Castle Rock. Recenzja pierwszego sezonu serialu.
Castle Rock. Recenzja pierwszego sezonu serialu.

Castle Rock. Recenzja pierwszego sezonu serialu. Hulu/HBO GO

Jak to zwykle bywa – człowiek się naczekał aż w końcu będzie mógł obejrzeć serial Castle Rock, potem mrugnął i już wyemitowano finał. Czas leci. Czy dziesięć odcinków Castle Rock warte było poświęcenia go dla niego? Recenzja pierwszego sezonu serialu Castle Rock. Hulu/HBO GO.

O czym jest serial Castle Rock. Sezon 1

Streszczałem już przy okazji któregoś odcinka Serialowa, ale skoro zamierzam podsumować serial w osobnym wpisie, warto byłoby się powtórzyć w kwestii fabuły Castle Rock. Zatem. Położonym w Castle Rock więzieniem Shawshank wstrząsa samobójcza śmierć jego naczelnika (John Locke). Gdyby tego było mało, w nieużywanym skrzydle więzienia odnaleziony zostaje młody chłopak zamknięty w klatce (Bill Skarsgård). To tzw. Dzieciak. Więcej o nim nie wiadomo, bo nie raczy się odezwać i zdradzić co i ile robił w tej klatce. Prosi tylko, żeby wezwano prawnika Henry’ego Deavera (Andre Holland). Henry wyjechał do wielkiego świata właśnie z Castle Rock i teraz nadarza się okazja do tego, by wrócić i spotkać z macochą (Sissy Spacek) oraz jej facetem, szeryfem Alanem Pangbornem (Scott Glenn). A także zbyt uczynną sąsiadką (Melanie Lynskey). Ojczym Henry’ego (Adam Rothenberg) zmarł dawno temu, gdy Deaver był jeszcze młody. Niedługo po tym, jak Henry na kilka dni tajemniczo zniknął, by odnaleźć się równie tajemniczo z dziurą w pamięci. Po przyjeździe do Castle Rock Henry’emu szybko udaje się uwolnić Dzieciaka z tymczasowego aresztu. Zbiega się to w czasie z kolejnymi tragediami, jakie nawiedzają Castle Rock. Bo Castle Rock to światowa stolica tragedii wymyślona przez Stephena Kinga, na podstawie którego prozy oparty jest serial Castle Rock.

Recenzja serialu Castle Rock. Sezon 1

Znów pasowałoby się powtórzyć, skoro wypada teraz akapit poświęcony wpływowi Stephena Kinga na serial Castle Rock. W skrócie więc może i enigmatycznie: wpływ ów jest zarówno duży, jak i niewielki. Ano tak. Fani prozy Kinga znajdą tu wystarczająco dużo nawiązań do jego dzieł (choć często są to nawiązania w tzw. duchu jego prozy), żeby móc szpanować potem w internetach. Ci, którym Stephen King lata koło kalafiora, nie muszą przejmować się kingową niewiedzą. Serial Castle Rock nie potrzebuje u widza doktoratu ze stephenokingowości, żeby go obejrzeć. Rozumiem to, choć dla mnie to akurat zawód, bo liczyłem na większe powiązanie serialu z powieściami Kinga i na to, że rozjawię japę ze zdziwienia na widok tego, jak połączyli fabuły/wydarzenia/postaci tych powieści w jedną, spójną całość. Nie rozjawiłem, ale tylko dlatego, że nikt nie miał zamiaru mi zaimponować. Koncepcja była jednak inna. Rozumiem.

Było w dziesięcioodcinkowej przygodzie z serialem Castle Rock kilka wyraźnych faz. Na początek poznanie serialu, uświadomienie sobie, że nie jest to rozległy hołd dla twórczości Kinga tylko serial spokojnie istniejący w oderwaniu od jego literatury. Potem przyszła faza charakterystyczna dla większości, o ile nie wszystkich seriali telewizyjnych: faza zapychaczy w drodze do celu. Zawodowo nakręconych, interesujących, ale jednak zapychaczy. Po której zaczęliśmy zbliżać się do grande finale i w kolejnej fazie serial Castle Rock przestał przypominać „To” Stephena Kinga, a zaczął niebezpiecznie przypominać pewien netfliksowy serial, który niespodziewanie zrobił dużą karierę, ale może nie będę zdradzał tytułu, żeby za dużo nie spoilerować (choć w reckach seriali zwykle nie przejmuję się za bardzo spoilerowaniem). I w końcu nadeszła faza ostatnia, finał. Finał, który trzeba uznać za rozczarowanie.

Koronnym argumentem za polubieniem serialu Castle Rock miało być to, że zaserwuje zamkniętą historię, a ewentualny sezon numer dwa będzie poświęcony już czemuś zupełnie innemu. Takie seriale są fajne, bo można się skupić na dobrym rozłożeniu fabuły na konkretną ilość odcinków bez myślenia o przyszłości (co powinno skutkować brakiem zapychaczy, ale w praktyce nigdy nie skutkuje). Co jednak zrobić, kiedy nie masz pomysłu na satysfakcjonujące widza zakończenie takiej zamkniętej serii (widz chce twista i gówno go obchodzi cała reszta) albo masz, ale wiesz, że wszyscy ci powiedzą, że zerżnąłeś je z pewnego netfliksowego serialu, który niespodziewanie zrobił dużą karierę? Rozwiązanie nasuwa się samo. Walnij otwarte zakończenie. No i twórcy serialu Castle Rock takie walnęli, otwartym zakończeniem zamykając niby zamkniętą serię. Otwartym za bardzo na oścież i zostawiającym zbyt wiele pytań bez odpowiedzi. Nie mam nic przeciwko otwartym zakończeniom, ale w Castle Rock mam o wiele większe przeświadczenie, że zdecydowano się na takie, bo samemu nie posiadało się odpowiedzi.

Nie mówiąc już o tym, że wbrew zapowiedziom zawsze można do opowiedzianej historii wrócić w sezonie kolejnym. Niefajnie. Wystarczy powrócić do niej w trzecim sezonie i nikt już nie będzie miał powodów do zarzucenia jakiegokolwiek kłamstwa.

Przyznaję, to trochę niesprawiedliwe dla seriali, że aktualnie wszyscy chcą od nich, żeby walnęły na koniec bombą. Albo w przedostatnim odcinku, jak lubi to robić Gra o tron. Bo jeśli nie walną, to zaczyna się narzekanie. Niestety, ilość możliwych bomb rzucanych na końcu seriali zmniejszyła się przez ostatnie lata do minimum i naprawdę coraz trudniej oczekiwać zaskakujących zakończeń. Nic jednak nie poradzę, w Castle Rock aż się o takie prosiło i jego brak drastycznie wpływa na wrażenia z całości. Bardzo porządnej przecież całości.

Bo Castle Rock to serialowa pierwsza liga i otwarte zakończenie niczego tu nie zmienia. Nawet zapychacze oglądało się interesująco – pomysł na tematyczny hotel poświęcony zbrodniom z Castle Rock sam wystarczyłby już na serial – a perełek w postaci odcinka numer siedem nie sposób nie wspomnieć. Osobiście wolę dziesięć równych odcinków i wybitne zakończenie niż przeciętne zakończenie, ale w trakcie wybitny odcinek. Nie zmienia to jednak faktu, że właśnie ów siódmy odcinek był najbardziej typowym Kingiem z możliwych. Niby jakieś duchy, sruchy, opętania, napięcie i thriller, ale tak naprawdę wszystko na bok, bo to przede wszystkim piękna opowieść o miłości. W której strachy na lachy są tylko dodatkiem. W najlepszych Kingach tak to właśnie działało, że horror był dodatkiem do reszty.

Pierwszy sezon Castle Rock trzeba więc uznać za lekki zawód, ale równocześnie można dać mu kredyt zaufania i zobaczyć, co też wymyślą w sezonie numer dwa. Mam nadzieję, że nie oszukiwali i nie powiedzą: „tak, tak, zdecydowaliśmy, że pierwszy sezon miał być zamkniętą historią, ale pod koniec zdjęć doszliśmy do wniosku, że nasza historia zasługuje na jeszcze kilka odcinków. Sooriii”.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.