Thor: Miłość i grom, Thor: Love and Thunder (2022), reż. Taika Waititi.
Thor: Miłość i grom, Thor: Love and Thunder (2022), reż. Taika Waititi.

Thor: Miłość i grom. Recenzja filmu Thor: Love and Thunder

Jeśli nie istnieje pojęcie filmu zbędnego, to przy okazji premiery filmu Thor: Miłość i grom można by je stworzyć. A definicję „filmu zbędnego” opatrzyć fotą właśnie z nowego filmu Taiki Waititiego. Z drugiej strony, większość marvelowskich zapychaczy można by nazwać tak samo. Tylko dlaczego lepiej mi się je zwykle ogląda niż czwartego Thora? Recenzja filmu Thor: Miłość i grom.

O czym jest film Thor: Miłość i grom

Gorr (Christian Bale) jest wiernym wyznawcą swojego boga. Wierzy w niego nawet wtedy, gdy wszystko się wali, pali, a córka Gorra umiera. Kiedy jednak Gorr naocznie przekonuje się o tym, że jego bóg ma to w nosie, rośnie w nim frustracja. Samą frustracją niewiele by zdziałał, ale tu z pomocą przychodzi mu magiczny miecz Necrocośtam i zamienia zwykłego Gorra w Gorra – Rzeźnika bogów, lub jak woli twórca polskiego tłumaczenia: Gorra Bogobójcy. Podąża więc sobie Gorr w zapewne usuniętych scenach od boga do boga i zostawia za sobą krwawe pasmo zwycięstw, podczas gdy Thor zajęty jest ratowaniem kolejnych światów. Dawno już zrzucił bebzun i porzucił nadzieję na miłość. A przynajmniej tak mu się wydaje, gdy pewnego mrocznego dnia jego oczom ukazuje się Potężna Thor Jane Foster (Natalie Portman), z którą za chwilę stawi czoła Gorrowi.

Zwiastun filmu Thor: Miłość i grom

Recenzja filmu Thor: Miłość i grom

Najgorzej o czwartym Thorze świadczy chyba fakt, że nie mam zupełnie nic ciekawego do powiedzenia na jego temat. Być może do recenzji tego filmu potrzeba zagorzałego fana Marvela, który do tej trzydziestoodcinkowej serii ma stosunek o wiele poważniejszy niż mój. Bo ja żadnego stosunku nie mam. Idę na kolejne filmy serii do kina, żeby dostać rozrywkę i tylko miłego spędzenia czasu oczekuję. Nie zauważę, że ktoś bezcześci komiksy czy coś takiego, bo nawet nie to, że ich nie znam, ale bardziej to, że mam to gdzieś. Komiksy traktuję po januszowemu jako książki z obrazkami dla dzieci, więc filmy nie są w stanie mi ich w żaden sposób popsuć. Może więc ktoś z innym podejściem powinien teraz skrobnąć tu parę zdań i powiedzieć, stąd ta zbiorowa niechęć do filmu Thor: Miłość i grom zauważana w mojej banieczce. Dla mnie film ten to przyzwoita rozrywka, o której ani nie napiszę, że była koszmarnie zła, ani nie będę się zachwycał, że była nadspodziewanie genialna. Taka nijakość zresztą chyba w ogóle jest najgorsza. I zbędność. No ale nawet jeśli, to i tak nie jest to kino przeznaczone do wlepiania mu najniższych ocen.

Zamiast więc recenzji, bardziej niż w przypadku innych recenzji, mam do napisania o filmie Waititiego co najwyżej parę okołorefleksji. No bo co? Jak to Marvel za miliony dolarów – jest efektownie zrealizowany, efektownie zagrany, wyluzowany (nawet za bardzo), ogląda się go w porządku. A przynajmniej ja nie miałem poczucia zmarnowanej kasy za bilet. Jednocześnie wystarczyłoby mi obejrzeć dwie sceny po napisach i to by było dość zamiast oglądania całego filmu. MCU już dawno powinno zmienić nazwę na After Credits Cinematic Universe, bo o ile nie prezentuje przełomowych dla kolejnych tzw. faz filmów, to zwykle najważniejsze w kolejnych filmach są sceny po napisach. A cała reszta to już zależy od tego jak bardzo lubisz filmy kung-fu, czy produkcje B-klasy Sama Raimiego.

