plansza tytułowa serialu Detektyw True Detective
"True Detective" (2015)

Dorównać oryginałowi – True Detective 2×01

Od kilku dni Internet przemawia właściwie jednym głosem – drugi sezon Detektywa to małe rozczarowanie i „kontynuacja”, która nie dorównuje pierwszemu sezonowi. Oczekiwania były duże, ale niestety, choć dostajemy niezłą telewizję, to jednak nie jest to, na co wszyscy czekali. Tyle Internet. Szkoda tylko, że jeden odcinek to trochę za mało, żeby wysnuć aż tak daleko idące wnioski. Spokojnie, dajmy się drugiemu sezonowi Detektywa rozkręcić.

No dobra, niektórzy widzieli już trzy odcinki :P. Łotewer, ogarnijcie się, od cudów to był ten Pan co dwa tysiące lat temu chodził po wodzie.

Podstawowy problem drugiego sezonu Detektywa wydaje się być taki, że po pierwszym sezonie nikt nie oczekiwał niczego wielkiego, natomiast po sezonie numer dwa wszyscy oczekują nie wiadomo czego. Jasne, sama obsada Harrelson/McConaughey w przypadku s1 umieściła poprzeczkę na solidnym poziomie, ale tego, jak spodobał się on widzom nie sposób było przewidzieć. A spodobał się bardzo, choć wcale z nie wiadomo jakiego C się rozpoczynał, a potem miewał momenty, które potrafiły zanudzić. Dopiero gdzieś tak w trakcie większość wiedziała na pewno, że mają do czynienia z czymś dużo powyżej średniej, a jak na telewizję – świetnego. A s2? Cóż, ten najlepiej, żeby był genialny już od samego początku.

Kelly Reilly w serialu Detektyw sezon 2 recenzja True Detective s1

Zupełnie nie a propos fotka Kelly Reilly.

I na pierwszy rzut oka wydaje się, że rzeczywiście Nic Pizzolatto (scenarzysta i twórca obu sezonów) nie sprostał zadaniu, przed jakim sam się postawił i pilotem drugiego sezonu swojego serialu nie kazał nam zakrzyknąć z zachwytu. Ale do końca nie jestem pewien, czy w ogóle miał taki zamiar. Bo wydaje mi się, że jeszcze gorzej by to wszystko wyszło, gdyby starał się popisać i stworzyć coś, czego jeszcze świat telewizji nie widział. Stanąć na głowie i wytrząchnąć spod pióra perły przed wieprze.

„Jeszcze gorzej by to wszystko wyszło” – źle to zabrzmiało. S2 True Detective z pewnością od początku daje radę, tyle tylko, że swoją solidnością i spokojem. Która, mam nadzieję, dopiero zmierza do czegoś większego.

Choć s2 to całkowicie nowa historia, która poza klimatem i tytułem nie ma nic wspólnego z s1, to jednak nie da się tego oglądać w całkowitym oderwaniu od pierwszego sezonu. Chcąc nie chcąc automatycznie porównujemy oba sezony (ważne: sezon pierwszy jako całość, sezon drugi zaledwie pierwszy odcinek!) i w takim porównaniu s2 bez wątpienia wygląda gorzej. Słyszymy tytułową piosenkę i sobie myślimy: „w s1 była fajniejsza piosenka!” (kwestia gustu of koz, ale raczej biorąc pod uwagę gust statystycznego człowieka, ten woli piosenki z melodią). Oglądamy dalej, a w głowie cały czas kołacze się „a w s1, a w s1, a w s1”. I nie ma w tym nic dziwnego, bo i Pizzolatto dalej gra z widzem w tę samą grę. Tu pokaże jakiś tytuł książki, która na pewno jest kluczem do rozwiązania zagadki!, tam czarnego ptaka na fotelu pasażera, a jeszcze gdzie indziej dharmę na ścianie i bohaterów o wiele mówiących imionach: Atena i Antygona. Żebyście się tylko w tych analizach i interpretacjach znowu nie zawiedli na koniec, jak w s1, tak tylko mówię! Bo znowu będą jęki.

Wspominam o tych jękach, bo to moim zdaniem klucz do narzekania na s2. Ludziom się nie podoba, bo spodziewali się czegoś innego, ale gdy ich zapytać, czego, to pewnie nie będą potrafili powiedzieć.

Zamiast jęczeć poczekajmy, bo sam 2×01 to za mało, żeby wyciągać daleko idące wnioski. Ani tu jakiegoś silnego motywu przewodniego, ani wiele akcji (ależ musi cierpieć Justin Lin pokazując widzowi te kiepsko zrealizowane przejażdżki motocyklowe). Na razie jest przedstawienie bohaterów, a że jest ich sporo, to na wiele więcej nie ma czasu. Każdy z tych bohaterów ma jakieś demony, a kilka odcinków to sporo czasu, żeby się pojawiły. Ważniejsze, że casting okazał się celny, choć jedni sobie radzą lepiej, a drudzy gorzej. Bezbłędny jest Farrell, który terroryzując 12-latka udowadnia, że po prostu jest dobrym aktorem. Równie dobry Vaughn, który gdzie indziej zdecydowanie marnuje się w roli komedianta, do której zupełnie nie pasuje. Tu może rozwinąć skrzydła, choć wiele wskazuje na to, że dopiero dalej zobaczymy go w roli diabła wcielonego, wspomnianej mimochodem legendy minionych lat. Po jego duecie z Lady Makbet Kelly Reilly (bardzo lubię Kelly!) spodziewam się wiele. Gorzej radzą sobie McAdams, która jednak na razie wiele do zagrania nie miała i Kitsch, który po seksogierze z Friday Night Lights dostał rolę dość przewrotną. Ale spokojnie Tim, nie wszystko stracone. Bądź co bądź wszystko wskazuje na to, że to seks będzie głównym tematem drugiego sezonu Detektywa.

Poczekamy, zobaczymy!

2 odpowiedzi

  1. He he, czytając te wszystkie płacze na drugi sezon De-de-ktywa byłem przekonany, że to już, gdzieś, w Ameryce, nie wiem, na torrentach cały serial poszedł. A okazuję się, że niektórzy wścieku macicy dostają po jednym odcinku 😀 Bądź artystą i pisz scenariusze, ale takie super-hiper, żeby każdy kolejny był podniesiony do potęgi, żeby twisty były zatwistowane, a ciary na plecach nie schodziły przez cały sezon. Ludzie czasami nie mają pojęcia o ograniczeniach istniejących w świecie, w ludzkim umyśle i w samej naturze rzeczy.

  2. Quentin

    Najgorsze, że jeśli s2 okaże się marny będą potem się mądrzyć, że od początku wiedzieli :). A jeszcze gorsze, że rzeczywiście będą myśleć, że się znają ;).

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl