Zabójcze maszyny, Mortal Engines (2018), reż. Christian Rivers.
Zabójcze maszyny, Mortal Engines (2018), reż. Christian Rivers.

Zabójcze maszyny. Recenzja filmu Mortal Engines

Od pierwszego zwiastuna filmu Zabójcze maszyny było wiadomo, że nie będzie to dobry film. Więcej, trailer wskazywał na wyjątkową kupę, która polegnie w box office’ie. I poległa. Po obejrzeniu filmu najbardziej żal mi jednak jego reżysera, Christiana Riversa. Zrobił co się dało, nakręcił wcale nie taki zły film jak się wydawało, a teraz pewnie nikt nie będzie pamiętał nazwiska producenta Petera Jacksona, którym film reklamowany był na lewo i prawo. Bo to ten debiutant, niedoświadczony Rivers, on jest odpowiedzialny za klapę. Kto wie, czy jeszcze dostanie jakąś szansę, więc mi go żal. Recenzja filmu Zabójcze maszyny.

O czym jest film Zabójcze maszyny

Rok trzy tysiące któryś tam. Tysiąc lat wcześniej Wojna Sześćdziesięciominutowa zniszczyła cywilizację. Niedobitkom, którym udało się przeżyć, udało się zorganizować w mobilnych miastach. Te największe i najlepiej zorganizowane polują na małe osady, asymilując je na swoje potrzeby. Jednym z takich miast drapieżników jest Londyn, którym dowodzi Thaddeus Valentine (Hugo Weaving). Na teren Londynu udaje się przedostać tajemniczej Hester Shaw (Hera Hilmar). Dziewczyna przy pierwszej okazji atakuje Valentine’a, chcąc zabić go za śmierć swojej matki. Thaddeusa ratuje pracownik londyńskiego muzeum starej technologii, Tom Natsworthy (Robert Sheehan). Ku swojej zgubie słyszy jednak o co ta cała chryja. Valentine, by oskarżenie o zabójstwo pozostało w tajemnicy, wykopuje z Londynu zarówno Hester, jak i Toma. Stojący po dwóch stronach barykady wrogowie skazani są na siebie, by przetrwać. Powoli wychodzi na jaw przeszłość Thaddeusa, który nie marnuje czasu, chcąc skonstruować potężną broń. Zamierza nią zniszczyć zabezpieczenia rebeliantów sprzeciwiających się idei drapieżnych miast i stawiających na dawne wizje statycznego miasta.

Recenzja filmu Zabójcze maszyny

Uniwersalną historię tego filmu można by opisać w przynajmniej kilku innych przypadkach filmów z niedalekiej przeszłości. Jest odnosząca sukces seria książek. Ich akcja umiejscowiona jest w przyszłości, a bohaterami są młodzi ludzie. Przyszłość nie jest zbyt kolorowa, a od owych młodzianów zależy, czy będzie jakakolwiek szansa na zmianę. Dzięki jakiemuś oryginalnemu (bardziej lub mniej) konceptowi opowieść ta otwiera możliwości dla futurystycznego widowiska. Książek jest jednak więcej niż jedna, więc pierwszy film ma być wprowadzeniem do całej historii. W miarę efektownym, ale takim, by nic nie przeszkodziło w nakręceniu drugiej części. Bo druga część jest z tyłu głowy twórców zanim zaczną kręcić część pierwszą.

Film ponosi finansową klapę, drugiej części nie będzie / Film odnosi kasowy sukces, będzie nie tylko druga część, ale i trzecia podzielona na dwa filmy*

*niepotrzebne skreślić

Choć pomysł na ogromne mobilne miasta wydaje się być bzdurnym, szczególnie gdy wyobrazi się mobilny Londyn ścigający mobilną Moskwę, to okazuje się, że akurat te ogromne miasta drapieżcy (a konkretniej rzecz biorąc jedno miasto drapieżca) są największym atutem filmu Zabójcze maszyny. Ich ogromne konstrukcje robią wrażenie, a konieczność przeprojektowania charakterystycznych dla danego miasta obiektów w jeden ruchomy obiekt otwiera możliwości dla wyobraźni scenografów. Mobilny Londyn wygląda po prostu ładnie, a sceny akcji na jego powierzchni i w bebechach są ekscytujące i ogląda się je z przyjemnością.

Z tego względu szkoda, że, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, Zabójcze maszyny zostały zaplanowane na kilka filmów. Podejrzewam, książek nie czytałem, że w kolejnych odsłonach doszłoby do starć pomiędzy wielkimi miastami drapieżcami i takie chętnie bym obejrzał. Pierwsza część to jednak wprowadzenie do historii i nic takiego nie miało miejsca. A powinno, bo nie jest tajemnicą, że nikogo nie będzie interesować fabuła w filmie o mieście na kółkach.

Zamiast więc naparzanki wielkich miast niczym w Transformersach, autorzy filmu Zabójcze maszyny też poszli drogą Transformersów, ale stawiając niestety na głupawe żarciki i mniejsze, niby zabawne miasteczka, które a to polują na ludzi, a to ryją w ziemi, a to to, a to tamto. Boki zrywać.

Sama zaś fabuła to kopiuj wklej Gwiezdnych wojen, więc nie ma się nad nią co dłużej zatrzymywać. W 1977 roku mogła robić wrażenie, teraz to co najwyżej część składowa scenariusza, do którego nikomu nie chciało się przyłożyć.

Zabójcze maszyny to young adult sci-fi, które momentami robi wrażenie swoją wizualną stroną (a momentami nie robi; cała para poszła w gwizdek Londynu, a gdy np. bohaterowie spacerują wielkimi koleinami greenscreen boli w oczy) i tego powinno się trzymać. Banalna historyjka dla młodzieży, standardowi bohaterowie i przewidywalny scenariusz – to wszystko złożyło się na zasłużoną klapę finansową filmu Riversa. Kiedy w końcu filmowcy zrozumieją, że w filmach o drapieżnych miastach lud oczekuje drapieżnych miast. I kiedy już wydajesz dziesiątki milionów dolarów na produkcję to wydaj je mądrze!

(2249)

Od pierwszego zwiastuna filmu Zabójcze maszyny było wiadomo, że nie będzie to dobry film. Więcej, trailer wskazywał na wyjątkową kupę, która polegnie w box office’ie. I poległa. Po obejrzeniu filmu najbardziej żal mi jednak jego reżysera, Christiana Riversa. Zrobił co się dało, nakręcił wcale nie taki zły film jak się wydawało, a teraz pewnie nikt nie będzie pamiętał nazwiska producenta Petera Jacksona, którym film reklamowany był na lewo i prawo. Bo to ten debiutant, niedoświadczony Rivers, on jest odpowiedzialny za klapę. Kto wie, czy jeszcze dostanie jakąś szansę, więc mi go żal. Recenzja filmu Zabójcze maszyny. O czym jest film…

Czas na ocenę:

Ocena: 5

5

wg Q-skali

Podsumowanie: Przyszłość. Ogromne drapieżne miasto Londyn stawia wyzwanie rebeliantom, którzy chcą zmienić panujący porządek świata. Zapierające dech w piersiach widoki toną w przeciętności i banalności tej historyjki zerżniętej z „Gwiezdnych wojen”.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.