Serialowo, s11e03. Castle Rock. HBO GO.
Serialowo, s11e03. Castle Rock. HBO GO.

Serialowo, s11e03. Castle Rock, Insatiable, Sacred Games. HBO GO, Netflix

Zgodnie z obietnicą – kolejny odcinek Serialowa iz in da hauz.

Serialowo, s11e03

Castle Rock, do s01e05

Castle Rock – leży od niedawna na HBO GO – to jedna z najbardziej oczekiwanych serialowych produkcji tego lata. Miała być historia utaplana po czubki uszu w prozie Stephena Kinga i łącząca wątki jego niezliczonych powieści, których akcja działa się w Maine. A co wyszło?

Sprywatyzowanym więzieniem Shawshank wstrząsa tragedia. Kolejny naczelnik odbiera sobie życie. Ale to nie wszystko. W zapomnianym przez świat i ludzi skrzydle więzienia odnaleziony zostaje zamknięty w klatce młody człowiek. Najwyraźniej był on tam trzymany niewiadomoile. Milczący młodzian życzy sobie, aby jego sprawą zajął się niejaki Henry Deaver (Andre Holland). To adwokat idealista, który wychował się w Castle Rock i tutaj spotkało go w dzieciństwie coś niewytłumaczalnego. Teraz wraca do rodzinnego miasteczka, gdzie zewsząd wyłaniają się duchy przeszłości.

Świetnie zrealizowany, klimatyczny, dobrze zagrany, zdecydowanie serial na poziomie – Castle Rock jest jednak trochę ofiarą oczekiwań. Oczekiwań, które sam nakręcił. To utopienie w prozie Kinga, o którym wspomniałem na początku, okazało się ledwo zanurzeniem stopy w mętnych wodach wyobraźni Kinga. I jest to zrozumiałe, bo po co komu serial, który zrozumie tylko ktoś, kto przeczytał tysiące stron nastukanych przez mistrza? A z drugiej strony szkoda, bo mogło z tego wyjść coś z gatunku mindblowing (czytaj: mózg rozjebany). Zebrać te wszystkie wątki, historie, postaci i strachy z literatury Kinga i umieścić to w jednej historii podsumowującej lata kariery pisarskiej? WOW!

Nie będę się tu wymądrzał wypisywaniem nawiązań do twórczości Kinga, bo każdy wie, że jak pies to Cujo, jak Torrance to krewna pisarza, a jak aria to TA aria. Takie to nawiązania się tu póki co przemknęły. Cała reszta to zupełnie uniwersalna historia, którą zrozumie każdy.

I to kolejny problem, bo na razie wszystko zmierza w stronę telewizyjnej wersji To z Castle Rock zamiast Derry. Ale i tak J.J. Abrams zrobił tym serialem milowy krok do przodu w stosunku do poprzednich zapasów z Kingiem w 22.11.63.

Insatiable, do s01e02

Q-cancel po drugim odcinku. Obejrzałem z ciekawości, o co tyle krzyku i wyklinania serialu na czym świat stoi. Odejmując taką sobie kontrowersje nie zostaje wiele więcej.

Patty Bladell (Debby Ryan) była kiedyś grubasem. Szczęśliwy traf jednak sprawił, że przez dłuższy czas nie mogła ruszać żuchwą, w wyniku czego schudła do apetycznych wymiarów. I okazało się, że to laska że hej. Jej potencjał dostrzega zhańbiony łowca miss-talentów (Dallas Roberts), który przekonuje Patty, że jest materiałem na kolejną miss świata. A ta dostrzega w tym szansę na odegranie się na tych wszystkich pipach i fagasach, którzy za grubasa zrobili z jej życia piekło.

Rozchodzi się więc o to, że nagle cały świat oburzony jest na serial, który daje do zrozumienia, że grube to zło. Oczywiście serial robi to przy okazji przemycając, że liczy się to co w środku, a nie opakowanie, ale wrażliwy widz początku XXI wieku widzi swoje i jest oburzony. Ojezusmaria, jakie to kontrowersyjne! Zdjąć toto z anteny! Rzygać się chce!

Bez przesady. Jeśli zdejmować Insatiable z anteny to tylko dlatego, że to taki sobie serial (choć Aśkowi się podoba), który na kontrowersji próbuje zbić kapitał. Zresztą, jaka to kontrowersja. Insatiable to tego typu serial co to nie ma żadnych świętości (żarty z raka odbytu itd.), a z drugiej strony grzecznie dba o to, żeby być zgodnym z kanonami współczesnej poprawności politycznej. Rasowo zachowane zachowane tutaj status quo do tego stopnia, że na ekranie pełno międzyrasowych par, a biali macho wychowują czarnoskóre córki. Jest obowiązkowy lesbijski romans, a główny bohater choć hetero jest so much gay. Powiem Wam, co by mogło być kontrowersyjne w tym serialu. Gdyby wszyscy bohaterowie byli biali.