Teoretycznie więc stopień zadowolenia z filmu Thor: Miłośc i grom powinien być uzależniony od tego, jak bardzo lubisz kino Taiki Waititiego. Opatrzyć to jednak trzeba tekstem napisanym drobnym druczkiem, w którym zaznaczyć należy, że Waititi tym swoim specyficznym humorem przeskakuje tu przez przysłowiowego rekina. Może się mylę, ale mam wrażenie, że Waititi tak bardzo uwierzył w swoje poczucie humoru i charakterystyczny styl, że na siłę próbuje być jeszcze bardziej zabawny od siebie samego (takie kozy na ten przykład). No i wyszło co wyszło. Dowcipny film, który jednak zbyt często przypomina skecz na temat filmu o Thorze niż film o Thorze.

Będzie nam tu teraz Waititi opowiadał głodne kawałki, że reżyser powinien mieć nad sobą jakąś kontrolę, że reżyserskie wersje są kiepskie, bo filmom potrzeba producenckiego oka, które zadba o finałową jakość itd., ale ja tego nie kupuję. W sensie takim, że może i Waititi wierzy w to, że producent odważy się ingerować w finalny film, gdy zauważy coś jego zdaniem nie tak, ale w rzeczywistości dostał wolną rękę i na koniec i tak wyjdzie na jego. Ciekawe, jak by gadał, gdyby w połowie zdjęć przyszli smutni panowie z Disneya i oznajmili mu, że teraz zastąpi go Ron Howard (zauważyliście ten easter egg ze skakaniem przez rekina? nie, nie w filmie, w tej recenzji :P).

A na koniec i tak nikt nam nie powie, że film jest jaki jest, bo pandemia. Opóźnienia, fakapy w VFX, pośpiech, żeby zdążyć z premierą na dogodny termin między innymi marvelami… Nie wierzę, że to wszystko nie miało wpływu na efekt końcowy. Jak również na to, że nakręconego materiału jest podobno cztery i pół godziny, a w montażowni wykopano Jeffa Goldbluma, Petera Dinklage’a i Lenę Headey. Opakowali to teraz w sprytną marketingową gadkę i będą szli w zaparte, że wszystko jest super i hiper, tak jak i Thor 4 jest super i hiper. Ale nie jest. Umiejętności Waititego wystarczyło do tego, żeby na luzaku zapobiec katastrofie – i z tego w Marvelu powinni się cieszyć. Ale efekt końcowy z pewnością jest daleki od ideału. Bo to mimo wszystko chyba najbardziej zbędny film w całym MCU, a przynajmniej od czasu, gdy zdecydowano, że uniwersum będzie spójne. Dopóki jednak tego typu filmy będą zarabiać (a Thor zgarnął w cztery dni jakieś 300 milionów dolarów), to będą je kręcić. I nie dajcie się nabrać, że jak za kamerą stanie Waititi, to będzie miał do tego zupełnie inne podejście niż inni, mniej oryginalni twórcy od niego.

I chyba nie tego po filmie Thor: Miłość i grom oczekiwaliśmy, żeby w spokoju można było poczekać z seansem na jego premierę na Disney+, bo do kina nie ma się co na niego specjalnie pchać.

(2540)

Jeśli nie istnieje pojęcie filmu zbędnego, to przy okazji premiery filmu Thor: Miłość i grom można by je stworzyć. A definicję „filmu zbędnego” opatrzyć fotą właśnie z nowego filmu Taiki Waititiego. Z drugiej strony, większość marvelowskich zapychaczy można by nazwać tak samo. Tylko dlaczego lepiej mi się je zwykle ogląda niż czwartego Thora? Recenzja filmu Thor: Miłość i grom. O czym jest film Thor: Miłość i grom Gorr (Christian Bale) jest wiernym wyznawcą swojego boga. Wierzy w niego nawet wtedy, gdy wszystko się wali, pali, a córka Gorra umiera. Kiedy jednak Gorr naocznie przekonuje się o tym, że jego bóg…

Czas na ocenę:

Ocena: 6

6

wg Q-skali

Podsumowanie: Muskularne ramię w muskularne ramię z Jane Foster, Thor wyrusza do boju z Gorrem, który przysiągł sobie, że zgładzi wszystkich bogów. Taika Waititi pławi się w swoim własnym humorze (i najgłośniej z niego śmieje), co być może nie zawsze przynosi pozytywny efekt, ale na pewno przynosi zupełnie zbędny film, który wystarczy przewinąć do after creditsów.

2 odpowiedzi

  1. Uwielbiam Thora. Od pierwszego filmu pokochałam ten film. Połączenie akcji, walki i znakomitego humoru. A do tego mój ulubiony aktor mniam mniam seria o Thorze nigdy mi się nie znudzi. Czekam na kolejną odsłonę!

  2. Właśnie się waham czy sie wybrać.
    Dzięki za recke!

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl