Black Bear 2014 – Kanał [The Canal]

Zgodnie z tym, co pisałem wczoraj, bezpośrednio po edycji łódzkiej rozpoczął się właśnie w Warszawie mroczny festiwal Black Bear 2014. Przez najbliższe dni spodziewajcie się więc recenzji z wyświetlanych tam filmów, bo repertuar festiwalu jest wyjątkowo udany i każdego dnia przynajmniej jeden film wart jest tam zobaczenia. Co nie znaczy, że wszystkie pokazywane tam filmy są wybitne, niektóre wręcz przeciwnie. Ale rzucić okiem także i na nie warto, bo zawsze czymś wyróżniają się ponad szereg.

Ot choćby „Kanał” (nie mylić z filmem Wajdy), który należy do gatunku filmowego pod tytułem „nie mam za bardzo co zarzucić temu filmowi poza tym, że mi nie podszedł”. To propozycja dla widza innego niż Q, który po horrorze, nawet takim psychologicznym nie spodziewa się prostej rozrywki. Bo ja to prosty chłop jestem i wolę wszystko czarno na białym, a nie jakieś metafory i alegorie. Krwawa zabawa z dobrym pomysłem i jestem kupiony – czyli zupełnie co innego niż „Kanał”.

Zaczyna się obiecująco. Pracownik filmowego archiwum znajduje tajemniczy film z nagraniem z miejsca makabrycznej zbrodni. Co gorsza, datowane na początek XX wieku morderstwo wydarzyło się w domu, w którym nasz bohater – David – mieszka z żoną i pięcioletnim synkiem. Zanim jednak strach wiejący zgnilizną znad tytułowego kanału biegnącego tuż obok ścian ww. domu na dobre zagości w życiu Davida, wcześniej będzie się musiał zmierzyć z bardziej przyziemnym problemem – znudzoną jego mamejowatością żoną.

Głównym zarzutem, z jakim można się spotkać w przypadku „Kanału” jest to, że jest on filmem przewidywalnym. Ano jest, nie można temu zaprzeczyć. Dowcip jednak w tym, że fabuła jest w nim sprawą drugorzędną. Irlandzki reżyser za punkt honoru stawia sobie stworzenie klimatu zagrożenia i paranoi, a opowiadana przez niego historia jest tylko koniecznym dodatkiem w stopniowym budowaniu napięcia wybuchającym co jakiś czas gwałtowną erupcją brutalności, czy – częściej – serii niepokojących, szybko zmontowanych obrazków, ringowych duchów, zamazanych zjaw i uczuciem niewiadomego wiejącego od strony miejsc, które zwykle omija się szerokim łukiem.

I braku umiejętności stworzenia klimatu paranoicznego zagrożenia nie można reżyserowi zarzucić. Konsekwentnie snuje swoją historię unikając tanich fajerwerków i podobnych pokus z notatnika sztampowego reżysera horroru. Taki sposób filmowania wymaga jednak ofiar – główną z nich jest tempo filmu, które wielu może uznać za nudne. Zapomnijcie o teledyskowym montażu i dążeniu po konkretach do celu. Jeśli nasz bohater ma się w długim, powolnym ujęciu wpatrywać w pomazany graffiti kibel to będzie się w niego wpatrywał bez żadnego poganiania i patrzenia na zegarek. Jeśli ze zbolałą miną będzie miał się snuć przy kanale, to snuł się będzie.

Kto lubi taki bardziej artystyczny (choć bez przesady) horror, właściwie psychologiczny thriller – z naciskiem na psychologiczny – powinien być zadowolony. Nie jest to kino, na którym boki zrywa się ze śmiechu, a porcja rozrywki zapewniona jest po nim na dłuższy czas, więc amatorzy takiego kina będą narzekać. Nie udało się tu bowiem połączyć obydwu tych różnych światów, jak to skutecznie miało miejsce nie tak dawno temu w przypadku The Babadook. Ja, prosty chłop, się wynudziłem. 6/10

(1834)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.