie i piszą, że film denny. A połowy nie widzieli, bo esa pisali.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.