Outcast: Opętanie.
Outcast: Opętanie (2016)

Outcast: Opetanie 1×01, czyli To miasteczko Rzym się nazywa

Czy można wierzyć opiniom w necie? Zapytał wątpiąco Q, też przecież wygłaszający opinie w necie… Mam wątpliwości, choć jakaś część mnie chciałaby wierzyć, że można. Skąd te wątpliwości zamiast standardowego wstępu o niczym? Dużymi krokami zbliża się premiera serialu Outcast: Opętanie, który na stacji FOX będzie można oglądać już od 4 czerwca. Premiera poprzedzona niezłą akcją promocyjną. Niezłą, bo taką, o której usłyszałem 😉 za pośrednictwem blogów, których autorzy mieli okazję obejrzeć przedpremierowo bodaj kilka odcinków. A potem utrwaliłem sobie live-przedpremierą online na foksowym fanpejdżu (fajny pomysł swoją drogą – aktualnie pierwszy odcinek można też już obejrzeć właśnie tak i do tego kiedy się chce). Ważniejsze jednak w tych rozważaniach są te pierwsze opinie, w większości (o ile nie w całości) więcej niż pozytywne. Świetny serial, podnosi poprzeczkę i wyznacza granicę tego, co można pokazać na ekranie i takie tam. No generalnie cud, miód i orzeszki – nic więc dziwnego, że postanowiłem sprawdzić, jak jest naprawdę. I jakbym ciut inny serial oglądał.

Postanowiłem sprawdzić – słusznie się domyślacie, nie znalazłem się w gronie blogerów zaszczyconych przedpremierowymi pokazami, skoro sam musiałem sprawdzać. Oho, nie zaprosili go i narzeka, klasyka. Teraz się jeszcze żali, ale będzie udawał, że wcale nie. I jeszcze pyta, czy można wierzyć opiniom w necie, dowcipniś. Skomplikowana sprawa i każdy wierzy w to, co chce. A ja wierząc sobie, sam już nie wiem, czy można wierzyć też innym. Czy miłe połechtane ego w postaci zaproszenia nie sprawiło jednak, że serial podobał się bardziej niż powinien? Nie powinienem tak myśleć, w końcu mowa o blogach, które obserwuję, a nie obserwowałbym jakichś oszołomów. A jednak rozbieżność miedzy tym, co zobaczyłem, a wcześniejszymi opiniami jest zbyt duża, żeby nie doszukiwać się jakiejś spiskowej teorii dziejów. Bo miał być świetny serial, a w rzeczywistości jest tylko dobry. Przeciętnie dobry.

O czym jest serial Outcast: Opętanie

Bohaterem serialu jest mieszkający w małym miasteczku Rome koleś, który od czasu tragedii z jego rodziną w roli głównej nie wychodzi z mieszkania (w tej roli dorosły koleżka z Almost Famous – Patrick Fugit). Pewnego dnia odwiedza go siostra, która za punkt honoru stawia sobie wymycie braciszka i odkarmienie go. Jakby tego było mało, podstępem zwabia go do siebie na kolację, choć wie, że jej mąż nie darzy naszego bohatera – Kyle’a – sympatią. Kolacja oczywiście kończy się niewypałem, ale raz wyciągniętego z domu i wymytego Kyle’a zaczyna kusić otoczenie wokół domu. Dobrze się składa, bo jego pomocy potrzebuje miejscowy pastor walczący z najwyraźniej kolejnym przypadkiem opętania przez demona, do jakiego doszło w jego parafii. Ofiarą młody chłopiec rzucający na lewo i prawo inwektywami. I wychodzi na to, że Kyle jest w stanie coś zaradzić w tej sytuacji, z którą kiedyś miał już do czynienia.

Opinia o pilocie serialu Outcast: Opętanie

Przyznam się szczerze, że lekko przysnąłem w trakcie pilota. Co prawda było już późno, a ja byłem zmęczony, ale przecież późno to idealny czas do oglądania seriali grozy (się ich namnożyło ostatnimi czasy!) takich jak Outcast: Opętanie. Gotów jednak jestem zrzucić to lekkie przysypianie na karb zmęczenia właśnie i łaskawie założyć, że przez przyśnięcie mogło mi coś w fabule umknąć, co natychmiast sprawiłoby, że pilot zyskałby z przeciętnie dobrego do świetnego. Wątpię, bo to nie jest tego typu serial, w którym fabuła leci do przodu i zwodzi co pięć minut, ale możliwe.

Za serialem Outcast: Opętanie stoi Robert Kirkman, koleżka od The Walking Dead, czyli właściwy człowiek na właściwym miejscu, a nie jakiś przypadkowy nonejm. Podstawowe pytanie przed seansem brzmiało więc: co takiego wymyślił Robert Kirkman, żeby ugryźć typową historię opętania w ten sposób, by nie można było narzekać, że to już było? Z jakiej strony do niej podszedł, żeby nie kojarzyła się z Egzorcystą i jego klonami? Pilot na tak zadane pytanie odpowiada: Kirkman nie znalazł żadnego sposobu. I to jest podstawową słabością pilota Outcast: Opętanie. Małolat zostaje opętany przez szatana. Wije się w łóżku, wygina kości w nieprawdopodobny sposób, nawija językami obcymi i rzuca się w pościeli na widok księdza, a potem Kyle’a. Do interwencji wezwany zostaje właśnie ksiądz (najciekawsza postać pilota), który z Biblią próbuje zaradzić sprawie każąc demonowi wydostać się z ciała małego chłopca. Do akcji wkracza Kyle i tutaj dwie historie się zazębiają, ale nadal nie ma w Outcast: Opętanie niczego nowego, niczego świeżego, niczego niespodziewanego. Fabuła idzie jak po sznurku.

Outcast: Opętanie to nie tylko Robert Kirkman, ale też Adam Wingard, który z przytupem władował się w świat szeroko pojętego kina grozy (napięcia lepiej) i tempa nie zwalnia. Machnął You’re Next, machnął The Guest, niedługo machnie The Woods, a potem Death Note i I Saw the Devil, a w międzyczasie zatrzymał się na chwilę w telewizji. I zrobił co do niego należało w wyniku czego Outcast: Opętanie ogląda się dobrze i realizacyjnie nie ma tu czego zarzucić. Zimny, diaboliczny klimat zostaje szybko zbudowany sceną początkową, w której pojawia się trochę ciała i krwi, ale bez przesady. Potem szybko przenosimy się do zasyfionego mieszkania głównego bohatera z małej mieściny, by w końcu trafić do zaciemnionego pokoju, w którym odbywają się egzorcyzmy. Wingard zna się na swojej robocie i to widać. Ale nie spodziewajcie się tu żadnej sceny na miarę lunaparkowej rozpierduchy z The Guest.

Jest więc przyzwoicie, jest więc dobrze, ale nie jest wybitnie. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że nie ma w Outcast: Opętanie niczego takiego, co stawiałoby serial półkę wyżej nad każdą inną solidną telewizyjną produkcją, którą ogląda się dobrze, ale nie tęskni się za następnym odcinkiem. Czegoś, o czym można by powiedzieć: tak, historia oklepana, ale ta jedna scena rozbiła bank, a potem było już tylko lepiej! Przeciwnie. Całość równomiernie utrzymuje stały, bardzo dobry poziom. Ale przez to zahacza o monotonność.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl