Benedict Cumberbatch i pies w Sherlock 4x01.
Benedict Cumberbatch i pies w Sherlock 4x01.

Sherlock 4×01. Rozczarowanie

Trochę przesadzam z tym rozczarowaniem w tytule, bo żeby mówić o rozczarowaniu to najpierw trzeba mieć jakieś oczekiwania wobec czegoś, co potem rozczaruje (bądź nie). A ja po kolejnym sezonie Sherlocka i Sherlock 4×01 nie miałem żadnych oczekiwań. Lubię ten serial, na pewno wybija się na tle większości konkurencji, ale daleko mi do sherlockowego świra, a jeszcze dalej do bycia cumberbitchem :). Super, jeśli trafi się jakiś świetny od początku do końca odcinek, ale jak się nie trafi, to włosów z głowy nie rwę. Dlatego przeciętny poziom Sherlock 4×01 raczej nie nie zdziwił ani nie zmartwił. No jedynie trochę zanudził i uśpił (seans w niedzielę o 23:00 to słaby pomysł) i pozostawił z pytaniem: mają trzy odcinki na sezon, jak im nie szkoda tak marnować czasu na odcinek o żonie Watsona?

O czym jest Sherlock 4×01

Po szybkim rozprawieniu się z reminiscencjami poprzedniego sezonu, Sherlock Holmes wraca do tego, co lubi najbardziej. Deprecjonowania Watsona, robienia beki z Lestrade’a i szukania odpowiedniej dla swojego intelektu sprawy. I nałogowego tweetowania. W międzyczasie John i Mary zajęci są, choć nie do przesady, swoim świeżo urodzonym potomkiem, a Sherlock szuka, kombinuje jak się nie zanudzić, węszy i wzdycha z rozczarowaniem klienta z Notting Hill, który dowiaduje się, że w podróżniczej księgarence nie ma najnowszego thrillera Johna Grishama. WTEM pojawia się sprawa, która powinna Sherlocka zainteresować. Oto we wraku spalonego samochodu odnaleziony zostaje zwęglony szkielet należący do nieboraka, który z tego co wiadomo aktualnie spędza urlop w górach Tybetu (czy gdzieś tam). Żeby było ciekawiej, sekcja zwłok wykazuje, że młodzieniec zmarł przed tygodniem. Sherlock Holmes z ekipą żwawo rusza do domu rodziców chłopaka, gdzie zamiast jego (chłopaka :P) śmierci bardziej interesuje go kolekcja pamiątek z Margaret Thatcher. Szybko odkrywa, że jedna z jej statuetek została brutalnie rozbita jakiś czas temu. I to jeszcze bardziej wzmaga ciekawość Sherlocka.

Recenzja Sherlock 4×01

Być może (choć może i nie) będą SPOILERY, więc jakby co to żegnam przypominając, że Sherlock 4×01 był nudny.

No właśnie, Sherlock 4×01 okazał się strasznie nudny. Być może wynika to z faktu, że po Sherlocku spodziewałbym się jakiejś bardziej wesołej historyjki z ciekawą sprawą, której rozwiązaniu poświęconoby odcinek od początku do końca. Tymczasem Sherlock 4×01 bardziej przypomina odcinek serialu, który potem będzie miał jeszcze ze dwanaście odcinków czasu na przejście do sedna. Niby zaczęło się tak jak należy, szast prast i przeszliśmy do porządku dziennego nad zakończeniem trzeciego sezonu, a potem zamiast dojść do sedna odcinek rozlazł się w kierunku pomieszania tego co już było, z tym co może jeszcze będzie (Moriarty powraca co jakiś czas duchem niczym ta wisząca strzelba, ale na razie jeszcze nie wystrzeliła) i z wyjątkowo niepotrzebnym roztrząsaniem losów Mary Watson. Kogo, kurde, obchodzi montaż jej podróży po całym świecie? Chcieli doprowadzić do takiego a nie innego finału, serio, wystarczyło wspomnieć to i owo, poświęcić z dziesięć minut i do rzeczy. Tymczasem zleciała 1/3 sezonu i dalej nie wiadomo, czym to „do rzeczy” w s4 będzie (sądząc ze zwiastunów Toby Jones, który miga w Sherlock 4×01 na plakacie na jednym z przystanków). Biorę pod uwagę fakt, że być może w finale sezonu wszystko ładnie zaskoczy układając się w misterną całość. Ale może i nie. Na razie ja widz jest znudzony, a taki nie powinien być bez względu na to jak misterną układankę śledzi.

Problemem Sherlock 4×01, choć przyznam bez bicia, że być może tylko moim, jest fakt, że na kolejne sezony trzeba czekać tyle czasu. Myślałem, że aż rok, ale teraz sprawdzam i widzę, że aż dwa lata! (Jak ten czas szybko leci…). No i trudno, poczekam, ale naiwnością twórców jest oczekiwanie od widza, że przez dwa lata nie zapomni, co się tam poprzednio wydarzyło. Jakieś przekazanie pendrive’a i tego typu pierdy, kto to będzie pamiętał po obejrzeniu w międzyczasie siedmiuset filmów i nie wiadomo ilu odcinków innych seriali? Na pewno nie ja. A czasu (i chęci) na powtórkę brak. Wynika więc z tego, że Sherlock zupełnie stał się serialem dla jego zagorzałych fanów, ale już nie dla widzów, którzy chętnie Sherlocka obejrzą, ale nic im się nie stanie, jeśli nie. I z jednej strony to dobre podejście, bo po to się ma fanów, żeby dla nich coś robić, ale z drugiej wydaje mi się, że Sherlockowi posłużyłaby trochę większa uniwersalność i otwarcie na niedzielnego sherlockowego widza. W Sherlock 4×01 nie zauważyłem takiej otwartości, wręcz przeciwnie. Nie jesteś fanem Sherlocka to spadaj koleś.

Sherlockowi przeszkadza też jego geekowatość. Serial już tak bardzo chce być cool dla swoich fanbojów i fangirlek (choć powinienem raczej na fangirlkach chyba przystanąć), że czasem ciężko ten festiwal snobowatości oglądać. W trakcie seansu Sherlock 4×01 miałem wrażenie, że wlazłem w gaciach od piżamy na imprezę dla lordów w Pałacu Buckingham. Nic dziwnego, że nieswojo się czułem i może właśnie to jest jedyne rozwiązanie problemu „chciałbym, żeby mi się podobało, ale mi się nie podoba”: zostań lordem albo zgiń. Inna sprawa, że miałem wrażenie, że także i John Watson czuje się w Sherlock 4×01 podobnie do mnie.

Sherlock 4×01 jest jak dla mnie za poważny, momentami za szybki, szczególnie w stosunku do późniejszych zamulaczy (no tak, to już mogli poświęcić screen time Mary na trochę dokładniejsze przystanięcie nad rozwikływanymi z prędkością karabinu maszynowego kolejnymi błahymi dla Sherlocka sprawami – współczuję tłumaczom tych potoków słów połączonych z towarzyszącymi im na ekranie tekstami; w wersji z lektorem podejrzewam, że połowę treści umknęło, nie wiem jak bez) i znów zbyt absurdalny. W pogoni za efektownymi i pomysłowymi sprawami Sherlock 4×01 człowiekiem-fotelem po raz kolejny przekroczył granicę przesady. Nie zmienia to faktu, że serial dalej posiada swoje pozytywy, których żaden inny serial im nie odbierze (no co poradzić, Cumberbatch rulez), tylko jakoś od dłuższego czasu nie potrafi ich odpowiednio wykorzystać. Dajcie może napisać scenariusz komuś, kto nie pozuje na przewodniczącego Mensy, ale umie w rozrywkę?

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl