Paweł Pawlikowski, reż. "Idy" - fot. screen z Youtube
Paweł Pawlikowski, reż. "Idy" - fot. screen z Youtube

Oscar dla Polski, następny taki za pięćdziesiąt lat

Jako posiadacz filmowego bloga czuję się w dziwnym obowiązku skomentowania kolejnych wyborów Akademii. Nie będę przy okazji udawał oskarowego malkontenta, który uważa Oscary, ceremonię i całe to zadęcie wokół nich jako coś niegodnego mojej uwagi. Niezależnie od jakości wyborów i blichtru często przysłaniającego mentalną wieś i hipokryzję, znaczenia tej nagrody nie sposób przecenić. I nadal jest to jedyna nagroda, którą poważam. Można oczy mydlić na wiele sposobów, ale żadne złote żaby i inne srebrne klapsy nie będą miały takiego znaczenia jak Oscary. Zdobyć Oscara – to jest to!

Przez lata oglądałem ceremonie rozdania Oscarów na żywo i miło wspominam te noce. Od jakiegoś czasu przestałem zarywać ten najbardziej z możliwych niewygodny czas w środku niedzielnej nocy i w sumie nie żałuje. Tylko wieczorem tuż przed jest mi trochę żal, że nie będę wszystkiego śledził na żywo, ale gdy rano się obudzę już mi przechodzi. Bo niezależnie od zdania na temat Oscarów akurat większego sensu ich śledzenie na żywo nie ma. Jedna ceremonia podobna jest do drugiej i, jak to słusznie zauważyła Asiek, ciekawszy od niej jest już Czerwony Dywan tuż przed. Chwilę pooglądaliśmy i całkiem to sympatyczne było. Szczególnie o 23.30, gdy na dywanie pojawiały się gwiazdy mniej znane – bo na te drugie to trzeba by jeszcze ze dwie godziny poczekać.

Wczorajszej (dzisiejszej) ceremonii nie oglądałem, to jeszcze przede mną (przy okazji: nie będzie tradycyjnego lajwa z oglądania retransmisji; myślę, że światu to akurat niepotrzebne… czyt. nie chce mi się), ale oczywiście na listę laureatów rzuciłem okiem. I trzeba przyznać, że w tym roku obyło się raczej bez niespodzianek. Mogę gdybać, ale chyba miałbym sporą skuteczność w typowaniu przedoscarowym. Przy czym to akurat nie pochwała mnie tylko nagana filmom – miniony filmowy rok, był jednak przeciętny, mimo pojawienia się dwóch nowatorskich produkcji. Zresztą podobne odczucie nudy towarzyszyło mi po przejrzeniu laureatów Złotych Malin. Cytując za Q-Fejsem:

Tak przeglądam zwycięzców tegorocznych Złotych Malin i wychodzi na to, że za nami całkiem udany kinowy rok. Żadnych głośnych filmów, które okazały się klapami itp. – ot filmy, które od początku nie zapowiadały niczego dobrego. Żadnych kontrowersji, a największym zwycięzcą film, którego nikt nie widział. Nuda.

Nie sposób więc zauważyć, że podsumowania najlepszych i najgorszych filmów roku wskazują na pewną stagnację kina, która dobra nie jest. Co ma zarobić – zarobi, co ma wygrać – wygra, co ma być klapą – będzie klapą. Brak w tym jakiegoś pozytywnego szaleństwa, a – co gorsza – myślę, że prędko się to nie zmieni.

No ale do konkretów. Z polskiego punktu widzenia wszystkie te rozważania o stanie kina bądź co bądź amerykańskiego nie mają żadnego znaczenia, bo w końcu nam się udało! Mamy swojego, własnego, niepodrabialnego Oscara dla polskiego filmu. Oscara, którego Pawlikowskiemu i reszcie twórców bardzo gratuluję. Uważam go za sukces, którego reżyserowi nie powinno się wypominać, co od dzisiejszego poranka jest bardzo modne (za chwilę będzie najbardziej antypolskim reżyserem ever). Niezależnie od tego, że dołączam do grona tych, którzy nie rozumieją, skąd taka fala nagród dla „Idy” (w komentarzach TUTAJ próbujemy to trochę rozkminić). Nie było na Q-Blogu recki („Idy” nie fali :P), bo nie ujął mnie niczym szczególnym. Ot, dobre, autorskie kino, za którym specjalnie nie przepadam. Skrojone pod nagrody, ale od razu najlepsze na całym świecie? Nie. Z nominowanych do zagranicznej kategorii akurat najbardziej podobały mi się „Mandarynki”, ale to chyba najlepiej pokazuje różnicę między subiektywną, a obiektywną opinią – również nie uważam, że to kino zasługujące na Oscara. Zbyt zwyczajne. I może właśnie w tej niezwyczajności (w całej swojej zwyczajności :) ) tkwi siła „Idy”.

Główny Oscar dla Birdmana to dla mnie oczywista oczywistość. Nie miał w tym roku żadnej konkurencji, choć jeszcze przed ceremonią wydawało się, że stoczy krwawą walkę z przereklamowanym (choć Ósemkę ode mnie dostał, bo to ciekawy eksperyment i jedno z drugim się nie gryzie) „Boyhoodem”. Nie stoczył żadnej walki, bo „Boyhood” poległ na całej linii. I nie ma się czemu dziwić, bo jedyną siłą filmu Linklatera był pomysł na niego. Gdyby nakręcił identyczny film, ale w pół roku i z różnymi aktorami w rolach dzieci oraz charakteryzacją pozostałych – nikt by nawet o nim nie wspomniał.

W ogóle prawie każdy Oscar dla „Birdmana” w moim odczuciu jest zasłużony z tą różnicą, że zamiast Oscara scenariuszowego dostałby ode mnie Oscara za montaż.

Podobnie żadnych zastrzeżeń nie można mieć do Oscarów aktorskich – golasy trafiły tam, gdzie powinny. Kto np. zastanawia się, dlaczego Oscara dostała „chora” Moore, a nie „chora” Aniston (pomijając, że ta druga nie miała nominacji ;P) powinien po prostu obejrzeć dwa filmy, w których zagrały i wszystko się natychmiast powinno rozjaśnić. Największa konkurencja była wśród pierwszoplanowych panów i tam ewentualnie można by się sprzeczać, ale po co? skoro Redmayne w swoim filmie po prostu był Hawkingiem i co chwila można by się pomylić, że oglądamy jakieś archiwalne nagrania. Żadnej konkurencji nie było natomiast w kobiecym drugim planie. W normalnych aktorskich warunkach Patricia Arquette nawet nie dostałaby nominacji, ale w takim zestawie, do jakiego trafiła nie miała z kim przegrać. Z Keirą Kneightley? No proszę!

Jak ostatnio co roku, największy problem w kategoriach scenariuszowych i tutaj nie trafiłbym na pewno żadnego z dwóch Oscarów. Ale i wybierać za bardzo nie było z czego, co zresztą nie powinno dziwić w sytuacji, gdy większość aktualnej produkcji kinowej to odgrzewane kotlety, rebooty i sequele. Współczesne kino aż piszczy za dobrymi scenariuszami i tę akurat kategorię powinni rozszerzyć o cały świat (w teorii i teraz nic nie stoi na przeszkodzie, ale w praktyce i tak większość nominowanych to krajowa, amerykańska produkcja), bo mam wrażenie, że akurat tam znajdzie się więcej dobrych i wartościowych scenariuszy niż w Hollywood… No ale kończąc temat – według mnie na Oscary bardziej zasłużyły tu Whiplash i „Grand Budapest Hotel”.

Reszta kategorii nikogo nie obchodzi (no mnie jeszcze obchodzi film dokumentalny, ale w tym roku konkurencja była przeciętna, a wygrał dokument z gatunku, którego nie lubię), więc tu pozwolę sobie zakończyć mój oskarowy wtręt, jeden z miliona w dzisiejszym Internecie.

6 odpowiedzi

  1. Asiek

    A co myślisz o Oscarze dla Eddiego?

  2. Quentin

    Zasłużony.

    Największa konkurencja była wśród pierwszoplanowych panów i tam ewentualnie można by się sprzeczać, ale po co? skoro Redmayne w swoim filmie po prostu był Hawkingiem i co chwila można by się pomylić, że oglądamy jakieś archiwalne nagrania.

  3. Quentin

    Poza tym, tak sobie jeszcze myślę :), zawsze jest problem z takimi rolami. Bo genialnie można zagrać i chorego na coś poważnego, jak i zwykłego szarego przeciętniaka. Obie kreacje genialne, ale każdy powie, że rola tego pierwszego bardziej wybitna. A przecież czasem najtrudniej zagrać coś „zwyczajnego”.

    Aktorstwo to nie matematyka i nie da się powiedzieć „tak, to jest oscarowa rola, pozamiatała wszystkie”. Dlatego im bardziej wyrównany poziom tym bardziej wszystko „kontrowersyjne”. Ale nie zmienia to faktu, że rola Eddie’ego wybitna.

  4. Nie rozmawiacie ze sobą (ciche dni), że piszecie do siebie w necie? 😉

  5. Quentin

    Proza życia 😉

  6. ŚwinsonowskiZdzisław

    Nie wiem co mnie bardziej cieszy. Wygrana Birdmana czy zmarnowanie dwunastu lat życia na Boyhood.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.