Czarnobyl, Chernobyl. Recenzja miniserialu. HBO GO.
Czarnobyl, Chernobyl. Recenzja miniserialu. HBO GO.

Czarnobyl, Chernobyl. Recenzja miniserialu. HBO GO

Bardziej sensownym byłoby wystąpienie w kontrze do 94% świata i napisanie, że miniserial Czarnobyl jest kiepski i nie wiadomo, skąd to całe szaleństwo na jego punkcie. Niestety nie mam podstaw, żeby tak pisać, bo miniserial Czarnobyl jest dziełem nietuzinkowym, trafionym nie tylko w punkt, ale i w kilka punktów, jak również najlepszą propozycją serialową ostatnich miesięcy. Szczególnie jeśli chodzi o poziom realizacyjny i biegłość, z jaką jej autorzy żonglują stylistyką horroru, thrillera, dramatu i kina faktu.

W czarnobylskiej elektrowni atomowej dochodzi do katastrofy reaktora. Mało kto podejrzewa, że będzie ona tak brzemienna w skutkach. Władze robią wszystko, by sprawę zmarginalizować i zatuszować, ale szybko skażenie okolicy jest tak duże, że nie da się tego zrobić. A bez pilnych działań jest wielce prawdopodobne, że jego skutki będą katastrofalne nie tylko dla okolicy, ale i sporej części Europy.

Kronikę samej katastrofy i wielomiesięcznych prób zniwelowania jej efektów ogląda się z zapartym tchem od początku. Co uderza z ekranu najbardziej, to autentyczność. Razem z bohaterami Czarnobyla przenosimy się do piekła, które – jak na piekło przystało – staje się miejscem koszmaru. Surowa realizacja, świadomość tego, że wszystko to rozegrało się naprawdę, a na dodatek nie gdzieś tam hen daleko, tylko tu, zaraz za polską miedzą, znakomite aktorstwo podbijane niepokojącą muzyką i ten niepowtarzalny klimat tak charakterystyczny dla dzieł z publikowanego tu cyklu „weekend z nuklearnym holokaustem” – wszystko to trzeba zapisać po stronie atutów miniserialu. Czarnobylowi od początku towarzyszy też aura obcowania z ujawnieniem jakiejś właśnie odkrytej tajemnicy, która przez lata schowana była przed opinią publiczną. Tą jednak uznać należy za zbyteczną – zresztą wątek ukrytych taśm i ciągłej inwigilacji szybko znika, pewnie pojawi się w finale – bo samo już suche przedstawienie faktów wystarczy. Reperkusje awarii reaktora od tych jednostkowych (strażak i jego żona) po globalne są wystarczająco przygnębiające i przerażające. Nie trzeba się silić na nic więcej.

Realizacyjnie Czarnobyl to najwyższa półka. Scen, które trzeba by tu wymienić na poparcie tej tezy, jest zbyt dużo, żeby się nad nimi pochylać. Czy to widzowie z Mostu Śmierci obsypywani nuklearnym falloutem czy eksterminacja domowej zwierzyny – lepiej tego chyba zrobić się nie dało. Daje to poczucie namacalnego koszmaru, który nie powstał w głowach scenarzystów tylko wydarzył się naprawdę.

W parze z dramatycznymi wydarzeniami, Czarnobyl opowiada też o świecie A.D. 1986. Sowieckiej rzeczywistości mocarstwa z papieru, które ponad wszystko strzeże swoich tajemnic i zamiast zapobiegać podobnym katastrofom w przyszłości, woli skupić się na udoskonalaniu aparatu terroru strzegącego prawdy przed opinią publiczną. Po raz kolejny przerażająca jest ta obojętność wobec zwykłego człowieka, szarego żuczka, który nikogo nie obchodzi. Ku chwale Matuszki Rassiji. Najlepszego kraju na całym świecie i nie waż się w to wątpić. Nuklearny opad? Trzymaj parasol.

Wraz z rosnącą popularnością serialu, w sieci zaczęły pojawiać się teksty sprawdzające, jak bardzo Czarnobyl bliski jest temu, co wydarzyło się naprawdę. No i cóż, okazuje się, że niezbyt bardzo niestety. Niestety, bo nie sądzę, aby jakiekolwiek zmiany prawdziwej historii były tu potrzebne. I nie mówię o zmianach typu „Uliana Chomiuk nie istniała”, bo taka „kondensacja” kilku postaci do jednej, wymyślonej Uliany jest logiczna z punktu widzenia fabuły ograniczonej do pięciu odcinków. Bardziej żal mi tych wszystkich przekręconych faktów, by wydźwięk Czarnobyla był jeszcze bardziej przerażający. To akceptowalne, jeśli spojrzeć na to przez pryzmat ostrzeżenia przed tym, do czego może doprowadzić podobne zaniedbanie jak w Czarnobylu. Podkreślenia negatywnych efektów katastrofy nuklearnej i otworzenia oczu widzowi, który kojarzy jedynie nazwę „Czarnobyl”, niewiele więcej. Nie będę tutaj udawał, że bez niczyjej pomocy wyśledziłem te wszystkie przekłamania (albo choć jedno), bo tak nie było. Świadomy tego, że seriale/filmy opowiadające o prawdziwych wydarzeniach nie robią tego 1:1, traktowałem opowiedzianą historię jako możliwie wierną faktom. Lektura portalu Czarnobyl.pl (wszystkie inne podsumowania fakty kontra fikcja to podróbki, szkoda na nie czasu) uświadomiła mi, że nie do końca jest tak kolorowo. I przyznam, że trochę to osłabiło moją przyjemność z obcowania z Czarnobylem.

Mimo to nie ma wątpliwości, że jest to serial znakomity.

PS. Czarnobyl to również fajna lekcja historii motywująca do dalszego grzebania za materiałem poszerzającym wiedzę o tamtym świecie.

Odpowiedź

  1. Jak pewnie wiesz po każdym odcinku są podcasty z twórcą serialu, który opowiada o decyzjach związanych z fabułą, czyli co zmienił w historii, co dodał i dlaczego. Opowiada też o tym, że kilka mocniejszych scen co już nakręcili zdecydowali się usunąć by widzów za bardzo nie przestraszyć, np. usunięto sceny z ofiarami w szpitalu w 3 odcinku i scenę z czwartego odcinka z wrzucaniem zabitych psów, które przygniotły żywego psa. Mnie nie dziwi, że w serialu nie wszystko się zgadza w 100%, bo to jednak serial fabularny, a nie dokument. W większości filmów i seriali opartych na prawdziwych wydarzeniach nie mam takiego problemu. Dodatkowym plusem z takich produkcji jest to, że można potem doczytać sobie na ile film/serial się zgadza z wydarzeniami. Inna sprawa, że już pojawiły się newsy, że w Rosji planują nakręcić swoją prawdziwą wersję Czarnobyla, gdzie mają się pojawić wątki CIA:)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.