Insatiable zdecydowanie ma potencjał na ostrą satyrę. Ma też kilka zabawnych fragmentów rodem z komedii ZAZ. Całościowo jednak za bardzo trzeba tego szukać w plastikowej konwencji amerykańskich teen-seriali i zbyt długich odcinkach, które zbyt wolno zmierzają do celu.

Sacred Games, s1

Sartaj Singh (Saif Ali Khan) to podrzędny mumbajski gliniarz popychadło, który wyje wieczorami do żony, która od niego odeszła. Pewnego wieczora kontaktuje się z nim Ganesh Gatoinde (maj fejwrit Nawazuddin Siddiqui). To indyjski Keyser Soze, który przygotował diabelski plan zniszczenia miasta. Za 25 dni z Mumbaju nie zostanie nawet M. Sartaj staje się pionkiem w jego grze, a pomóc mu będzie w stanie jedynie agentka Anjali (Radhika Apte). Zanim jednak dojdą do jakichkolwiek wniosków, Ganesh zabierze i ich i nas w sentymentalną podróż do czasów, w których zaczynał dochodzić do władzy.

Lepszej okazji do przeproszenia się z indyjskim kinem jeszcze nie było. Sacred Games ma to wszystko, co dobrego mają nowe, przystępne dla zachodniego widza niektóre indyjskie produkcje z ostatnich lat. Ma jednak też coś więcej – został wyprodukowany przez Netflix, więc kichą być nie może, co nie?

I nie jest. Kryminalny Forrest Gump umiejscawia kolejne epizody w burzliwej historii Indii, a droga do władzy Ganesha do złudzenia przypomina historię opowiedzianą już kiedyś w świetnych Gangach Wasseypuru. Porównanie ma jeszcze więcej sensu, gdy spojrzeć na nazwisko reżysera obydwu, Anuraga Kashyapa.

Sacred Games nie jest tak dobry jak ww. Gangi, ale i tak ma wszystko, co potrzebne do tego, by przekonać niechętnych widzów, że ten Bollywood nie jest taki straszny. Z premedytacją użyłem Bollywooda, choć Sacred Games ma z nim niewiele wspólnego. A przynajmniej z tą powszechną definicją Bollywoodu. Do tego stopnia, że są tu nawet cycki. Przekonałem, nie?

Oprócz dobrych rzeczy ma Sacred Games też kilka indyjskich denerwujących pierdół, ale nie przesłaniają one całości, więc nie ma co nimi odstraszać. Warto jednak pamiętać, że materiału książkowego – serial został oparty na bestsellerze autorstwa Vikrama Chandry – jest jeszcze na jakieś trzy sezony i z tego względu zakończenie s1 to najbardziej wkurzający element Sacred Games.

More to come.

4 odpowiedzi

  1. Ja dołączam się do grona bardzo zadowolonych z Castle Rock i nie uważam wcale za wadę to że serial jest zrozumiały dla wszystkich tylko za zaletę. Wydaje mi się, że większość widzów, zwłaszcza fanów Kinga jest mocno zaskoczona jak dobry serial wyszedł po takich padakach jak Mgła (choć akurat ten serial z Franco co wymieniłeś to był dobry). W ięc nie jest tak, że hajp był przesadny i są rozczarowania tylko raczej jest na odwrót czyli hajpu za dużego nie było i wszyscy są bardzo zadowoleni. Lubię twórczość Kinga, ale przyznam, że dawno żadnej książki nie przeczytałem. Z kingowymi filmami i serialami już lepiej bo większość widziałem, przynajmniej te ciekawsze i lepsze czyli mało. Ale pomimo tego, że dawno w Kinga twórczości nie siedzę to nie miałem problemu z połapaniem się w fabule. Podoba mi się, że większość nawiązań stanowi jedynie smaczek dla fanów, ale nie są to najważniejsze elementy odcinków. Więc jak się przegapi to się nic nie straci, bo serial stoi ciekawą historią. Ważniejsza jest fabuła, która jest bardzo w kingowskich klimatach. Najlepsze określenie tego serialu to nawet nie horror, ale thriller z elementami tajemnicy.

    Miałem skojarzenia z serialami gdzie najważniejsza jest zagadka, tajemnica, jak np. Lost, Westworld, Good Place. Zresztą serial idzie podobną drogą bo co odcinek to inny bohater jest na pierwszym planie, ale nie o tylko o to mi chodzi. Serial operuje też scenami w których zapowiadają przyszłe wydarzenia, np. w czwartym epizodzie w końcówce jest jedna scena, której zapowiedź mieliśmy we wcześniejszych odcinkach. Dokładnie to samo pokazano wcześniej i nie wiadomo było o co chodziło , a w finale czwartego odcinka się wyjaśniło. Chodzi mi o scenę z monitorami w więzieniu:-)

    A co mnie zaskoczyło to fakt, że wyłapałem dużo nawiązań do Kinga, ale może dlatego, że większość dotyczy książek co czytałem lub filmów co oglądałem w latach 80 i 90. Może dlatego, że uwielbiałem książki, których akcja działa się w Castle Rock i dlatego tak wiele z nich pamiętam, choć czytałem je wieki temu. Ale złapałem się też na tym, przynajmniej w pierwszym odcinku że jak pojawiała się nowa postać, padło nazwa czegoś, cokolwiek to myślałem od razu, że pewnie jakieś nawiązanie które od razu wyłapałem np. mysz jak z Zielonej Mili albo nie wyłapałem (a sporo tego było co nie zauważyłem). Ale po paru minutach pierwszego odcinka fabuła mnie tak wciągnęła, że przestałem doszukiwać się nawiązań. Jak zauważyłem to spoko, a jak nie to nic się nie stało. Uważam że serial może nawet podejść tym co nie przepadają za Kingiem, albo nie czytali żadnej książki pisarza, a lubią historie z tajemnicą.

    Podoba mi się też to, że serial bardziej operuje klimatem niż jumpscarami i krwawymi scenami, choć mogli by sobie pozwolić skoro to serial Hulu, ale tutaj stosują zasadę mniej znaczy więcej i dzięki temu serial trzyma w napięciu non stop. Ma idealnie wyważone tempo. Jak dla mnie też nic za wolno się nie dzieje, tylko swoim tempem serial leci co w sumie pasuje do książek Kinga jak kojarzę, bo u niego też akcja długo się rozwija. Zresztą uważam, że król horrorów lepszy jest w klimatach obyczajowych, pokazując życie zwykłych ludzi w miasteczkach i dlatego pisze tak grube powieści:-)

    Casting jest też świetny. Grają aktorzy dobrzy i których lubię jak choćby Andre Holland, którego znam z genialnego serialu Soderbergha „The Knick” z Clive Owenem w roli życia. Każda postać mnie interesuje – część mnie fascynuje, część mnie przeraża, a za innych trzymam kciuki. Zależy mi na bohaterach na tych co powinno i w sumie ciężko mi wybrać kogo najbardziej polubiłem z mieszkańców, ale chyba to będzie Molly.

    W ogóle nawet role drugoplanowe, trzecioplanowe są obsadzane przez fajnych aktorów jak strażnik o polsko brzmiącym nazwisku, który pomógł się skontaktować tajemniczemu więźniowi z prawnikiem, którego znam go z Shameless, czy Allison Tollman grająca siostrę Molly, którą bardzo lubię od czasów roli Molly w 1 serii Fargo. A tak co do tych sióstr to idealny casting, bo tak są do siebie aktorki podobne, że jak pierwszy raz pojawiły się razem to od razu wierzy się, że są siostrami:-)

    Podoba mi się że większość postaci to są bohaterowie, których nie ma w książkach Kinga, oprócz emerytowanego gliniarza granego przez Glenna. Jestem pewien że ten sam gliniarz, o tym samym imieniu i nazwisku pojawił się w Sklepiku z marzeniami i grał go Ed Harris. Może się mylę, ale cała reszta nie pojawiła się w uniwersum Kinga, są to postacie wymyślone na potrzeby serialu. A dobre by było jakby okazało się, że Sissy Spacek gra postać tą co w filmie De Palmy tylko zmieniła nazwisko:-)

  2. Podoba mi się też w CR, że ta seria to będzie jedna zamknięta całość, a kolejna seria to zupełnie inna historia z innymi aktorami. Dzięki temu co już widać historia nie będzie przesadnie przeciągana i nie rozwodni się. Lubię takie podejście we współczesnych serialach gdy idą w antologie.

  3. Zdecydowanie daj drugą szansę Insatiable. Z każdym kolejnym odcinkiem poziom hard core’u wzrasta, pomieszania, naprawdę ostrego humoru i innego diabelstwa. A aktorsko jest tak przeszarżowany, że aż miło.

    Choć fakt, odcinki mogłyby się skurczyć o 20/25 minut.

  4. Quentin

    A właśnie, zapomniałem o siostrach :). Jak pisałem na fejsie zawsze mi się te dwie mylą, to teraz je w komplecie dali, żeby mi całkiem zamotać.

    Holender. Wziąłby Kevin Smith i przemontował Insatiable do samego sedna, to by mnie łatwiej było namówić na kontynuację. Ale w sumie i tak Asiek będzie oglądał, więc pewnie się dołączę.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.