Serialowo, s11e04. Ash kontra Martwe zło, Ash vs Evil Dead.
Serialowo, s11e04. Ash kontra Martwe zło, Ash vs Evil Dead.

Serialowo, s11e04. Vanity Fair, Barry, Ash vs Evil Dead. HBO GO, Netflix

Na początek refleksja zupełnie z nosa. HBO GO ma o niebo lepszego lektora niż Netflix. A pomyśleć, że kiedyś Piotr Borowiec działał mi na nerwy.

Serialowo, s11e04

Targowisko próżności, Vanity Fair, s01e01-02. HBO GO

Nie mam zielonego pojęcia, po co powstają takie seriale jak Targowisko próżności. Ani nie są oryginalne, ani specjalnie zabawne i wciągające. A wydać kasy trzeba dużo, jak na każdy serial historyczny. Nawet jeśli większość budżetu pochłaniają kostiumy i scenografie janeaustenowej, XVIII-XIX-wiecznej Anglii, a nie komputerowe efekty dinozaurów.

Becky Sharp (Olivia Cooke) opuszcza pensję panny Pinkerton, gdzie wykształciła się na guwernantkę. Miała co prawda jechać nauczać do jakiejś zapchlonej dziury, ale zamiast tego wkręca się do domu zamożnej przyjaciółki Amelii Sedley (Claudia Jessie). Na miejscu poznaje niezbyt urodziwego, ale zamożnego brata Amelii, który właśnie wrócił z majątku w Indiach. Postanawia okręcić go sobie wokół palca w myśl swojego życiowego motta głoszącego, że chce żyć tak, żeby każdego dnia być szczęśliwszą niż dnia poprzedniego. Jak zawsze, plany szybko rozbijają się o rzeczywistość.

Telewizyjna ekranizacja powieści Williama Makepeace’a Thackeraya (serialowy narrator grany przez Michaela Palina) nie wyróżnia się niczym na tle podobnych produkcji kostiumowych. Dworskie ballady i romanse nie ziębią, ani parzą i wszystko mi jedno, co stanie się z bohaterką graną przez jedną z moich ulubienic: Olivię Cooke. Wszystko tutaj jest przeciętne i ani to wciągający dramat, ani przewrotna kostiumowa komedia.

Nowoczesności dodają serialowi nowe aranżacje współczesnych piosenek słyszane na początku i końcu odcinków, ale nie wnoszą niczego do końcowej oceny. Może gdyby jakoś bardziej pomieszać współczesność z przeszłością – byłoby o czym mówić. A tak to cancel, no chyba, że Asiek będzie chciała dalej oglądać.

Barry, sezon 1

Barry Berkman (Bill Hader) to skuteczny płatny zabójca, który wyrusza na kolejną misję do Los Angeles. Na miejscu dowiaduje się, że jego celem jest student aktorstwa. Aby zbliżyć się do celu, Barry zapisuje się do tej samej szkoły aktorskiej co on. Na miejscu okazuje się, że aktorstwo podoba mu się bardziej niż się spodziewał. Coraz bardziej chce zostać aktorem, coraz mniej płatnym zabójcą. Tyle tylko, że jego mocodawca i miejscowa europejska mafia mają w dupie jego plany. Sytuacja się zagęszcza.

Stworzony przez Billa Hadera serial Barry przypomina fabułą fajny kollywoodzki film, którego nigdy nie obejrzycie – Jigarthanda. To pewnie zbieg okoliczności, ale „takie są fakty”. Fakty są też takie, że Jigarthanda jest ciekawszą produkcją niż Barry.

Serial Barry ma swoje momenty. Ma sporo dobra w przeciągu ośmiu odcinków, które póki co wyemitowano. Przewrotny czarny humor miesza się tu z dramatem i to chyba największy ból Barry’ego. Myślę, że bardziej by się sprawdził jako czarna komedia na pełny etat bez przerw na egzystencjalne rozkminy Barry’ego. Mamy zabójcę, który chce zostać aktorem, europejski gang w swetrach, który się w tańcu nie pierdzieli – mnóżmy przed Barrym kolejne przeszkody i nie dajmy mu myśleć nad bezsensem życia hitmana.

Najfajniejsze dla mnie w całym Barrym są sceny ze szkoły aktorskiej, w których odtwarzane są znane dialogi/monologi filmowe. Szkoda, że jest ich stosunkowo niewiele, a na pewno mniej niż ujęć nieogarniętej twarzy głównego bohatera.

Ash kontra Martwe zło, Ash vs Evil Dead, s01e01-04

Minęły lata, ale u Asha Williamsa (Bruce Campbell) nie zmieniło się wiele. Dalej pracuje w supermarkecie i nie oczekuje wiele od życia. Zarobić, wrócić do domu w przyczepie i potrykać. Podczas jednego z takich powrotów z poznaną w knajpie laską, Ash postanawia zaimponować jej i zaintonować jakiś kawałek ze znalezionego lata temu Necronomiconu. No i od tej pory ma przesrane. Siły ciemności wpadają na jego trop i będzie musiał się nieźle natrudzić, żeby wykopać je tam, skąd przyszły. Pomogą mu w tym współpracownicy z Biedronki: Pablo (Ray Santiago) i Kelly (Dana DeLorenzo). Przeszkodzi zaś być może tajemnicza Ruby (Lucy Lawless) oraz policjantka (Jill Marie Jones) szukająca winnych śmierci swojego partnera.

Podchodziłem do telewizyjnego Asha długo. Kiedyś looknąłem trochę pilota, ale zdążyli nakręcić trzy sezony, a serial trafić na Netflix zanim ruszyłem dalej. I, cholera, no bardzo chcę polubić serial Ash vs Evil Dead, ale jakoś się nie udaje.

Nie powiem, że Martwe zło Sama Raimiego to mój ukochany film, ale z pewnością wiążę się z nim wiele wspomnień z dzieciństwa. Notatka z krótkim zarysem fabuły w katalogu The Best of Video zakreślona czerwonym długopisem, że muszę to obejrzeć, potem seans dwójki ze zjechanej kasety pożyczonej od miejscowego „satanisty” (Andrzej, pozdrawiam!), w końcu jedynka lecąca w Kinie Nocnym akurat jak byłem na wyjeździe integracyjnym z klasą z liceum. No kupa wspomnień.

Lata zleciały, w telewizji zaczęły fruwać serialowe horrory i serialowe remaki/kontynuacje znanych filmów grozy, padło też na Evil Dead. To wszystko jakoś tak spowszedniało i straciło urok kasety wideo spod lady.

I może to jest problem serialu Ash vs Evil Dead, który powtarza raimiowe rozwiązania, przypomina evildeadowe rekwizyty, oferuje dużo czarnego humoru i czerwonej posoki, a mimo to, pomimo szczerych chęci, nie potrafię się w niego wkręcić. To wszystko jest jakieś takie okej, ale nic więcej. Serce zabiło mi mocniej jedynie w scenach, w których gdzieś tam w tle pojawiły się migawki klasycznych Evil Deadów, a poza tym obejrzałem te cztery odcinki z obojętnością i chyba nie będę w stanie się przemóc, żeby oglądać dalej.

Choć przyszła mi do głowy podczas seansu jeszcze jedna refleksja. Wydawać by się mogło, że takich filmów i seriali jak Evil Dead/Ash vs Evil Dead jest na kopy, a chyba jednak to złudne wrażenie. Filmowe straszydła zwykle wyskakują zza węgła i straszą, ktoś dostaje zawału. A takiego napierdzielania się człowiek vs demon trudno uświadczyć gdziekolwiek indziej. Stąd mimo wszystko trzeba docenić oryginalność z odzysku serialu Ash kontra martwe zło. No ale co z tego.

4 odpowiedzi

  1. Ash jest genialny – każdy kolejny odcinek zaskakuje nowych chwytem, świeżym elementem. Raz szkoła, innym razem szpital, aż po świat równoległy. Do tego zawsze killowanie z charakterem 😉
    A przyboczni Asha palce lizać.
    Właśnie unikalny styl i konwencja przyciąga, bo na rynku nie ma niczego porównywalnego.
    No i Bruce to po prostu legenda.

    Z tym że mi podobało się od początku, więc nie poradzę by oglądać dalej 😉

  2. Przysięgam, że bardzo bardzo chciałbym się tak wciągnąć :)

  3. A ja dla odmiany wciągnąłem się od początku i 1. sezon obejrzałem praktycznie na jedo podejście. Problem pojawił się z w trakcie drugiego sezonu i sekwencji w szpitalu. Tam niestety się poddałem i przestałem oglądać (bodajże 2 odcinki przed końcem sezonu).
    Kiedy postanowiłem się zebrać w sobie i wrócić dowiedziałem się o cancelu serialu po 3. sezonie, więc w sumie chyba dobrze się stało.
    Przez pierwszy sezon było to guilty pleasure, ale jednak nic ponadto…

  4. A ja dla odmiany uważam 1 sezon za spoko, ale to co najlepsze to właśnie druga seria, a pamiętna scena w kostnicy czy dwa odcinki w szpitalu w 2 serii, czy raczej w zakładzie psychiatrycznym to jedna z najlepszych rzeczy w całym serialu. Ogólnie to chyba 2 sezon uważany za najlepszy jest. 3 sezon się zaczął słabo i nie wiem skąd w USA dominują dobre recenzje (przynajmniej tam gdzie czytałem np. na denofgeek), bo w Polsce jak czytałem recenzje i dowiadywałem się wśród znajomych to wiele osób początek 3 serii mocno rozczarował.

    Moim zdaniem jest to spowodowane tym, że w 3 sezonie ekipa się zmieniła na czele ze showrunnerem i to widać po kloacznym poczuciu humoru, które preferuje nowy showrunner. Miałem problem ze sceną np. rzucania nie powiem czym w jednym z pierwszych odcinków, chociaż w tej samej scenie sekwencja z ręką wystającą z gazety była genialna w swej absurdalności. Oglądając tego typu sceny przypomniały mi się komedie braci Farrellych, którzy preferują podobny humor i nie znają żadnych granic, ale jak uwielbiam “Sposób na blondynkę” braci Farrellych, to w Ash nie każdy tego typu żart mnie rozbawił.

    Ale na szczęście poziom się podnosi z odcinka na odcinek w 3 serii, bo od drugiego z każdym kolejnym lepiej się bawiłem. Pierwszy nędzny, drugi średni, trzeci ok, a czwarty i piąty są dobre, i tak już zostało do końca, bo w drugiej połowie jest utrzymany dobry poziom. Wydaje mi się też, że od połowy sezonu jest o wiele mniej kloacznego humoru co na plus zaliczam.

    Niektórzy narzekają na 3 sezon, że przekroczył serial pewne granice w obrzydliwych/porytych scen w porównaniu z 1 i 2 serią, ale w Ash vs. Evil Dead zawsze przekraczano granice jak np. pamiętna scena w kostnicy, która większość fanów chwali. Ciężko w przypadku Asha powiedzieć, że przekraczają granice jak na tym opiera się serial. Wygląda że dla każdego fana co innego oznacza zbyt duże przekroczenie pewnych granic – dla jednych poziom dowcipów w 3 serii trzyma taki sam poziom jak w 1 i 2 serii, a dla innych poziom żartów spadł poniżej akceptowalnego poziomu. Ja bym powiedział że poziom dowcipów jest nierówny, bo część wypada niesmacznie, obrzydliwie, nie bawi, a część żartów to dobry typowo ashowy żart, nawet jak totalnie poryty.

    Podoba mi się to, że w drugiej połowie, zwłaszcza w dwóch, trzech ostatnich odcinkach Ash nie robi tylko i wyłącznie za idiotę jak wcześniej, ale też udało się pokazać twórcom człowieka, a nie głupka, który ma szczęście w walce z siłami zła. Bo przez większość serialu to z Asha jest większy kretyn jak w filmach. Campbell w finale mógł pokazać trochę aktorstwa poważniejszego, oczywiście na tyle na ile można w Evil Dead, i dobrze że tak się stało, bo wcześniej w serialu trudno było traktować go poważnie.

    Udało się Campbellowi pokazać, że to nie tylko głupek, ale też człowiek i bohater w jednym – może nie idealny ale jednak. Więc 3 seria to jednak dobry sezon mimo bardzo słabego początku z ciekawym zakończeniem. Ostatnia scena jak i cały odcinek to dla mnie jest dobre zakończenie, które bardzo przypomina zakończenie “Armii Ciemności” w wersji dircut. Z takim zakończeniem serialu mogę żyć.

    A najlepsze jest że ja przez wiele długich lat myślałem, że “Armia Ciemności” wydana w Polsce na kasetach jest tą właściwą i oryginalną, kinówką, a nie dircutem, bo tylko w takiej wersji film w Polsce na kasetach był dostępny. Nie wiedziałem że są dwie wersje filmu. A dopiero kilka lat temu odkryłem, że “Armia Ciemności,” która była w Polsce dostępna na kasetach to nie kinowa wersja. Pamiętam, że przed seansem 1 serii Asha zastanawiałem się jak odkręcą takie zakończenie. Ale problemu nie było z odkręceniem, bo w USA znana jest wersja krótsza z takim zakończeniem, którego nie trzeba odkręcać. Do tego stopnia uwielbiam dircut, że nie uznawałem długo wersji kinowej i zabawne jest to, że koniec końców zakończenie serialu jest bliższe temu, które ja uwielbiam.

    Z jednej strony kupuję takie zakończenie jakie jest w 3 serii i jestem prawie pewien że twórcy zabezpieczyli się takim finałem, żeby akcja nie była urwana, a z drugiej strony chętnie obejrzałbym 4 sezon w takiej trochę innej formie w jakiej zapowiedziano w ostatniej scenie, bo to byłoby coś ciekawego i nowego. Może kiedyś powstanie kolejny film albo serial wznowią, ale żeby długo nie czekali, choć Campbell dobrze się trzyma. Tak czy inaczej będzie mi brakować przygód Asha Chlastusia.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.