Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!
recenzja pilota serialu Fear the Walking Dead
Fear the Walking Dead (2015)

Recenzja Fear the Walking Dead 1×01, czyli Los Angeles, mamy apokalipsę!

Choć słowo „zombie” po raz pierwszy pojawiło się w słownikach języka angielskiego w 1819 roku, to dopiero publikacja w Harper’s Magazine z 1889 roku sprawiła, że żywe trupy zadebiutowały na nieco szerszą skalę. Pochodzący z Grecji antropolog Lafcadio Hearn opublikował tam krótki artykuł pod wiele mówiącym tytułem „Kraina Powracających” („The Country of Comers-Back”). Opisał w nim swoją podróż na Martynikę, na której to wyspie badał lokalne zwyczaje i folklor. A wśród wielu opowieści natknął się także i na te o zmarłych powracających zza grobu. Minęło prawie 130 lat, zombiaki ciągle mają się dobrze.

Na początku był The Walking Dead

Dobrze się też składa, że jednym z bohaterów Fear the Walking Dead jest profesor literatury angielskiej, bo jako taki powinien szybko rozkminić co w trawie piszczy. A piszczy coraz więcej przypadków nienaturalnego zachowania ludzi, którzy wbrew logice uparcie atakują żywych. Choć z drugiej strony trzeba oddać profesorowi sprawiedliwość, że same zombiaki diametralnie zmieniły się od czasu swojego pierwszego pobytu na łamach artykułu Hearna. To już nie powracające do życia niekumate stwory przywrócone światu zaklęciami voodoo, a wciąż niekumate, ale wskrzeszone bez udziału dziwnych proszków i haitańskich piosenek. Może więc nasz profesor nie być taki prędki do oczywistej diagnozy: Hej, wiem, czytałem o tym w książkach. To są zombie!

Nie ma nic dziwnego w fakcie, że popularny serial, jakim jest The Walking Dead pociągnął za sobą kolejne produkcje (wcześniej wychwalana pod niebiosa gra komputerowa). W sytuacji, gdy coraz ciężej o oryginalne pomysły, trzeba sobie radzić w inny sposób. Gwoli kolejnej sprawiedliwości nie zajęli się tym na szczęście jacyś przypadkowi ludzie, a autor oryginalnego komiksu o żywych trupach Robert Kirkman. Napisał on scenariusz, w którym wyjaśni nam jak się to wszystko zaczęło. Co spowodowało, że mieszkańcy Los Angeles zaczęli powracać do żywych, a w efekcie jeden taki gliniarz leżący w śpiączce w szpitalu w Atlancie obudzi się za jakiś czas i lekko się zdziwi widząc świat, w jakim od teraz przyszło mu żyć.

O czym jest Fear the Walking Dead

Bohaterami Fear the Walking Dead jest rodzina 2+2+2, w której na nudę nie można narzekać. Ona (chyba psycholożka szkolna) ma dwójkę swoich dzieci, on (ww. profesorek) jednego syna, który aktualnie mieszka z matką. Właśnie jemu nie podoba się, że ojciec opuścił rodzinę i związał się z nową. Ojciec próbuje doprowadzić sytuację do porządku, ale chwilowo musi zająć się problemami syna swojej partnerki. To drobny narkoman, który właśnie cudem uciekł z masakry w narkotykowym skłocie i który próbuje przekonać – niezbyt usilnie – że jego martwa dziewczyna zagryzła resztę kompanów. Trop podejmuje profesor i z żalem musi przyznać, że coś jest na rzeczy. Tymczasem w brzmiącym szczekaniem psów, kogutami karetek i śmigłami policyjnych helikopterów Los Angeles coraz więcej ludzi zaczyna chorować na grypę. A gdy do Internetu przecieka pewne wstrząsające nagranie, zaczynają się pierwsze poważniejsze objawy paniki.

Fear the Walking Dead – opinia

Zapowiedział Robert Kirkman, że jego nowy serial w przeciwieństwie do uznanego już hitu (generalizuję na potrzeby wpisu; wiadomo, że wielu już dawno dało sobie spokój z The Walking Dead, co mnie osobiście dziwi, jeśli miało to miejsce później niż w trzecim sezonie) nie będzie się skupiał na masakrowaniu zombiaków, a pochyli się bardziej nad relacjami między ludźmi. I rzeczywiście tak właśnie jest, choć nie sposób uciec od masakrowania zombiaków. Ledwo się skończy pilot, a już epidemia jest praktycznie w stadium rozwoju na całego i zapewne zdeterminuje ww. relacje międzyludzkie. Czytaj: „A powinnam była słuchać matki, jak mówiła, że jesteś beznadziejny! Nawet bezpiecznej piwnicy nie umiesz znaleźć!”.

Można więc troszkę między bajki włożyć opowieści Kirkmana, choć oczywiście różnica między Fear the Walking Dead i The Walking Dead jest wyraźnie widoczna. Zombiaków jest mniej, zdrowych ludzi więcej. Beznadziei sytuacji właściwie nie ma żadnej, bo przecież przyjdzie wojsko i uspokoi sytuację, prawda? Wiemy, że tak nie będzie, co nie pomoże w emocjonowaniu się serialem.

Szału więc nie ma, bo chyba raczej być nie może. Łatwo zrozumieć decyzję o kręceniu spin offa, ale nic nie wskazuje na to, żeby nowy serial był na tyle oryginalny, żeby czymkolwiek zaskoczyć. Opowieści o zombiakach było już dużo, a to kolejna z nich. Z tą różnicą, że bardziej spokojna od masakry czynionej przez Daryla, Carol i kolegów. Stawiająca na klimat zagrożenia i niepewności, przyglądająca się początkom czegoś, co już wiemy, że będzie apokalipsą. Zupełnie niezaskakującym początkom, chyba, że w dalszych odcinkach się zdziwię.

Ogląda się to przyzwoicie, ale jakichkolwiek większych pochwał być nie może. Zamiast wciągnąć się bez reszty w fabułę, widza denerwuje kiepski aktor w roli syna-ćpuna czy niemożność odpowiedzi na pytanie: Czemu za śledztwo wziął się profesor literatury angielskiej do pary z panią psycholog? W normalnym świecie (normalnym zombieświecie) nie wyszedłby raczej żywo ze skłotu, a nawet jeśli, to miałby trochę oleju w głowie, żeby potem już przekazać pałeczkę policji. Ochrona ćpunka, który daje w żyłę od przedszkola jest raczej słabym wytłumaczeniem.

„Podobało” mi się też lajtowe przyjęcie przez mamę faktu, że syn narkoman ledwo uszedł śmierci. Podłączą mu kroplówkę i wszystko będzie dobrze. No ale może się przyzwyczaiła.

PS. Chyba jakieś bardziej wytrzymałe są te pierwsze zombiaki w porównaniu do tego, co będzie dużo potem. Ale w końcu mają łatwiejszy dostęp do żywności.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.