Serialowo, s08e02. Making a Murderer, Gomorra, The Flash, Legends of Tomorrow
Serialowo, s08e02

Serialowo, s08e02

Z okazji ważnego serialowo dnia zapraszam na kolejny odcinek Serialowa – Serialowo, s08e02. A dzień ważny, bo do telewizji po latach wracają Mulder i Scully. Ale nie o nich tu dzisiaj będzie, bo raz: nigdy fanem The X Files nie byłem i widziałem w całości może ze trzy odcinki tylko, a dwa: muszę i tak poczekać z seansem na Aśka. Będzie więc o innych serialach. I choć, jak zawsze w Serialowie, będę się starał unikać spoilerów, to naiwnością byłaby wiara w to, że ich nie będzie. Tak więc uważnie sprawdzajcie o jakim odcinku/sezonie piszę i jeśli jeszcze go nie widzieliście, to wszystko co dalej już na Waszą odpowiedzialność jedynie. Ja umywam klawiaturę.

Serialowo, s08e02

Gomorra, sezon 1

Skończyłem w końcu długo odkładany pierwszy sezon i jestem więcej niż zadowolony. Nie zachwycony, ale zadowolony. Poziomu fajności Suburra nie osiągnął, ale zdecydowanie bardziej podobał mi się od filmowej wersji Gomorry (niepowiązane ze sobą niczym poza tytułem i włoską kamorrą). Jednak co więcej czasu na opowiedzenie wszystkiego jak należy to więcej czasu.

Gdyby ktoś nie wiedział, bohaterami Gomorry jest neapolitańska rodzina mafijna, którą twardą ręką rządzi Don Pietro. Jego metody działania nie zawsze podobają się podwładnym, wśród których największe wątpliwości zaczynają wzbierać u niejakiego Ciro. Nie ma za dużo czasu na myślenie, bo właśnie trwa walka o wpływy, terytorium itepe z inną mafijną rodziną, a to zawsze oznacza całe fury trupów i tego typu przygody. Sytuacja się komplikuje, gdy Don Pietro trafia do więzienia, a kandydatami do chwilowej schedy po nim są żona Donna Imma i cipowaty syn Gennaro.

Wśród zachwytów dotyczących Gomorry najczęściej powtarzają się te dotyczące ponurego i brudnego realizmu opowiadanej historii i nie sposób się z nimi nie zgodzić. Neapol w Gomorze wygląda brzydko i syfiaście, a w takim otoczeniu opowieści o zbrodni i karze zawsze nabierają dodatkowego blasku. Nie ma tu miejsca na słodkie bajeczki i szczęśliwe zakończenia i to jest największą siłą serialu, który ogląda się znakomicie, jeśli tylko lubi się takie surowe klimaty i ma się odporność na tę włoską mentalność mafijną, o której pisałem przy okazji Suburry. Tu znakomicie podkreślana jest też przez bazarowo-cygański gust głównych bohaterów.

Ale taką ramę do telewizora to sobie muszę koniecznie strzelić.

Posted by Q-Blog on 13 styczeń 2016

.
Osobiście trochę jestem niezadowolony z końcówki, bo życzyłem Cirowi powolnej śmierci, no i nie ukrywam, że jestem fanem Genniego, odkąd chłopaczyna na pełnej kurwie wrócił z Hondurasu, czy gdzie tam był na wywczasach. Z tego punktu widzenia ostatni kadr pierwszego sezonu mi się akurat spodobał, choć z tego co czytam, właśnie on wymieniany jest przez wielu jako najsłabszy element całego serialu. Cóż, mnie nie przeszkodził.

Making a Murderer, sezon 1

Tak na wyrost ten „sezon 1” napisałem, bo jeśli nawet sezon 2 kiedyś powstanie, to raczej nieprędko. Tak czy siak autorki filmu zdaje się nie zaprzestały zbierania materiałów, które kiedyś tam mogłyby użyć.

Piszę o Making a Murderer, bo właściwie to napisałem jedynie recenzję czterech odcinków i nie podzieliłem się ze światem resztą wrażeń. Nadrabiam zatem, choć raczej w dwóch słowach. O Making a Murderer i tym, co się dzieje wokół niego po zakończeniu emisji można by napisać sporo, ale to raczej temat na osobną notkę, do której się przymierzam.

Zatem tak, całościowo Making a Murderer podobał mi się bardzo, jak to przystało na serial dokumentalny dla fana filmów dokumentalnych, ale już nie tak bardzo jak po czterech pierwszych odcinkach. Od połowy sezonu myślę, że spokojnie można by wyciąć z jeden odcinek albo i dwa bez straty za serialu. To co na początku charakteryzowało się szybkimi zwrotami akcji i niespodziewanymi zakrętasami zamieniło się w momentami nudniejsze fragmenty przesłuchań czy rozpraw. Oczywiście nijak w tym winy autorek filmu, które wzorem pozytywistycznym tylko postawiły kamerę i czekały co się nagra.

No właśnie, czy do końca tak było? Sądząc po reakcjach na serial nie do końca, a owe autorki potraktowały temat typowo, czyli pod z góry założoną tezę niewinności Avery’ego. I jeśli wierzyć owym reakcjom to zataiły trochę niewygodnych tezie faktów. Co jednak nie zmienia faktu, że nawet jeśli serial obarczony tymi wątpliwościami nie jest już dziełem potwierdzającym w 100% niewinność bohatera, to jest dziełem pokazującym to, w jaki sposób wszelkie absurdy prawne i zwykłoludzkie wypaczają pojęcie sprawiedliwości i tego, że jesteś niewinny dopóki nie udowodnią ci ponad wszelką wątpliwość winy. A czy Avery jest winny czy nie, to bez dwóch zdań jest w jego sprawie wiele wątpliwości, które moim zdaniem sędziom i prokuratorom powinny spędzać sen z powiek.

A tu jeszcze mały bonusik do sprawy, jeden z wielu bonusików, jakie pojawiły się w ostatnich tygodniach. Do obejrzenia tylko po zakończeniu serialu.

Legends of Tomorrow, 1×01

Na fali popularności superbohaterskich seriali stacja CW zebrała do kupy parę pomniejszych postaci przewijających się w ich superbohaterskich produkcjach i wpakowała je do jednego serialu. Nie chce mi się wymieniać wszystkich, bo jest ich sporo (a jak wymienię to zupełnym przypadkiem), ale jest wśród nich wprowadzona niedawno na potrzeby Legends of Tomorrow do Flasha Hawkgirl i jej kochaś Hawkman (nie mylić z Gene’em Hackmanem), są Michael Scofield i Lincoln Burrows, dwóch Firestormów, popłuczyna po Iron-Manie – Atom oraz Biały Kanarek. Dużo tego, trochę za dużo jak na jeden serial, gdyby ktoś mnie pytał.

Zaczyna się od pojawienia niejakiego Ripa Huntera. Koleżka przybywa z dalekiej przyszłości niszczonej przez Vandala Savage’a (poznaliśmy go nie tak dawno temu w podwójnym odcinku The Flash/Arrow) i prosi wyżej wymienioną ekipę o pomoc. Jak widać, Rip potrafi poruszać się w czasie, więc plan jest prosty – zbierze ekipę, cofnie się do odpowiedniego momentu w czasie i razem pokonają nie w pełni potężnego Vandala (koleżka im starszy tym potężniejszy). Ekipa z grubsza się zgadza i ruszają od razu do lat 70.

Chyba nie polubimy się z Legends of Tomorrow. Sporo w nim dobra, ale mam wrażenie, że o wiele za dużo. Spokojnie wystarczyłby serial z dwoma trzema postaciami będącymi w stanie poruszać się w czasie, opowiadający ich przygody na różnych płaszczyznach czasowych dające nieograniczone możliwości. A zapanowanie nad ośmioma superbohaterami plus pewnie niezliczonymi cameosami w przyszłości to zbyt duże zadanie do ogarnięcia – nie ma na to czasu w wyniku czego taki np. Lincoln Burrows jest totalnie zlanym przydupasem bez żadnej specjalnej mocy ani inteligencji, który w normalnych przypadkach nie przeżyłby starcia z byle metaczłowiekem. A cała reszta postaci jest ledwie ryśnięta jakąś jedną konkretną cechą, która od czasu do czasu się przyda. Ot taka zbieranina w serialu zaplanowanym zapewne ze stoperem. Teraz pięć minut akcji, teraz pięć minut dziwienia się jakie to śmieszne te lata 70., teraz pięć minut ckliwości, teraz pięć minut żarcików, żeby nie było za poważnie i znów pięć minut akcji.

Obstawiam, że finalnie pozostanę jedynie przy Flashu. Choć jeszcze tli się nadzieja, że ten pierwszy odcinek wprowadzający musiał taki być, aby szybko ustalić co i jak (nie każdy ogląda The Flash/Arrow, żeby z miejsca być w temacie, a przecież Legends of Tomorrow z pewnością nie pogardzą nowymi widzami) i przejść do konkretów.

The Flash, 2×10

Tak, napisałem wyżej, że pozostanę przy The Flash, ale nie da się ukryć, że wynudziłem się mocno na tym odcinku po świątecznej przerwie. W zasadzie to już nie pamiętam nawet o czym był i chciałem sobie szybko przypomnieć, ale nie wyszło.

Komplikują sprawy tam, gdzie ich nie powinni komplikować. Te całe rozkminy Barry’ego: powiedzieć Patty czy nie powiedzieć, że jest Flashem, na co to, po co to. Przerabiał to już z tą blogerką jak jej tam i teraz znowu. A przez to też dodatkowo robią z niego kompletnego idiotę, co raz, drugi czy trzeci jeszcze można tłumaczyć roztargnieniem lub uroczą safandułowością, ale im dalej tym gorzej. Wzięliby się za konkrety, a nie truli dupę. Zresztą, nie wiedzieli zapewne jak to rozwiązać, więc poszli po linii najmniejszego oporu i odeślą Patty na bok. Dobrze, będzie można wrócić do konkretów.

I ten cały Żółw z dziwną mocą, której chyba nawet twórcy nie rozumieją do końca. Flash się nie mógł ruszyć z miejsca, ale głową już spokojnie mógł ruszyć. Itp. Moce powinny być proste. Potrafi przyjebać – i widownia rozumie, że trzeba unikać ciosu w ryj.

I jeszcze ten cały Eobard na końcu… Obawiam się, że po takiej przerwie od serialu chyba troszkę się pogubiłem.

Dobra, to nie wszystko o czym miałem pisać (został m.in. mój osobisty faworyt The 100, który w końcu powrócił, juppi!), ale na tym na razie poprzestanę, bo za chwilę 20.00 i tyle rzeczy do wyboru w telewizji, że nikt nie będzie wtedy notek czytał! 😛

3 odpowiedzi

  1. A o 2 serii Fargo nic? Chyba że przegapiłem i omówiłeś wcześniej po skończeniu sezonu całość.

  2. Korekta obywatelska
    Gomorra
    …nie sposób się z nimi NIE zgodzić…
    Baaaardzo rzadko, o ile w ogóle, zdarzają ci się nawet literówki więc z tym większą przyjemnością poprawiam 😉

  3. Quentin

    @michax
    Nie, nie, nie przegapiłeś. Miało być w tym odcinku, ale już dziewiętnasta była :). Będzie w następnym.

    @adamski
    Dziękować! :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.