Iraivi (2016), reż. Karthik Subbaraj.
Iraivi (2016), reż. Karthik Subbaraj.

Iraivi. Recenzja dramatu obyczajowego. Kollywood

Chyba tylko w indyjskim kinie trzeźwiejący alkoholik po przejściu terapii polegającej na okładaniu go kijkiem pląsa w rytm skocznej piosenki, by zdobyć serce ukochanej, która jest zaręczona z kim innym. I nie wiem co ciekawsze. Czy to, że ktoś tam bezustannie wpada na takie pomysły? A może to, że tak absurdalna scena pasuje w mocnym obyczajowym dramacie, którego nieszczęściami można by obdzielić kilka innych filmów. Recenzja filmu Iraivi.

O czym jest film Iraivi

Ponni (Anjali) w szkole marzyła tylko o jednym. Chciała szaleńczo się zakochać, mieć trójkę dzieci i kochającego męża, z którym będzie im jak w bollywoodzkim filmie. Yazhini (Kamalinee Mukherjee), dla życia, jakiego pragnęła, postanowiła zaryzykować. Wszyscy mówili jej, że Arul (Surya S.J.) nie jest dobrym kandydatem na męża. Że jak wszyscy filmowcy ugania się za spódniczkami i prędko ją zdradzi. Mimo to Yazhini wierzyła, że u boku Arula też będzie gwiazdą i czeka ją atrakcyjne życie. Jednak nie wszystko układa się tak, jak wymarzyłyby sobie tego dziewczyny. Kiedyś wzięty reżyser, teraz alkoholik – Arul miota się między kieliszkami z powodu producenta, który nie chce wypuścić jego najnowszego filmu. Sprawa ciągnie się od dłuższego czasu i nic nie wskazuje na to, żeby sytuacja miała się zmienić. Arul nie potrafi wziąć się w garść i stworzyć czegoś nowego, do czego namawia go najlepszy przyjaciel, Michael (Vijay Sethupathi). Pomimo mądrych rad, jakie daje innym, Michael też nie potrafi poradzić sobie z własnym życiem. Szaleńczo zakochany w Malar (Pooja Balu) dostaje od niej potężnego kosza. Młoda wdowa oczekuje po nim tylko seksu, nic więcej. Kiedy widzi, że Michaelowi marzy się żeniaczka, rzuca go bez mrugnięcia powieką. W tej sytuacji Michael zgadza się na zaaranżowane małżeństwo z Pooni. Mówi jej wprost, że kocha inną i jedyne, co może jej zaoferować to próba dogadania się i w miarę spokojnego życia obok siebie. Arulowi także sypie się małżeństwo, a Yazhini jest coraz bliższa podjęcia decyzji o odejściu z dzieckiem od niego. I wtedy pojawia się szansa na zmianę. Producent filmu Arula proponuje, że odsprzeda mu film. W tym celu potrzebna będzie spora gotówka. Pomysł na zdobycie podrzuca młodszy brat Arula – Jagan (Bobby Simha). Chłopak proponuje kradzież świętego posągu bogini (tytułowa Iraivi), który z zyskiem będzie można sprzedać na Zachód.

Recenzja filmu Iraivi

Karthik Subbaraj pracował sobie kiedyś spokojnie jako informatyk, gdy nagle zorientował się, że interesuje go robienie filmów. Po ukończeniu jednodniowego kursu podstaw reżyserii zrealizował dobrze przyjętą krótkometrażówkę, a potem poprawił komediowym horrorem o rozwozicielu pizzy. Kolejny sukces otworzył drogę do zrealizowania świetnej komedii gangsterskiej (choć może raczej gangsterki komediowej) Jigarthanda, na planie której podpadł producentowi, bo nie chciał z niej wyciąć co bardziej brutalnych scen. Aktualnie po kinach fruwa najnowsze dzieło Subbaraja, film Mercury, thriller, w którym nie pada ani jedno słowo, a w międzyczasie zrobił jeszcze interesujący nas w tym wpisie najbardziej – Iraivi.

Choć Jigarthanda i Pizza (mniej) mi się podobały, to jednak do Iraivi zabierałem się jak pies do jeża. Wybór dramatu obyczajowego przez twórcę soczystego kina gatunkowego wydawał mi się co najmniej dziwny. Okazało się jednak, że zdolny reżyser poradzi sobie także z dramatem, którego głównym tematem jest rola kobiety we współczesnych Indiach. Przewrotnie zrealizowanym w ten sposób, że tak jak i w tym społeczeństwie, tak w Iraivi kobiety znalazły się na drugim planie. Ustępując miejsca facetom z problemami. A właściwie to Problemami z dużej litery. Wzorem świetnego Sairat, także i w Iraivi tragedii nie brakuje.

Siłą filmu Iraivi jest głównie to, że jego reżyser w świetny sposób bawi się formą naprzemiennie prezentując to, czego oczekiwałby od niego widz indyjski, z tym, co od zdolnego reżysera wymaga kino w ogóle. Zabawa Subbaraja widoczna jest wszędzie. Ot choćby w warstwie muzycznej, gdzie przenikają się kollywoodzkie evergreeny, standardowe instrumentalne ilustracje muzyczne, operowe arie i zagraniczne piosenki. Nie brakło tu miejsca zarówno dla klasycznych piosenek miłosnych z tańcem prezentujących gatunek: chłopak podrywa dziewczynę, jak i dla popisów tanecznych w narkotykowych haluckach czy krwawych morderstw młotkiem popełnianych w rytm operowego śpiewu. Podobnie w warstwie realizacyjnej, w której Subarraj równie zgrabnie porusza się pomiędzy psychodelicznymi, nowoczesnymi scenami w klubie nocnym, a najbardziej klasycznymi indyjskimi scenami na kolejowym dworcu. Inny klasyczny indyjski motyw – deszcz – wykorzystuje z kolei do świetnej klamry, w jakiej zamknięty został cały film. Jest w Iraivi wszystko, a Subbaraj pokazuje, że umie zarówno w Kollywood, jak i w Hollywood.

Co jednak uderzyło mnie najbardziej to zupełnie inna sprawa. W Iraivi silniej niż zwykle poczułem pewien dysonans, na który reżyser nie ma żadnego wpływu. Patrząc z pozycji zachodniego widza – przyzwyczajonego do tamili i reszty indyjskiego kina, ale jednak zachodniego – uświadomiłem sobie, że nie jestem w stanie traktować poważnie(j) bohaterów takich poważnych dramatów, gdy… wyglądają jak wyglądają. Raz, że kojarzą mi się z często niezbyt poważnymi filmami, dwa, że tacy spoceni, brodaci, w klapkach często zupełnie nie pasują do nowoczesnych klubów nocnych i fabuły, która wymaga poważnego ich traktowania. Problem zdecydowanie leży po mojej stronie, ale nie zmienia to faktu, że gdzieś podświadomie czekałem, żeby zaczęli zachowywać się jak przerysowani bohaterowie kollywoodzkiego kina (i za takich ich brałem), a nie ludzie z krwi i kości. A to przeszkadzało we wczuciu się w naprawdę mądry film o wielu poważnych sprawach. Na szczęście z bohaterkami nie miałem tego problemu. Tak czy siak, myślę, że o wiele lepiej przyjąłbym już na starcie Iraivi, gdyby obsadzony został zachodnimi aktorami.

Nie zmienia to faktu, że wbrew sceptycznemu nastawieniu, kiedy już wciągnąłem się w fabułę, do samego końca pozostałem zaangażowany w seans. Iraivi jest filmem trochę przesadzonym, by opowiedziana w nim tragedia była jak najbardziej tragiczna, ale można mu to wybaczyć dla co najmniej kilku świetnych scen. Reżyser dba o to, by nie tylko decyzje bohaterów miały wpływ na ich losy, ale i rzuca ich w łapy przeznaczenia, przed którym nie sposób uciec. Często o losach bohaterów decydują więc drobne niuanse jak zbyt wczesny powrót do domu czy niespodziewane słowa dziecka. Tutaj najlepiej widać to, że reżyser dobrze wie, co i jak chce osiągnąć.

(2410)

Chyba tylko w indyjskim kinie trzeźwiejący alkoholik po przejściu terapii polegającej na okładaniu go kijkiem pląsa w rytm skocznej piosenki, by zdobyć serce ukochanej, która jest zaręczona z kim innym. I nie wiem co ciekawsze. Czy to, że ktoś tam bezustannie wpada na takie pomysły? A może to, że tak absurdalna scena pasuje w mocnym obyczajowym dramacie, którego nieszczęściami można by obdzielić kilka innych filmów. Recenzja filmu Iraivi. O czym jest film Iraivi Ponni (Anjali) w szkole marzyła tylko o jednym. Chciała szaleńczo się zakochać, mieć trójkę dzieci i kochającego męża, z którym będzie im jak w bollywoodzkim filmie. Yazhini…

Czas na ocenę:

Ocena: 8

8

wg Q-skali

Podsumowanie: Błędne decyzje reżysera-alkoholika oraz nieszczęśliwie zakochanego męża sprawiają, że życie ich rodzin zamienia się w pasmo tragedii. Świetnie wyreżyserowany obyczajowy dramat, którego reżyser, bawiąc się konwencjami indyjskiego kina, tworzy uniwersalne dzieło opowiadające o współczesnych indyjskich kobietach.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.