Cobra Kai. Recenzja serialu.
Cobra Kai. Recenzja serialu.

Cobra Kai. Recenzja dwóch sezonów serialowej kontynuacji filmu Karate Kid

No i kto by przypuszczał, że najfajniejszą ekranową bijatykę ostatnich miesięcy, a może i lat, obejrzę w młodzieżowym serialu będącym kontynuacją kultowego filmu, za którym nie przepadam i na którego ciąg dalszy nikt nie czekał? Recenzja dwóch sezonów serialu Cobra Kai. Netflix.

O czym jest serial Cobra Kai

Johnny Lawrence (William Zabka) miał kiedyś cały świat u stóp. Wszystko zmieniło się, gdy dostał po ryju od Daniela LaRusso (Ralph Macchio) podczas miejscowego turnieju karate. 35 lat później życie Johnny’ego to jedna wielka ruina. Jest po rozwodzie, jego syn (Tanner Buchanan) nie chce go znać, mieszka w norze, gdzie spędza czas na piciu i oglądaniu setny raz Żelaznego orła. I nagle pojawia się u Johnny’ego myśl, żeby zmienić swoje życie i wrócić do tego, co kiedyś potrafił najlepiej. Karate. Ogarnia swoje stare dojo i wskrzesza do życia szkołę karate zwaną Cobra Kai, której kiedyś był największą gwiazdą. Na początek pod swoje skrzydła świeżo upieczony sensei bierze Latynosa z sąsiedztwa, Miguela (Xolo Maridueña). Wkrótce w jego dojo ćwiczy kilkoro więcej szkolnych pierdół, dla których szorstki Lawrence to szansa na przestanie być niewidzialnymi i poniewieranymi. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie jego odwieczny rywal Daniel, który prowadzi żywot bogatego właściciela sieci salonów samochodowych. Spotkanie po latach prowadzi do kłótni, która wkrótce przerodzi się w ponowną rywalizację, gdy Daniel postanowi otworzyć swoje dojo.

Zwiastun serialu Cobra Kai

Recenzja serialu Cobra Kai

Nigdy nie byłem fanem filmu Karate Kid, którego Cobra Kai jest bezpośrednią kontynuacją. Z tego powodu, gdy Cobra Kai pojawił się na płatnym YouTube, a pierwsze jego recenzje były więcej niż pozytywne, i tak nie zawracałem sobie głowy tym, by go obejrzeć. Podobnie musiały myśleć tysiące innych widzów, którzy olali oglądanie płatnego Youtube’a, gdy zdążyli się przyzwyczaić do tego, że YT jest płatny. Musieli jednak istnieć, bo gdy serial przejął Netflix, nagle Cobra Kai stał się najchętniej oglądanym na streamingu serialem w Ameryce.

Nie ma przypadku w tym sukcesie Cobra Kai, który wydawać by się mogło czerpał będzie główną siłę z nostalgii za latami 80. ubiegłego wieku i dzieciństwem, które dawno przeminęło. To rzeczywiście jeden z jego głównych motorów napędowych, ale krzywdzącym byłoby stwierdzenie, że jedyny. Przede wszystkim mam wrażenie, że pomysł na kontynuację Karate Kida to jeden z w ogóle najlepszych pomysłów na wskrzeszenie starego hitu. A konkurencja jest naprawdę ogromna, bo już chyba większość starych hitów została wskrzeszona. Ciekawość tego, jak potoczyły się dalsze losy znanych bohaterów z przeszłości to zawsze duża siła działająca na korzyść twórców takich produkcji, ale postanowili tu zdecydować się na myk, który można by dzisiaj nazwać gamechangerem. Oto głównym bohaterem serialu jest czarny charakter filmowej serii, a dobry do wyrzygania Daniel znany z oryginalnych filmów dostał tu trochę więcej pazura i często to on stoi teraz po ciemnej stronie mocy. I pykło.

Jako że samo uczynienie głównym bohaterem serialu czarnego charakteru filmu by nie wystarczyło, nasz poczciwy Johnny staje się w Cobra Kai pełnoprawnym dobrym antybohaterem serialu. Pomimo wszystkich wad, jakie posiada, pomimo hołdowania lekcjom wyniesionym od swojego demonicznego senseja Kreese’ego (Martin Kove) i pomimo błędów, które stale popełnia; również takich, które mogą dla innych skończyć się tragicznie – nie sposób mu nie kibicować. To postać z krwi i kości, która znacząco różni się od filmowego Daniela. Wyjęty prosto z lat 80. ubiegłego wieku (czasem aż za bardzo; no już bez przesady z tą nieznajomością Internetu i telefonii komórkowej) niczym po odbyciu podróży w czasie dziwi się światu, jaki zastał po otrzeźwieniu. Ale się nie zmienia i nie zamierza się dostosować. Gnojący uczniów, mający za nic polityczną poprawność i wsiadający za kółko po pijaku Johnny Lawrence podbija serca widzów próbując walczyć o swoje. Często nieporadnie, co głównie spowodowane jest tym, że choć chciałby się zmienić, wciąż gdzieś w głębi duszy jest tym archetypowym, choć nie jednoznacznym licealnym łobuzem sprzed lat. I z tego powodu pod nogami co trochę lądują mu nowe problemy do rozwiązania, którym na swój sposób będzie musiał stawić czoła. Oraz młodzi ludzie, dla których jest wyrocznią, choć często nie doprowadzi to do niczego dobrego. To miotanie się złej i dobrej strony Johnny’ego Lawrence’a w drodze do samoulepszenia, to najlepsze, co ma do zaoferowania Cobra Kai. Przy Johnnym nie ma się co za wiele rozpisywać o Danielu, który w sumie ogranicza się do bycia swego rodzaju katalizatorem działań Lawrence’a.

Choć i tak najprzyjemniej ogląda się te krótkie chwile, w których Johnny i Daniel na chwilę są kumplami. Docinający sobie, potrafiący się kopnąć czy zrobić sobie świństwo, ale w głębi duszy podobni. Wychowani w świecie, za którym dużo z nas tęskni, o czym świadczy popularność minionej dekady lat osiemdziesiątych.

Efektowi uzyskania ejtisowej nostalgii pomaga fakt, że Cobra Kai nie został zawieszony w jakimś uniwersum, o którym się wspomina, ale tak naprawdę go nie widać. Strzałem w dziesiątkę było zatrudnienie aktorów z oryginalnego filmu, choć łatwo sobie wyobrazić, że kuszące dla autorów serialu byłoby wzięcie jakichś bardziej znanych nazwisk. Takich postaci z pierwszego Karate Kida jest tu zresztą dużo więcej, co między innymi skutkuje świetnym odcinkiem o motocyklowej wyprawie. W serialu pojawiają się nie tylko aktorzy z oryginału, ale i sam oryginał w częstych retrospekcjach pomagających w pełni docenić kontynuację. Trudno nie bić brawa, gdy Johnny i Daniel znów stają naprzeciwko siebie powtarzając ruchy z oryginalnych choreografii walk, o czym przypomina umiejętny montaż. Takie rzeczy sprawiają, że ma się wrażenie oglądania szczerej i naturalnej kontynuacji, a nie wymuszonego dolarami dzieła pasożytującego na oryginale.

A przecież Cobra Kai to również zupełnie nowe wątki, nowi bohaterowie i nowe problemy. Johnny i Daniel też nie istnieją w próżni. Mają swoje nowe rodziny i nowe rozterki dorosłego życia, które skutecznie przypominają, że to, co było to było i nie wróci. A na pewno nie na taką skalę, o jakiej by marzyli. Wszystko to umiejętnie zostało wplecione w fabułę, by uzupełnić i uwypuklić nostalgiczne wątki z przeszłości. Przeszłość i teraźniejszość świetnie się tu łączą. Także przez wpływ charakterów i osobowości głównych bohaterów na młodych ludzi, którzy uwierzyli im, że zawsze wiedzą co robią. Nawet więc jeśli chciałoby się ponarzekać na tę teen-dramę Cobra Kai, to też za bardzo nie ma na co. Bo choć może tak sobie zagrani, to młodzi bohaterowie serialu również pojawiają się w interesujących i wcale nie tak oczywistych wątkach. Głównie dlatego, że potrafią przykurwić z łokcia i przeklnąć. Co prowadzi do wspomnianej na początku epickiej rozpierduchy na koniec finałowego odcinka drugiego sezonu. Godnej starcia Avengersów na niemieckim lotnisku. Przesadzam, wiadomka, ale jest w tej scenie coś takiego, co sprawia, że robi duże wrażenie. Okazuje się, że da się zrobić fajną scenę naparzanki nie tylko bez sznurków, ale i bez jakiejś wyjątkowej znajomości karate. Zresztą ta pewna nieporadność walczących, znana przecież też z filmu Karate Kid, to duża wartość tej sceny. Przyzwyczajeni do gimnastycznych popisów azjatyckich mistrzów, często zapominamy, że walka w prawdziwym życiu to nie choreograficzna perfekcja bloków, uników i kopów z potrójnego obrotu ze zmianą kierunku lotu w jego trakcie.

Same plusy? W sumie… Drugi sezon może już nie jest tak dobry jak pierwszy – głównie dlatego, że niepotrzebnie wraca podział na Zły Johnny vs Dobry Daniel – ale pod koniec zaczyna wychodzić na prostą. I zakończenie serialu w tym momencie, gdy do znajomych dodaje cię największa strzelba Czechowa wisząca w Cobra Kai, byłoby po prostu wielką krzywdą. Dlatego przyłączcie się wraz ze mną do braw dla Netfliksa za przejęcie serialu i jego kontynuację. Sezon trzeci już w styczniu, a czwarty właśnie jest „in training”. Yay! I niech oczekiwanie na nie umilą nam Courtney Henggeler, Mary Mouser, Vanessa Rubio i Peyton List.

Odpowiedź

  1. No te dwa milfy (palce lizać) pokazują, że świat jest jednak kobietą, a faceci do piaskownicy :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.