Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!
recenzja Jackie Brown w reżyserii Quentina Tarantino
Jackie Brown (1997), reż. Quentin Tarantino

Jackie Brown, czyli najsłabszy film Quentina Tarantino

Nikt nie spodziewa się hiszpańskiej Inkwizycji, a także tego, że dziś poczyta na Q-Blogu o Jackie Brown.

Jackie Brown i Q

Jackie Brown widziałem tylko raz w okolicy jego premiery, choć nie od razu. Do kina nie poszedłem, więc pewnie trzeba było odczekać z pół roku na seans aż film pojawi się na VHS-ie. Odczekałem i… bardzo mi się nie podobało. Gwoli sprawiedliwości także pierwszy seans Pulp Fiction mi nie podszedł, ale nie aż tak. Jackie Brown odbębniłem i zachowałem w pamięci jako słaby film. Kropka. Teraz, gdy odświeżyłem sobie wczoraj ten film Tarantino, z jednej strony nie rozumiem, dlaczego mi się nie podobał, a z drugiej chyba jednak trochę tak. Porównując do Pulp Fiction, który zdążyłem już docenić po drugim, trzecim i kolejnych seansach trzeba przyznać, że skok jakościowy in minus między Pulp Fiction i Jackie Brown był ogromny. Ten drugi wygląda jak film, który mógłby nakręcić ktokolwiek i nie ma w nim prawie w ogóle magii pierwszych dwóch filmów Tarantino, które zmieniły kino. Jackie Brown nic nie zmienił. Oczywiście, paradoksalnie, nawet najsłabszy film Quentina Tarantino nadal jest całkiem niezłym, a nawet zwyczajnie dobrym filmem.

Kto to jest poręczyciel sądowy?

Może znajdzie się ktoś, kto nie wie, cóż to za film, więc teraz dwa słowa o nim. Bohaterką Jackie Brown jest… Jackie Brown (Pam Grier). Stewardessa podrzędnych linii lotniczych, która na boku zajmuje się przemycaniem przez meksykańską granicę pieniędzy dla swojego znajomego handlarza broni Ordella (Samuel L. Jackson). Pewnego dnia Jackie zostaje złapana na przemycie przez agenta ATF (Michael Keaton). To pokłosie aresztowania jednego z pracowników Ordella, który w celi zaczął śpiewać jak kanarek. Kobieta dostaje propozycję nie do odrzucenia: albo sypnie Ordella, albo pójdzie siedzieć. Jackie wybiera opcję numer dwa. Z aresztu, na polecenie Ordella, wyciąga ją poręczyciel sądowy Max Cherry (Robert Forster), ale to dopiero początek kłopotów stewardessy. Stając w obliczu zrujnowania sobie życia, Jackie rozpoczyna grę na dwa fronty z ATF i Ordellem.

Mógłby mi do końca wytłumaczyć, któż to dokładnie jest ten poręczyciel sądowy? Przyznam, że do końca nie rozumiem jego profesji i być może nawet zastanawianie się nad tym dodatkowo zepsuło mi seans. Mogliby wytłumaczyć na początku w napisach czy coś. Niby wszystko jasne – idziesz do niego z kasą, gdy chcesz wyciągnąć kogoś za kaucją z paki poprzez pośrednika. Tylko czemu Max wisiał potem kasę Ordellowi?

Co jest nie tak z Jackie Brown?

To, wbrew pozorom, bardzo ciekawe pytanie (a właściwie odpowiedź na nie), bo zarazem wszystko jest z Jackie Brown w porządku, ale porównując go do poprzednich (i następnych) filmów Tarantino trzeba przyznać, że wszystko jest nie tak. A dokładniej rzecz biorąc: jest nie tak jak na standardy, do jakich przyzwyczaił nas reżyser. Chyba tylko do ścieżki dźwiękowej nie mam żadnych zastrzeżeń, bo – jak zawsze – Tarantino pod tym względem trafił w punkt, nawet jeśli nie znajdzie się tu melodii, która po seansie nadawałaby się na dzwonek w telefonie.

Wydaje mi się, że w przypadku Jackie Brown Tarantino nie miał żadnego punktu zaczepienia poza „ok, zróbmy ekranizację paperbacka tego zajebistego pisarza, którego mało kto zna, Elmore’a Leonarda„. Ani nie jest to hołd dla kina blaxpoitation, ani dla policyjnych filmów z lat 70. – Jackie Brown jest zawieszony gdzieś pomiędzy tymi dwoma gatunkami, ale nie może zdecydować się na to, czym do końca być. Gdyby wymienić ścieżkę dźwiękową na współczesne kawałki, nawet byśmy nie poczuli kina lat 70. na ekranie. O ile łatwa sprawa jest z takimi filmami jak późniejsze hołdy dla kina azjatyckiego czy dla westernów, tutaj pomysłu nie widzę przez co cały Jackie Brown wydaje się taki… zwyczajny. Za długi o dobre 30 minut kryminał, który nie ma w sobie tego Czegoś.

Tym razem zawiódł też chyba Tarantino nos do castingu i odgrzewania aktorskich trupów. Pam Grier jest mocno przeciętna w roli Jackie i to największy mankament filmu. No dobra, reszta daje radę choć wydaje mi się, że rolę Forstera zagrałby tak samo każdy przeciętny aktor, ale już taki Gene Hackman zrobiłby z niej coś więcej. Robertowi De Niro brakuje dobrych dialogów (wiem, taka postać, ale i tak mógłby jakiś monolog trzasnąć, w końcu mieć De Niro i go nie wykorzystać to grzech), Bridget Fonda jest tylko głupią blondynką, a Michael Keaton… sobą. Przy czym to raczej zarzut do tekstu Tarantino niż do samych aktorów. Samuel L. Jackson błyszczy jak zawsze.

Zdecydowanie brakuje tu tarantinowskich dialogów. Nie ma ich prawie wcale. Wytłumaczeniem nie może być fakt adaptacji nie swojego tekstu Leonarda, bo jakoś tyradę o handlu bronią i kinie Johna Woo dało się wepchnąć na początek filmu, by potem zostawić bohaterów ze zwyczajnymi kwestiami i skupić się na intrydze, jakby to intryga była tym, za co miliony pokochały kino Tarantino. Kombinacje z przemytem pieniędzy przez granicę dobre są dla przeciętnego con movie, a nie do kina spodziewanego po Tarantino. Przy okazji szwankuje wciskana na siłę niechronologiczność, która była kluczem do powodzenia Pulp Fiction, w Jackie Brown jest jedynie tanią sztuczką.

Słabo też pod względem wizualnym. Gdzie tu przemyślane kadry z późniejszych filmów (wcześniejsze na piedestale stawiały dialogi kosztem wizualu)? Z uporem maniaka Tarantino bawi się tym nieszczęsnym jednym, długim ujęciem wsadzając go wszędzie i nie patrząc na to, że np. widok zasłania barierka.

Samuel L. Jackson i Chris Tucker w filmie Jackie Brown - recenzja

Co więcej? Nic. Pewnie, są tu firmowe ujęcia Tarantino – ujęcie z bagażnika, obroty kamery dookoła postaci – ale to nie wnosi niczego in plus do wizualnej formy filmu. Trudno nie zauważyć, że brakuje takich scen jak np. początek Bękartów wojny. Nie dzieje się tam nic, brodacz rąbie drewno, ale za pomocą muzyki i obrazu Tarantino tworzy więcej napięcia niż w całym Jackie Brown.

Jackie Brown – dobry niedobry film Tarantino

Tak to właśnie wygląda jak wyżej. Cieszę się, że powtórzyłem Jackie Brown, czasu na seans nie straciłem, ale zdecydowanie bardziej wolę wizualne majstersztyki z wybitnymi dialogami, które Tarantino zaczął serwować później.

Nikt nie spodziewa się hiszpańskiej Inkwizycji, a także tego, że dziś poczyta na Q-Blogu o Jackie Brown. Jackie Brown i Q Jackie Brown widziałem tylko raz w okolicy jego premiery, choć nie od razu. Do kina nie poszedłem, więc pewnie trzeba było odczekać z pół roku na seans aż film pojawi się na VHS-ie. Odczekałem i... bardzo mi się nie podobało. Gwoli sprawiedliwości także pierwszy seans Pulp Fiction mi nie podszedł, ale nie aż tak. Jackie Brown odbębniłem i zachowałem w pamięci jako słaby film. Kropka. Teraz, gdy odświeżyłem sobie wczoraj ten film Tarantino, z jednej strony nie rozumiem, dlaczego…

Czas na ocenę:

Ocena: 7

7

wg Q-skali

Podsumowanie: Powtórkowy seans filmu o stewardessie, która zostaje wmieszana w kryminalną historię, przyniósł o wiele lepsze wrażenia niż pierwsza z nim przygoda. Ale to wciąż najsłabszy film Quentina Tarantino.

5 odpowiedzi

  1. nie pamiętam nicka

    Słabszy niż Death Proof?:P

  2. Quentin

    Pewnie, że słabszy. DP miał w sobie to coś, czego nie miał JB. Choć również pierwszy seans zupełnie mi nie podszedł :) ale wolę taką zabawę kinem niż zupełnie normalny film.

  3. Ja też nie przepadam za tym filmem ale za scenę jak deniro zabija w końcu to upierdliwe babsko daję dychę!

  4. Dla mnie Jackie Brown wygląda bardziej jak dzieło braci Coen niż Tarantino. Swoją drogą chciałbym, żeby Tarantino zrobił „Urodzonych morderców” według swoje scenariusza. Ciekawe jak bardzo odbiegała od wizji Stone’a

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.