Oscary 2016

Oscary 2016, czyli targowisko nudności

Dobrze, że przeczytałem gdzieś w necie, że jakieś Oscary były, bo z tego blogu bym się nie dowiedział tego 😉 Q, przespałeś Oscary, jak jarek wybuch stanu wojennego? Daj jakiś koment bo mi się światopogląd wywalił.

Tak mi napisał frank, a jako że nie wiem, jak zacząć ten wpis, to się posłużyłem i voila, wpis oskarowy już rozpoczęty. Otóż nie, nie przespałem ceremonii Oscary 2016. Wręcz przeciwnie, pierwszy raz od dłuższego czasu obejrzałem ceremonię rozdania Oscarów na żywo. Ba, zrobiłem nawet relację tekstową (o TUTAJ) i przepraszam, że nie dałem Wam o tym znać, ale wiecie, chory jestem jak pierun i nie wiedziałem co z tej relacji wyjdzie, więc jak już mieli być zawiedzeni to lepiej, żeby to byli fani Dody itp. niż Wy.

Quentin a Oscary

Nie mam nic do Oscarów, Wręcz przeciwnie, to jedyna nagroda filmowa, która coś dla mnie znaczy. Oscar to Oscar. Wypracowanie można by napisać o wpadkach Akademii, niedopatrzeniach, pominiętych twórcach, filmach i kichach, które dostały Oscara. Ale Oscar to Oscar. Nie szkodzi, że na Złotych Globach jest większy luz, na innych independentach coś tam, a gdzieś tam jeszcze coś. Kogo normalnego obchodzą jakieś Złote Globy? Oscary to Oscary! W moich oczach nic tego nie zmieni.

Przez długie lata śledziłem kolejne ceremonie oscarowe na żywo, czasem nawet bez oglądania, bo nie miałem gdzie. Zawsze byłoby mi żal, gdybym przespał tę noc, ale jakiś czas temu odkryłem, że to nic takiego. Wręcz przeciwnie – same korzyści. Ceremonie są nudne, mają przerwy, noc z niedzieli na poniedziałek to najgorsza możliwa noc na takie wydarzenie itd. Na drugi dzień na spokojnie sobie można poprzewijać, zobaczyć to, co najważniejsze, nie dać się ogłuszyć lektorowi, a nawet jeśli to przy powtórce jest czas na dopracowanie tłumaczenia, a nie wszędzie i nie zawsze jest okazja do tego, żeby zobaczyć ceremonię oskarową w języku oryginalnym. I od kiedy to odkryłem, gdzieś tak z ostatnich pięć ceremonii przespałem, a następnego dnia sam sobie kciuk do góry w lustrze pokazywałem, bo tak, znowu były nudy! Ale w tym roku…

Oscary 2016 moim (Quentina) okiem

…to chyba pobiły rekord świata nudności. Serio, serio! Nie wydarzyło się absolutnie NIC, a wydarzeniem wieczoru była piosenka zaśpiewana przez Lady Gagę przy fortepianie. No szał po prostu ekstrawagancji! A oglądałem twardo od 23:30, kiedy rozpoczęła się transmisja z Czerwonego Dywanu, do po szóstej, gdy Chris Rock wyszedł, powiedział cześć i ceremonia się skończyła. Kilka godzin transmisji i totalnie nic ciekawego. Cóż za wyczyn!

Niezapomniane przemowy? A skąd. Ktoś przeskoczył po krzesłach, złapał zająca na schodach, czy poleciał w ślinę z Halle Berry? Nikt nawet nie spróbował. Każdy jeden laureat grzecznie wszedł na scenę, podziękował i poszedł. Ekipie, rodzinie, żonie, to niezapomniany wieczór ble ble. Nawet specjalnie nie trzeba ich było przeganiać muzyką, bo czas się skończył. Chyba tylko Inarritu „przekroczył” muzyczkę tak znacznie, że znudziło jej się grać. Reszta jak według nieznanej nam instrukcji „przekrocz muzyczkę, a zastrzelimy ci kota”. Cóż za nudne te dzisiejsze gwiazdy!

Zachodzę w głowę na co był im (autorom ceremonii) ten czas, który tak skrupulatnie wydzielali zwycięzcom? Przecież nic specjalnego nie zaplanowali, żeby się tym pochwalić. Wstęp Rocka – nuda bez pomysłu. Parę dobrych żartów, ale o połowę za długo. Żadnych śpiewów, blichtru, podśmiechujek z nominowanych – dziesięć minut o rasizmie. Potem jeden montażyk filmów (też o rasizmie) i… koniec atrakcji, które można by wspominać. Pewnie ten czas na przerwy reklamowe poszedł – tu pół minutki dłużej, tam pół minutki dłużej, człowiek który zarywa noc nawet się nie zorientuje.

Same decyzje Akademii przenudne według bukmacherskiego sznureczka, choć tutaj to już wina słabych filmów w tym roku (nie że słabych, słabych, ale jednak żadnego arcydzieła, ot bardzo dobre filmidła, które w innych latach nie miałyby szans). Żaden Oscar z tego względu nie zaskoczył z wyjątkiem tego dla Rylance’a w filmie, którego jakakolwiek nominacja była nieporozumieniem. Szkoda, że akurat Sly wszedł dzięki temu na kupę, bo on na Oscara to już nigdy raczej szansy mieć nie będzie. A w Creedzie akurat zasłużył. Cała reszta Oscarów nie wymaga komentarza, ot nudne wybory w nudnym roku na nudnej ceremonii. Najlepszy film? Leciutkie zdziwienie, ale tylko tyci tyci. Spotlight wygrał dzięki tematowi, jaki podjął – tylko i wyłącznie. Taki to rok był, że wystarczyło chwycić kontrowersyjny temat, a sam film już wybitny być nie musiał. Zdania o Spotlight są różne, ale chyba najlepszym jego wyznacznikiem jest fakt, że najlepszy film roku zdobył już tylko jeszcze jednego Oscara za scenariusz.

Oscary 2016 w Canal+

Pierwszy raz w życiu oglądałem Oscary na Canal+ i… tragedia. Symultaniczny lektor to po prostu porażka. Nic nie przetłumaczy, oryginał zagłuszy – w efekcie nic nie wiesz, co zostało powiedziane, bo chcesz coś usłyszeć, a dostajesz kakofonię. Dlaczego tego dziadostwa nie można wyłączyć? Kto chce niech się męczy, kto nie chce niech się nie męczy! I tylko lektora szkoda, bo przecież każdy głupi wie, że monologów Chrisa Rocka na bieżąco nie przetłumaczysz, choćbyś był mistrzem świata. Powtarzasz pierwszy żart, dwóch następnych nie dosłyszysz, nie daj Boże zawiesisz się w trakcie tłumaczenia i coś ci umknie. W tym wypadku lektor usprawiedliwiony, choć nie brakło wpadek typu: „A teraz na scenie nominowana do Oscara Sacha Baron Cohen!”.

W świetle lektora, którego nie można wyłączyć, cała reszta problemów już blednie. Powiem szczerze, że choć modne jest teraz jeżdżenie po Wendzikowskiej (oj, jak ona mnie wkurza! :P), to jakoś wyjątkowo mi tych Oscarów nie zepsuła. Ze wskazaniem na wcale. No ale może nie za bardzo słuchałem co oni w tym studio gadali, bo miałem to w nosie.

Oscary 2016 – jedyna, godna zapamiętania kwestia

Jedyny wart uwagi moment trwał może z minutę. Dość długo jak na moment w sumie ;). Był to fragment monologu Chrisa Rocka, który warto oprawić w ramkę i powiesić na ścianie gdzieś tam. Nie będę szukał, jak to leciało dokładnie, z głowy wyjmę, ważny sens. Uwaga! „Nie wszystko to rasizm! Nie wszystko to seksizm! Dziennikarze dostali wytyczne, by pytać aktorki o coś więcej, nie tylko o to, co założyły na galę. Bo aktorzy nigdy nie dostają takich pytań. Nie dostają, bo każdy ubiera się tak samo! Spodnie, marynara, wio. Zaręczam, że gdyby George Clooney wepchnął sobie w tyłek pawie pióra, to ktoś zaraz by go zapytał: Hej, George, co ty założyłeś na galę?!”.

Reasumując, i nie będzie to żadne odkrycie dnia, ceremonii rozdania Oscarów oglądać nie ma sensu, bo to kwintesencja nudy.

Wracam do chorowania, nie wiem jak będzie z notkami w najbliższych dniach, odrzuca mnie od myślenia.

7 odpowiedzi

  1. Quentin

    A nie chce mi się już notki edytować, więc tu dodam, że zapomniałem jeszcze o jednym zawodzie – braku Oscara dla Cartera Burwella za muzykę w „Carol”. Ennio Ósemką nie zasłużył!

  2. Mnie z nagrodzonych najbardziej podobało się zachowanie odbierających nagrody za Mad Maxa – świetni, pozytywnie zakręceni ludzie, jakby z zupełnie innego świata się urwali np. Jeanny Beavan.
    http://www.youtube.com/watch?v=63ib5Pv1Tp8
    Zwróćcie uwagę na reakcje Innaritu i tego siwego gostka z tyłu.

  3. frank drebin

    No, jest nareszcie notatka, całe 4 dni trzeba było czekać od tego 28 lutego 😉

    A tak na poważnie to sama ceremonia mi zwisa, ot takie towarzystwo wzajemnej adoracji, wymuszonych żartów i wyszczerzonych amerykańskich uśmiechów. Choć przyznać trzeba, że tam szczerzą się Gwiazdy a u nas celebryci.
    Wygrana Spotlight nie zaskoczyła mnie, bo tak typowałem. Typowałem nie ze względu na super film (bo był bardzo przeciętny) a przez kolejną okazję dokopania Kościołowi katolickiemu. Po prostu syndrom czasów w których żyjemy. Film o imamach dymających małe dziewczynki byłby niepoprawny politycznie i „śmiertelnie” ryzykowny.
    Sam obstawiałem pomiędzy Room a Revenant, fifty-fifty. Oba filmy są znakomite, w obu postacie pierwszoplanowe też zagrały znakomicie a mały z Room to prawdziwa masakracja, jak mawiają gimbusy. Nominację Mad Maxa uważam za nieporozumienie, ze względu na rodzaj filmu. Jakoś wyczuwam tu potężny dysonans – Oscary i napierdalanka? Co dalej, jakiś slasher?

    No i cieszy mnie cholernie, wreszcie Oscar dla diKarpia. Uwielbiam go, nie pamiętam jego słabej roli ani słabego filmu. Taki sam sentyment mam do scjentologa, Tomka Kruza

  4. Ennio Ósemką może i nie zasłużył, ale zasłużył 50 innymi pracami, które Akademia ochoczo pomijała przez lata, a jak już jej się zdarzyło coś nominować to nie była łaskawa przyznać temu Oscara, a w przypadku Misji jest kompletną żenadą z jej strony. Zatem można to potraktować jako małą rehabilitację, a 87-letni Ennio w końcu nie na darmo ledwo żywy dotarł za ocean by jakiś gówniarz Burwell miał dostać nagrodę. Come on, bądźmy poważni, towarzyszu i cieszmy się z tego, skoro wg Ciebie faktycznie ma ta nagroda jakąś wartość. A Burwell do 80-tki ma jeszcze trochę czasu więc spokojnie.;P I tak pierwszy w kolejce Newman, ale współpracując ze Spielbergiem to dziś już daleko nie zajedzie. Chyba, że jak Rylance, na nagrodę „pocieszenia” się kiedyś załapie.

  5. Moim zdaniem już samym kawałkiem z początkowej sceny Ennio zostawił w tyle konkurencję. Sama ścieżka dźwiękowa w filmie nie przebija się często na pierwszy plan, ale jak to robi, to wgniata w fotel.

  6. Koper, za te 50 innych prac Ennio dostal juz zdaje sie Oscara za caloksztalt pare lat temu.

  7. Ale honorowy Oscar to nie to samo… 😛 Poza tym to nadal nie wystarczająca rekompensata. A o pracy Burwella (no, ładna muzyka, ale nie przesadzajmy w zachwytach) za parę lat będzie pamiętać jeszcze mnie osób niż o wielu filmach, które Oscara zwyciężały, pokroju Operacji Argo czy innego 12 Years a Slave (zresztą Spotlight pewnie też w tym gronie skończy).

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl