Kinowe premiery weekendu 08-10.01.2016.
Kinowe premiery weekendu 08-10.01.2016.

Poszedłbym, odc. 105

Przed nami całkiem mocny kinowy weekend, więc od razu przechodzimy do rzeczy.

Kinowe premiery weekendu 08-10.01.2016

 

Creed: Narodziny legendy [Creed] (2015) Poszedłbym 

Zaczynamy od murowanego pewniaka, którego ominięcie w kinie byłoby grzechem. Nawet gdy widziało się go już na screenerze :P. Losy polskiej premiery wahały się do ostatniej chwili, ale ostatecznie dystrybutor zdecydował się puścić Creeda do kin i słusznie. Bo wszystkie zadowolone recenzje filmu Ryana Cooglera nie są przesadzone.

Creed to pierwszy film, którego jednym z bohaterów jest Rocky Balboa, do którego scenariusza nie napisał Stallone. Tę przyjemność oddał reżyserowi i… Cóż, myślę, że akurat wielkiej różnicy by nie było, gdyby Sly napisał go sam. To pochwała dla Cooglera, bo idealnie wstrzelił się w klimat serii. Zaczynając coś nowego i kończąc coś, co pokochało wielu z nas. I choć to nadal „tylko” film o boksie i wiadomo, czego się po nim spodziewać – nie będą to dwie godziny zmarnowane na kino. Obiecuję. Ostrzegam jedynie widzów wychowanych na pierwszych częściach Rocky’ego – scena na cmentarzu (spokojnie, żaden spoiler) to jedna z najsmutniejszych i najbardziej nostalgicznych rzeczy, jakie zobaczycie w tym roku w kinie.

Moje córki krowy (2015) Poszedłbym 

Zewsząd płyną pochwały pod adresem tego filmu i zwiastun nie daje żadnych argumentów, aby w nie wątpić. Pomarańczowe ubezpieczenie jest jednak konieczne, bo po pierwsze to polski film, a po drugie nienawidzę takich tytułów! Nienawidzę szczerze. Choćby to był najlepszy film na świecie, tytuł Moje córki krowy mnie odrzuca.

Wyrokować trudno, bo Kinga Dębska – reżyserka i scenarzystka Moich córek krów – do tej pory tworzyła głównie seriale telewizyjne i filmy, których nikt nie oglądał. Wiele wskazuje więc na to, że Moje córki krowy po prostu jej przypadkiem wyszły i należy przejść nad tym do porządku dziennego. Arcydzieła nie będzie, ale dobre aktorki (i aktorzy też nieźli) raczej mają tu co do zagrania i tę okazję wykorzystali.

Point Break – na fali [Point Break] (2015) Poszedłbym 

Miałem dać Nieposzedłbyma, zresztą narzekałem tu już na tę nową wersję klasycznego Na fali (no dla mnie klasyczny), ale, kurde, sympatyczny ten zwiastun, który do obejrzenia niżej. W myśl filmu XXI wieku wszystko musi tu być lepsze niż w oryginale i jeśli tam pływali na deskach i skakali ze spadochronem, to tu jeszcze będą jeździć na nartach po lawinie i skakać motocyklami po Wielkim Kanionie, ale naprawdę ładnie powinno to wyglądać na dużym ekranie. Szkoda tylko, że najwyraźniej bolało ich (twórców remake’u) jeszcze to, że oryginalna ekipa Bodhiego jednak była skurczysynami, a tu jakichś filantropów z nich robią. Nie wiadomo po co.

Las samobójców [The Forest] (2016) Nie poszedłbym 

Na wszystko iść nie mogę, więc coś musiało się w końcu nadziać na Nieposzedłbyma. Kategorycznie filmu nie przekreślam, bo zwiastun ma swoje plusy, ale wśród nich jest jeden najpoważniejszy minus. Kurde, prawdziwy las samobójców, o którym jest mowa w filmie, ma wystarczająco ponury klimat i naprawdę nie potrzeba dorzucać do niego jakichś duchów i innych straszydeł. Trochę szkoda, że „wykorzystano” go tylko do czegoś, co wygląda na horror jeden z wielu. Horror, w którym Natalie Dormer będzie szukać swojej siostry.

Joy [Joy] (2015) Nie poszedłbym 

Trochę oszukałem z kolejnością filmów, bo czekałem z opinią o Joy, aż go (ją) obejrzę. I teraz gdybym chciał go umieścić gdzieś wyżej, to musiałbym też zmieniać opis Lasu samobójców, gdzie jest info o pierwszym tegoweekendowym Nieposzedłbymie. Bo pierwszy, i to bardzo mocno czerwony, byłby teraz dla Joy. Dobra #nieistotne.

Być może jestem uprzedzony do a). filmów Davida O. Russella; b). filmów z Jennifer Lawrence i Bradleyem Cooperem – i to wpływa na moja opinię o Joy. Która jest bardzo niedobra. Tak niedobra, jak niedobry jest najnowszy film Russella. Postaram się jakoś szybko machnąć reckę, więc nie będę się teraz rozpisywał. Napiszę tylko, że jak dla mnie to 5/10. Ani tu komedii, ani dramatu, ani nic. Dla jednej sceny raczej nie warto czasu marnować na całość.

Swobodne opadanie [Szabadesés] (2014) Nie poszedłbym 

Konkurencji ta węgiersko-francusko-południowokoreańska produkcja nie wytrzyma, więc werdykt mógł być w zasadzie tylko jeden, ale powiem szczerze, że gdyby nie to „surrealistyczny” w cytowanej opinii bodajże Sobolewskiego to miałbym trochę wątpliwości. A tak to luz, bo nie przepadam za surrealistycznym kinem, z którego zwykle nigdy nic nie wiadomo i nic sensu mieć nie musi, wszak jest surrealistycznie.

Poza tym wygląda ciekawie, a nowelowa budowa to zawsze plus, bo nawet jak jedna nowela cię znudzi, to zawsze kolejna może być ciekawa i tak film leci. Inna sprawa, że zdaje się w domu można go już obejrzeć, więc tyle kariery Swobodnego opadania w polskich kinach.

Operacja Arktyka [Operasjon Arktis] (2014) Nie poszedłbym 

Po co zabierać dzieci na film familijny, gdy w ten weekend można zabrać dzieci na „nowego Rocky’ego”? :).

Dubbing w zwiastunie brzmi okropnie, poza tym i tak opowiedzieli już w nim wszystko (w zwiastunie, nie w dubbingu :P), więc można śmiało wciągnąć go na listę obejrzanych w tym roku filmów. Nie znajduję żadnych plusów poza co najwyżej sympatycznymi widoczkami i fajnym miśkiem. A zapominając o nich zostanie film wpisujący się w moją starą, poszedłbymową teorię: oto pozycja europejskiego kina familijnego, którą dystrybutorzy muszą kupić w pakiecie z jakimś innym, interesującym ją filmem. Tak myślę.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.