Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!
Serialowo, s12e09. Swamp Thing (2019).
Serialowo, s12e09. Swamp Thing (2019).

Serialowo, s12e09. Swamp Thing, Black Mirror, Survivor, Los Espookys

Troszku się ponadrabiało zaległości, ale niewiele…

Serialowo, s12e09

Swamp Thing, do s01e02. DC Universe

Dotarliśmy do takiego momentu produkcji serialowej, że można odnieść wrażenie, że każdego dnia na zylionie platform streamingowych pojawia się jakiś nowy serial. Ilość nie idzie w jakość, bo choć są to seriale zrealizowane sto razy lepiej niż ich koledzy sprzed dwudziestu lat, to w najlepszym razie większość z nich jest taka, że może być. Z tym większą radością i otwartymi ramionami trzeba przyjmować seriale naprawdę dobre. Takie jak Swamp Thing.

Niestety. Jak już powstało coś godnego oglądania, właściwie to jeden z najlepszych seriali ostatnich miesięcy, to ktoś coś tam niby źle podpisał, twórcy nie dostali spodziewanego zwrotu podatku i w związku z powyższym serial skasowali po pilocie. Zmuszając twórców, żeby z planowanych 13 odcinków zrobili 10, a ten ostatni, dziesiąty, był czymś na wzór i podobieństwo definitywnego końca serialu.

CHOLERNIE SZKODA!, bo Swamp Thing jest świetny. Czego zupełnie bym się nie spodziewał po serialu o jakimś krzaku, jak nazwała tytułowego Swamp Thinga Asiek.

Swamp Thing to kolejna odsłona komiksowego uniwersum DC, tym razem znów w wydaniu serialowym. Jego bohaterką niejaka Abby Arcane (Crystal Reed), pracownica Centrum Zwalczania Chorób Zakaźnych, czy jak to się tam nazywa. Zostaje wezwana do położonego na bagnach rodzinnego miasteczka, cóż za zbieg okoliczności, gdzie miejscowi zmagają się z tajemniczym wirusem. Jednym z naukowców pracujących nad rozwiązaniem zagadki „skąd on się bierze ten wirus?” jest Alec Holland (Andy Bean). Razem z Abby trafiają na ślad odpowiedzi i wtedy Alec zostaje postrzelony. Jednak zamiast umrzeć, wpada do bagna i zamienia się w tytułowego Potwora z Bagien.

Właściwie to nie mam się czego czepiać, jeśli chodzi o Swamp Thing. Jakichś pierdół co najwyżej typu „wkładajcie maski, uważajcie, nikt nie będzie zarażony na mojej warcie” w ustach laski, która przed chwilą w Kongo zdjęła maskę w samym środku jakiejś afrykańskiej epidemii. Serial, którego dwa pierwsze odcinki wyreżyserował Len Wiseman, na pierwszy rzut oka zwraca uwagę realizacją. To przedstawiciel tego gatunku co to wygląda jak film fabularny i rzeczywiście taki właśnie jest. Pierwsze dwie godziny serialu to pełnoprawna produkcja filmowa, na którą nie żałowano budżetu, co finalnie stało się gwoździem do trumny serialu.

Opowiadana tu historia nie należy do specjalnie skomplikowanych i oryginalnych, ale znów, Swamp Thing to tego typu produkcja, co to bierze oczywistą historię, ale opowiada ją w taki sposób, że jesteś zainteresowany. Kibicujesz sympatycznym bohaterom, przeżywasz, że ich miłość przerwała tragedia, masz stracha, gdy ktoś eksploruje bagna i jesteś wciągnięty od początku do końca. W ostatnich latach twórcy filmowo-serialowi wysilają się, żeby ich produkcje przypominały ukochane filmy z lat 80. Serialowi Swamp Thing udaje się to bez wysiłku. Nie wiadomo czy taki był cel, czy może wyszło przypadkowo (a może mi się zdaje), ale Swamp Thing ogląda się dokładnie tak, jak oglądało się tego typu monster moviesy 30 lat temu z VHS-a.

Do tego wszystkiego Swamp Thing to pełnoprawna produkcja dla dorosłych, której nie obciąża żadne PG-13. Ale znów, wszelkie faki i flaki zostały tu wrzucone dokładnie tam, gdzie trzeba i nie ma mowy o żadnym epatowaniu powyższymi.

W efekcie powstał serial milion razy lepszy od cukierkowych, komiksowych produkcji The CW. Co z tego, skoro skończy się na jednym sezonie, a tamte mają już po pięć dwudziestoczteroodcinkowych. Nie ma nadziei dla ludzkości.

Black Mirror: Smithereens. Netflix

Lubię Black Mirror, ale uważam, że jego formuła się już wyczerpała. Jestem zdania, że jedna głowa nie jest w stanie wymyślić nie wiadomo ilu zaskakujących pomysłów na fabułę i może się to udać raz, trzy, pięć, ale potem wpada się w pułapkę zastawioną przez samego siebie i jedyne, co można, to modyfikować. Serio, spróbujcie siąść i wymyślić pięć interesujących pomysłów na fabułę. Nie musicie od razu kręcić serialu. Pomysł na trzy zdania na krzyż.

W związku z powyższym oraz ze słabym przyjęciem sezonu numer pięć, nie spieszyłem się z rozpoczęciem oglądania. A gdy już zacząłem, na początek zabrałem się za odcinek oceniany najlepiej.

Kierowca CośJakbyUbera, Chris (Andrew Scott) wysiaduje pod londyńskim oddziałem giganta społecznościowego z nadzieją na to, że kurs u niego zamówi pracownik powyższego. W końcu jego marzenie się spełnia. Do taksówki wsiada Jaden (Damson Idris), który natychmiast zostaje porwany i wywieziony w szczere pole. Chris żąda od niego, by skontaktował go z Markiem Zucker… Billym Bauerem (Topher Grace).

Pod względem realizacyjnym nie można odcinkowi zarzucić nic. Wśród zalet dotyczących tego aspektu serialowego znajdzie się wszystko, co do tej pory charakteryzowało serię Black Mirror. Jest ten futurystyczno-aktualny vibe (sympatyczny myk z umieszczeniem akcji w 2018 roku) i tematyka poświęcona zagrożeniom płynącym ze współczesnej technologii. Odcinek trzyma w napięciu gdzie trzeba, zadaje pytania, jakie trzeba, wyciąga wnioski bez nachalnej łopatologii tak, by każdy mógł sobie odpowiedzieć na to i owo pytanie według własnego uznania. Nie nudzi, aktorsko jest w porządku, no same zalety.

Poza tym, że jest zupełnie przewidywalny i oczywisty. Sprawia wrażenie trzymanego od paru sezonów za szybką z napisem: „W razie konieczności zbij szybkę”.

Choć trzeba docenić nieszablonowe podejście do postaci Billy’ego Bauera.

Survivor, s38. CBS

Zdaje się, że ani słowem nie wspomniałem na Q-Blogu (wspominałem na Q-Fejsie) o trzydziestym ósmym sezonie Survivora. No cóż, nie dlatego, że mi się znudził czy coś. Dalej oglądam na bieżąco, a czwartek jest moim ulubionym dniem tygodnia.

Nie zmienia to faktu, że to chyba pierwszy sezon w ogóle, w którym nie obejrzałem finałowej rady plemienia. Jedna sprawa, że byłem na wywczasach, oglądałem finał w środku nocy i zebrało mnie spanie, a druga taka, że nie było sensu oglądać tej rady plemienia po odstrzeleniu murowanego kandydata do wygrania. Wobec czego zwycięzca mógł być tylko jeden.

Kciuki trzymałem za rudą Victorią, ale Rick Devens to zupełnie inna liga. Od powrotu z wygnania trzymał cały ten sezon na swoich barkach. Instant classic, jak to się mówi.

Niestety s39 zapowiada się kałowo. Sandra wygląda jak sympatyczna starsza pani, a nie dwukrotna zwyciężczyni Survivora. Boston Rob nie powinien mieć w niej żadnego przeciwnika. Nie wiem tylko po co kombinować sezon z jakimiś mentorami, zupełnie to niepotrzebne. Żeby nie skończyło się to wszystko jak edycja z RPA, gdzie liderami plemion byli dwaj znani sportowcy i to oni konkurowali ze sobą, a reszta stała obok i patrzyła.

Los Espookys, s01e01. HBO GO

Człowiek sobie nawyobraża nie wiadomo co, a potem jest zawiedziony. No ale jak tu sobie nie wyobrażać czegoś fajnego, gdy czyta się, że oto grupa entuzjastów horrorów postanawia wykorzystać swoją wiedzę o gatunku w prowadzeniu biznesu straszenia na zamówienie. Od razu w głowie wyświetla się film w klimacie lat 80. wyreżyserowany przez jakiegoś Johna Landisa czy innego Joego Dantego.

Los Espookys w ogóle nie jest tego typu serialem. 25-minutowy odcinek pilotowy zupełnie mnie do siebie nie przekonał. Cała para poszła w gwizdek jak najbardziej odjazdowej stylizacji głównych bohaterów, co zadziałało jak w polskich kabaretach. No wiecie, gość ma śmieszne nazwisko, więc to jest takie zabawne! Śmiejcie się!

W ogóle nie czuć, że to jacyś fani horrorów i totalnie brak klimatu. Opowiedziane to zostało sprawnie, kilka fajnych grepsów by się z tego wydłubało (segment z królem parkowania), nie zaprzeczę, autorzy serialu wyobraźnię na pewno mają, ale może nie potrafią je przenieść na pole realizacji? Takie to solidnie byle jakie. Raczej Q-cancel.

2 odpowiedzi

  1. Zaskoczyłeś mnie, że Smithereens jest oceniany najlepiej, ale patrzę na imdb, że faktycznie. Ciekawe czemu… Na pewno jest lepszy od tego nieporozumienia z Miley C. ale Striking Vipers jest wg mnie ciekawsze i bardziej „black-mirrorowe”.

  2. Koper, pewnie dlatego, że przypomina bardzo odcinki z tych brytyjskich sezonów do których wielu ma sentyment. Ale zgadzam się z quentinem to najlepszy odcinek, ale nie rewelacyjny, tylko dobry. A epizod z Cyrus nie jest zły, fajna zabawa na poziomie meta.

    Co do Striking Vipers to dla mnie najsłabszy odcinek, choć realizacyjnie dobra robota, zwłaszcza świat gry świetnie zrealizowany, i aktorsko też daje radę. W sumie to takie blackmirrowe połączenie MCU i DC, bo w rolach głównych mamy Anthony’ego Mackie i Yahya Abdul Mateen. Mackiego pewnie wszyscy kojarzą z roli Falcona w Marvel Cinematic Universe, a Mateena to Czarna Mamba w Aquamanie. A w ich wersje z gry wcielają się Pom Klementieff, znana z roli Mantis w Strażnikach Galaktyki i ostatnich dwóch odsłonach Avengers, i Ludi Lin, który grał wojownika Murka w Aquamanie (przyznam że gostka nie kojarzę). Więc dostajemy pojedynek między kinowym uniwersum Marvela a DC:)

    A na poważnie to pomysł miał potencjał, bo porusza ciekawy temat, czy wirtualny seks, to jest zdrada, ale szczerze to pomimo dobrych ról całej obsady (warto wymienić też Nicole Beharie w roli żony) Danny’ego, to odcinek troche po mnie spłynął. A co do zakończenia to przyjąłem je na zasadzie, „ok, może być”. Dla mnie średniak na 5/10.

    Smithereens to epizod bardzo angielski, nie tylko przez miejsce akcji, czyli okolice Londynu i aktorów brytyjskich w rolach głównych, ktory przypomina epizody Czarnego Lustra z lat, gdy należał serial do angielskiej stacji, gdy odcinki kręcono za mniejszą kasę. Jest to epizod co mi się spodobał od pierwszej do ostatniej minuty. Dobrze napisany i trzymający w napięciu. Co do zakończenia to podoba mi się takie urwanie nagłe akcji, od widza zależy jak zinterpretuje to zakończenie. Ale odcinek nie budziłby takich emocji, gdyby nie aktorzy. Damson Idris jako zakładnik i Topher Grace w roli Zuckenberga wygladającego jak Jezus są dobrzy, ale to jest teatr jednego aktora, czyli Andrew Scotta, który jest rewelacyjny. I głównie za niego postawię 7/10. Dobra robota i tyle.

    Rachel, Jack and Ashley Too to odcinek ciekawy na poziomie meta, bo w roli piosenkarki obsadzono Miley Cyrus, czyli gwiazdkę Disneya. Netflix tym odcinkiem i obsadzeniem dziewczyny, która zdobyła popularność dzięki wytwórni Disneya daje jakby prztyczek w nos wytwórni, która niedlugo rusza sama ze swoją platformą streamingową i zapowiada się na ogromną konkurencję dla Netflixa (a gdyby tego było mało to jeszcze swoje filmy i seriale zabierają z Netflixa). Oczywiście można powiedzieć, że Netflix zachowuje się jak dziecko nabzdyczone, a moim zdaniem powinni po prostu kręcić więcej dobrych seriali i wtedy nie będą musieli się obawiać konkurencji ze strony Disney+:)

    Odcinek zlatuje szybko, nie ogląda się źle, zwłaszcza pomysł z tworzeniem piosenek to coś ciekawego, jest sporo humoru, bo epizod jest lekki, sympatyczny, ale całościowo to jednak do dobrego odcinka troche brakuje. Jest to w porywach porządna robota, trochę lepsza jak pierwszy odcinek 5 serii, i dlatego ocenię na 6/10.

    Więc ogólnie jest przyzwoicie, porządnie i przyznam, że podobnie mam z 4 serią, z której pamiętam, tylko dwa odcinki, star trekowy i czarno białe postapo z robotem polującym na kobietę, czyli odpowiednio jeden z lepszych odcinkow, ale też jeden z najnudniejszych odcinków. Musiałem popatrzeć na rozpiskę odcinków jakie były w 4 serii, bo nic więcej nie pamiętam z tamtej serii. I coś czuję że podobnie będzie z 5 serią po latach, czyli zleje mi się w jedną masę, a jeśli coś zapamiętam to aktorstwo Scotta w drugim odcinku, dwie piosenki Nine Inch Nails śpiewane przez Miley Cyrus, i to wszystko. Wychodzi mi taka sama ocena jak czwartej serii czyli mogło być o wiele lepiej, bo takie 6/10.

    Jak wciąż sobie cenie ten serial to nie wywołuje już we mnie emocji, chociaż Brooker się stara co sezon robić coś nowego, czyli bawić się gatunkami, zmieniać klimat co widać w tej serii i poprzedniej, bo już nie jest tak depresyjnie i ciężko jak wcześniej, ale pojawia się sporo słońca, humoru i komedii. Nie mówię że zrobiło się super optymistycznie jak w bajkach Disneya właśnie, ale klimat jest jednak lżejszy co mi nie przeszkadza, ale odcinki nie porywają (choć też w najlepszych seriach były słabe odcinki).

    O wiele lepszym Black Mirror jest serial Rok za Rokiem od BBC na HBO GO, który omawiałeś kiedyś już. Odpuściłem go po dwóch odcinkach, bo wolę obejrzeć całość, ale z tego co słyszałem, to czym dalej to coraz lepiej i te dwa odcinki co widziałem podobały mi się bardziej jak nowe BM.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.