Marvel’s Iron Fist, s01e01-02 - recenzja. fot. Netflix
Marvel’s Iron Fist, s01e01-02 - recenzja. fot. Netflix

Iron Fist 1×01-02. Recenzja serialu Netfliksa

No dobra. Wszyscy się już wczoraj pochwalili, że obejrzeli przed czasem sześć odcinków Iron Fist, to teraz czas na mnie. Że obejrzałem sześć odcinków się nie pochwalę, bo na razie skończyłem drugi. I niestety nie dlatego, że nie mam czasu, żeby oglądać dalej. Recenzja pierwszych dwóch odcinków serialu Iron Fist. Premiera na Netfliksie 17 marca tego roku.

O czym jest serial Iron Fist

Pewnego dnia zupełnie bez ostrzeżenia pojawia się na ulicach Nowego Jorku sympatyczny bosonogi obdartus (Finn Jones), który ciekawie przygląda się otoczeniu. Zmierza w konkretnym kierunku – wieżowca należącego do siedziby bogatej firmy. W środku miło zaczepia recepcjonistkę, przedstawia się jako Danny Rand i prosi o spotkanie z najwyraźniej najgrubszą szychą w budynku. Recepcjonistka nieufnie patrzy na wygląd mężczyzny i dyskretnie daje znać ochroniarzom, żeby wyrzucili natręta. Ale Danny się nie poddaje i w końcu dociera przed oblicze szychy, ale młodszej. Rozpoznaje ją jako Warda Meachuma (Tom Pelphrey), kolegę z dzieciństwa, syna wspólnika jego ojca (szwagier trzeciej żony stryja drugiego męża, wiem). Bo wiecie, ojciec Danny’ego założył tę firmę i teraz po jego śmierci, Danny jest właścicielem 51% akcji. O ile to rzeczywiście Danny, w co nikt nie wierzy. Łącznie z siostrą Warda, Joy (Jessica Stroup). Nic dziwnego. Przecież Danny z rodzicami zginął 15 lat wcześniej w katastrofie lotniczej nad Himalajami. No i nie należy zapominać, że nagłe pojawienie się kolesia z pakietem większościowym skomplikowałoby sytuację obecnego szefostwa. Danny dostaje więc solidnego kopa, choć przekonuje, że zależy mu jedynie na poznaniu prawdy o katastrofie lotniczej rodziców. Nie zraża go to jednak do dalszego działania i zrobi wszystko, by ktoś mu w końcu uwierzył. Przecież mówi prawdę: przeżył katastrofę, uratowali go mnisi z nieistniejącego zakonu mieszkający w miejscu raz na kilka lat pojawiającego się na świecie, których jedynym zadaniem jest chronienie ludzkości przed tajemniczą organizacją The Hand. Sam zaś Danny długo ćwiczył, by przy odpowiednim przywołaniu siły chi zostać obdarzony żelazną pięścią. Jak można w to nie wierzyć?

Recenzja odcinków 1×01-02 serialu Iron Fist

Jak zapewne każdy wie, Iron Fist to czwarty superbohaterski serial Netfliksa po Daredevilu, Jessice Jones i Luke’u Cage’u. Część całości, która w niedalekiej przyszłości zaowocuje połączeniem wszystkich czworo bohaterów w serial Defenders. Szczerze powiedziawszy na Jessice utknąłem w połowie, a Luke’a w ogóle nie ruszyłem, bo jakoś nie przekonuje mnie koncepcja serialu (a właściwie jej brak; koleś napiernicza się ze złoczyńcami jak sądzę, tyle że w Bronksie) i jej superbohater. Z tego co miga mi jednak w internetach z serialu na serial jest coraz gorzej i patrząc na Iron Fist wygląda na to, że rzeczywiście tendencja jest zniżkowa. Zawitał więc na Netfliksie tylko po to, żeby w końcu można było ruszyć z Defenders? Pierwsze dwa odcinki nie wskazują na nic innego – powstał, bo musiał powstać, nie ma co drążyć tematu. A ludzie już oglądają superbohaterską serię, żeby być w temacie to i tak będą oglądać.

Zastanawiający już dla mnie był właściwie sam bohater na pojedynczy serial. Nie znam się na komiksach i nie to mnie zastanawiało, ale fakt, że nie widzę powodu w powoływaniu do życia bohatera toczka w toczkę podobnego do Arrowa. Powraca zaginiony milioner, ma umiejętności, walczy. Jeden taki serial już jest, wystarczy chyba. Szczególnie że Iron Fist w pierwszych dwóch odcinkach nie daje za dużo argumentów, by go lubić. Powiedzmy wprost, gdyby to był pierwszy superbohaterski serial Netfliksa, to Defendersów by nie było.

Seans pierwszych dwóch odcinków jest takim sobie przeżyciem. Nikt się nigdzie nie spieszy, niewiele się dzieje (jeśli chodzi o kung fu akcję), a większość czasu antenowego wypełniają przepychanki: Jestem Danny Rand; nie, nie jesteś Dannym Randem. Nikt mu nie wierzy, a on jest na tyle naiwny, żeby się nawet nie starać, by ktoś mu uwierzył. Zachowuje się dziwnie (poczciwie), ubiera się jak obdartus, gada o sile chi i twierdzi, że badania DNA na nic, bo nie ma jego starych próbek (ale chyba jakieś próbki rodziców powinny być, a przynajmniej warto by sprawdzić). Co za tym idzie zamiast pchnąć akcję w jakimś konkretnym kierunku, magluje się ww. motyw, który z punktu widzenia odbiorcy nie ma raczej większego sensu. W końcu wiadomo, że to Danny Rand, przecież nie zrobią w szóstym odcinku twista i pojawi się prawdziwy Danny Rand. Bądź co bądź pod koniec ep. 2 zaświeciła się Danny’emu pięść.

Najgorsze jednak, że wiele wskazuje na to, że aktor zatrudniony do roli Danny’ego Randa (sympatyczny skądinąd, ale cały czas masz wrażenie, że tę brodę to ma chyba przyklejoną) najprawdopodobniej nie umie się bić. Hmm, chyba powinien to potrafić po 15 latach nauki w superduper klasztorze Shaolin? Walki w Iron Fist wyglądają dość nieporadnie i daleko im do nawalanek daredevilowych. Na domiar złego z pomocą idą Danny’emu sznurki i greenscreeny. Przysiągłbym, że np. w scenie wskakiwania na płot, potem na gzyms i okno, Danny nie dość, że „wskakiwał” dzięki sznurkom, to jeszcze na zieloną tkaninę, na którą płot, gzyms i okno dodano potem w komputerze. Wychodziłoby więc na wyższy level użycia sznurków. W porównaniu do trzy razy starszego Jackiego Chana wykonującego te same akrobacje w swoich filmach – nie ma porównania.

A zresztą, z kim się ten Danny w ogóle miałby bić, skoro po dwóch odcinkach na horyzoncie nie widać żadnego poważnego bossa. To już chyba wolałbym standardowe: Nowy Jork opanowała banda zabójców z kosmosu, pomóc może tylko Danny Rand aka Iron Fist!

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl