Steve Carell w filmie "Foxcatcher" - fot. screen z Youtube
Steve Carell w filmie "Foxcatcher" - fot. screen z Youtube

Foxcatcher

Wracając jakiś czas temu z Zakopanego złapałem w jednej ze stacji radiowych relację z ostatniego dnia American Film Festival we Wrocławiu. Zaproszeni dziennikarze i blogerzy filmowi chromolili kocopoły o tym, jak ważne jest głosowanie na „Idę” do Europejskich Nagród Filmowych (bo w Polsce – jak w krajach cywilizowanych – nie ma takiej kultury głosowania na swoją… yyy… kulturę, więc trzeba uświadamiać), no i wspominali też, co najbardziej urzekło ich podczas AFF. Większość, o ile nie wszyscy, zgodnym chórem wskazali „Foxcatchera” na jeden z najlepszych seansów, jaki mieli przyjemność zaliczyć.

Nie wiem czy to tak działa magia festiwalu, a może magia zobaczenia głośnego filmu na miesiące przed premierą, że wyłącza się rozum i włącza cholera wie co? Fakt faktem, że złego słowa o filmie Bennetta Millera nie usłyszałem. Co tym bardziej dziwne teraz, gdy „Foxcatcher” fruwający już normalnie w naszych kinach zbiera zewsząd właściwie same cięgi (proporcjonalne do famy filmu, wiadomo, że nie mowa o cięgach dla najgorszego filmu wszechświata), a widzowie zauważają jego słabości. To co? Na festiwalu był dobry, a nie na festiwalu już nie? Myślę sobie, że jednak kto wie, może okoliczności obejrzenia jakiegoś filmu rzeczywiście mają znaczenie. Podniosła atmosfera festiwalu i możliwość podzielenia się wrażeniami z filmu przed wszystkimi zabiera rozsądek. W końcu na tej samej zasadzie ludzie oglądają kinówki.

Niezależnie jednak od wszystkiego, jedna zasada jest najważniejsza i niej należy się trzymać – póki sam czegoś nie obejrzysz, to nigdy nie będziesz wiedział jak jest naprawdę. Dlatego w 99% nie działają na mnie żadne zachwyty i z wiekiem coraz trudniej jest mi w ogóle strasznie na coś czekać. Czekam na wiele filmów, ale odnośnie każdego mam świadomość, że może okazać się kichą. No ale zbaczam z tematu.

„Foxcatcher” opowiada prawdziwą (hmm) historię dramatu, jaki rozegrał się w kadrze olimpijskiej amerykańskich zapaśników w stylu wolnym przygotowujących się do igrzysk w Seulu. Bohaterami dramatu byli dwaj bracia, złoci medaliści z poprzednich igrzysk oraz dziedzic ogromnej fortuny, który wziął sobie za punkt honoru zrobienie z samego siebie przedobroczyńcy. Oto ów dziedzic zaprasza jednego z braci na swoje ranczo, tytułowe Foxcatcher Farm, gdzie przyszłym olimpijczykom stworzył idealne warunki do trenowania. I rzeczywiście wszystko wskazuje na to, że sprawy idą w odpowiednim kierunku. Dość mocno ekscentryczny milioner Du Pont ma swoje fobie, ale za taką kasę, jaką we wszystko wkłada, zapaśnicy w latach 80. ubiegłego wieku daliby sobie rękę uciąć. A Damian Janikowski nawet i teraz.

Wiadomo, że życie pisze najlepsze scenariusze, a powyższa historia jest tego kolejnym przykładem. Co jednak, jeśli taka historia wpadnie w łapy kogoś, komu wydaje się, że trochę należałoby ją podrasować, nagiąć fakty pod swoją tezę i pozmieniać to, co się wydarzyło? Generalnie wyjdzie z tego każdy jeden biopic, bo raczej można spokojnie założyć, że nie ma filmów pokazujących prawdziwą historię w skali 1:1. No i nie ma się co dziwić, bo fabuła ma inne wymagania niż dokument. Prawdziwy problem pojawia się wtedy, gdy trudno o wprowadzonych zmianach powiedzieć cokolwiek dobrego. Tak jest w przypadku „Foxcatchera”, gdzie naprawdę trudno usprawiedliwiać takie, a nie inne odstępstwa od rzeczywistości.

Bo nie wprowadzają one niczego pozytywnego. Wręcz przeciwnie, wprowadzają zamęt. Historia sama w sobie jest wystarczająco dramatyczna, ale reżyser robi wszystko (no scenarzyści właściwie, ale jednak szef odpowiada ze efekt końcowy), żeby gdzie się dało udramatyzować ją jeszcze bardziej. Rzucić hasło i się z niego nie wytłumaczyć. Przykład? Mark Schultz pojawia się u Du Ponta, ten roztacza przed nim swoją wizję. „Bo wiecie kolego, Ameryka musi zdobyć złoty medal, a konkurencja nie śpi. Coś z tym trzeba zrobić, a wiadomo jak trenują Rosjanie”. No wiadomo, mamy połowę lat 80., przemysł dopingowy kwitnie w najlepsze, ze słów Du Ponta można wyczytać, że jeśli wejdziesz między wrony musisz krakać jak i one. No może i wynika, ale uwaga nadtrenera rozpływa się w powietrzu i więcej nikt już do niej nie wraca. Jeszcze gorzej jest w przypadku najbardziej uwierającego prawdziwą postać, która już jawnie krytykuje film Millera – sugerowania związku homoseksualnego między młodym zawodnikiem, a starszym mężczyzną. On sobie gdzieś tam w tle powiewa między ufarbowanymi przez chwilę na blond włosami zapaśnika, ale reżyserowi brakuje odwagi, żeby go pociągnąć (albo żeby go w ogóle zgasić, nic nie sugerować). Jakby to wystarczyło, a widz miał sobie dopowiedzieć resztę.

Tylko, że widz za bardzo już zdążył się znudzić na tym utrzymanym w wolnym tempie filmie pobrzmiewającym od początku dźwiękami tragedii, która niby nadchodzi, a nadejść nie może. Kto oglądał poprzednie filmy Millera, głównie „Capote”, ten wie, czego się po nim spodziewać. A i owszem, realizacji nie można niczego zarzucić, wręcz przeciwnie – fajnie odwzorowany klimat Tamtych Lat to jeden z najmocniejszych plusów filmu – ale w tej technicznej perfekcji ginie to, co najważniejsze: historia, emocje, napięcie. Do tego stopnia, że zaczynałem się zastanawiać w czym problem. Przecież ten Du Pont wcale nie taki straszny, a z kolei Schultz sam nie wie, czego chce. Ma wszystko, a nagle zaczyna fochy stroić. I znów, weź się widzu i domyślaj, czemu wszystko prowadzi do takiego, a nie innego końca. A nawet, gdybyś miał jakieś podejrzenia, to potem i tak sprawdzisz w necie i dowiesz się, że znów ograbiono cię z dość ważnej informacji – zanim doszło do tragicznego końca minęło kilka zupełnie przemilczanych w filmie lat. Jak gdyby sam reżyser nie wiedział, o co tak naprawdę chodziło w opowiedzianej przez niego historii i tylko podrzucał tropy, na czym skończyła się jego rola.

I tylko trochę szkoda aktorów, którzy naprawdę dali tu światowej klasy popis. Nie będę się zatrzymywał przy każdym, bo wszystkim należą się te same pochwały, wspomnę tylko, że najbardziej podobał mi się Mark Ruffalo. Może dlatego, że za nim nie przepadam.

No i cóż, pora na ocenę, która wobec powyższych zarzutów mogła być tylko jedna… 7/10 ;). Wiem, wiem, ale po 1. mam słabość do sportowych filmów opartych na faktach, nawet tych naciąganych, a po 2. to film z gatunku tych, które warto zobaczyć, by samemu ocenić. I choć jest nudny, to jednak wysoka klasę tej nudy trzyma. Poza tym byłoby szkoda przegapić aktorskie popisy, świetnie pokazane zapasy (choć mam wrażenie, że bardziej klasyczne niż wolne) i klimat nie do końca filmowej Ameryki utrzymany w stylistyce „Boys Don’t Cry” jednak się do niego (filmu) nie umywający ani przez chwilę.

(1848)

4 odpowiedzi

  1. (uwaga testuje nowego laya). Strasznie się w weekend wynudziłem na tym filmie. Zastanawiałem się co obejrzeć i niestety wybór padł na Foxcatchera… Dodam, że nie znałem tej historii, nie czytałem żadnych recenzji, uniknąłem spojlerów a i tak wszystkiego można się było domyślać po pół godzinie. Za początku tylko nie wiedziałem kto zginie, ale w miarę szybko się to wyjaśniło. Mark Ruffalo – wielka rola. Reszta bez szału, sztuczny nos Carrella też mi się nie podobał. Historia może i ciekawa, ale tak jak piszesz, nudy, nudy i pod tym wszystkim jakieś emocje. Interesują mnie te nieścisłości w opowiedzianej historii – faktycznie wątek gejowski wymyślony od czapy?

  2. Quentin

    No według głównego zainteresowanego nie było mowy o żadnej seksualnej fascynacji itepe, ale wiadomo – ani oni nie udowodni, ani reżyser nie udowodni. Myślę jednak, że to raczej takie typowe zagranie „pod lepszy film”. Skoro już mam w nosie ten czy tamten fakt, to co za różnica coś więcej dodać. A to od razu inna historia się robi, gdy w grę wchodzą uczucia.

  3. No właśnie – mi to tak wyglądało, jakby Mark Schultz był ofiarą molestowania i dlatego czuł taki wstręt do Du Ponta i samego siebie. Przez to te wszystkie problemy, które w filmie pokazał reżyser. Tak więc wypaczenie fabuły jak dla mnie – pewnie próbował w ten sposób uatrakcyjnić całą historię. O tym, że jego pobyt „na farmie” trwał kilka lat też nic nie było z filmu wiadomo.

  4. Quentin

    Dlatego też Mark diametralnie zmienił opinię o filmie. Początkowo go chwalił, a gdy wychwycił te homoseksualne tony poprosił, żeby je wycięli. Nic takiego nie miało miejsca i nagle Mark zaczął krytykować całość. To niby tylko niuanse, a całkowicie zmieniają odbiór filmu.

    Taka historia do opowiedzenia, ale zawsze pojawi się ktoś, kto wie lepiej. Tu pozmienia, tam niedopowie. No i wychodzi co wyszło. Wydaje się, że DuPont wsiadł w auto po jakimś treningu, pojechał, zastrzelił, nawet nie czuć, że parę lat minęło. I takich „drobiazgów” jest więcej. Chyba na starym Q-B o nich pisałem ZTCP.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.