Black Bear 2014 – Kanibal [Caníbal aka Cannibal]

Kino przyzwyczaiło nas do wizerunku kanibala-gentlemana. No dobra, seria filmów o Hannibalu Lecterze przyzwyczaiła nas do wizerunku kanibala-gentlemana. Owszem, koleżka to bez skrupułów i zimnokrwisty morderca, ale przy okazji koneser piękna. Smakosz wykwintnej kuchni, meloman odróżniający dźwięk fletu fałszującego od dźwięku fletu, który nie fałszuje (oczywiście pośród wszystkich innych instrumentów używanych w jednej chwili przez orkiestrę), chowający w elegancko skrojonych spodniach erekcję na widok architektury Florencji. Postać niejednowymiarowa jednym słowem, przez co o wiele bardziej ciekawa/straszna (niepotrzebne skreślić). Zupełnie inny obraz kanibala przynosi nam w swoim filmie Manuel Martín Cuenca.

Żartuję, tytułowy bohater tego hiszpańskiego filmu niczym nie różni się od harrisowego Lectera. To mężczyzna zadbany, wychuchany, spokojny w zasadzie. Krawiec z doświadczeniem większym niż wszyscy inni krawcy z całej okolicy razem wzięci. Dzięki czemu miejscowi hierarchowie kościoła znają go, ufają mu i powierzają w jego ręce kosztowny całun, którego kopię chcą by wykonał. Ale Carlos (nasz bohater, a nie całun :P) ma inne strapienia na głowie. Od lat mieszkając sam tęskni za miłością kobiety. Uczuciem, które mógłby skonsumować… pardą, niefortunny dobór słów :D. Miotając się pomiędzy rozterkami i chatą w górach, gdzie szlachtuje kolejne ofiary, poznaje nową sąsiadkę, która zamieszkała piętro wyżej. Atrakcyjną Rumunkę, która właśnie otwiera salon masażu.

Szukający w kinie niezdrowych atrakcji widzowie mogą sobie darować dalsze czytanie, a także w ogóle ten film, który stara się stronić od makabry. Jeśli już dzieje się w nim coś makabrycznego to bardziej w naszym wyobrażeniu tego, od czego odwróciła się kamera. Bo też nie jest to film o zabijaniu i pieczeniu szarlotki z jabłka Adama. A spożywane przez Carlosa posiłki wyglądają bardzo smacznie :). Głównym tematem filmu nie są makabryczne mordy popełniane przez Carlosa, a raczej próba udzielenia odpowiedzi na pytanie, co też dzieje się w jego głowie. Mamy dużo czasu, by dokładniej go poznać, postawić się w jego miejscu i stoczyć razem z nim tę walkę o normalność. Tę walkę ze swoją naturą, która odzywa się w najmniej akceptowalny przez społeczeństwo sposób i która zmusza Carlosa do samotności. Czy da się ją w ogóle wygrać?

Na pewno nie zaszkodziłoby „Kanibalowi” trochę szybszego tempa przez co z pewnością trafiłby do szerszego odbiorcy. Np. do mnie, który tempo „Kanibala” całkowicie akceptuje jedynie przy wybitnych filmach. A film Cuency wybitny nie jest. Jest porządny, nakręcony ze smakiem (hihi) i jeśli ktoś nie ucieka przed długimi ujęciami snującymi się za melancholijnym bohaterem, to powinien go sprawdzić, choć bez spodziewania się cudów. Wbrew tytułowi to mocno kameralne kino z wszystkimi jego wadami i zaletami. 6/10

(1843)

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.