"The Missing" - fot. screen z Youtube
"The Missing" - fot. screen z Youtube

Serialowo, s07e02

The Missing, 1×01-02

Tłukę tu od dawna – głównie w kontekście seriali – że często nie trzeba za dużo kombinować, a wystarczy solidnie i ciekawie opowiedzieć znaną już historię, by odnieść sukces i zadowolić wymagania widza. Przed nami kolejny przypadek takiej sytuacji.

Podczas wakacji we Francji gubi się młody chłopiec. Szybko rozpoczęte poszukiwania nie przynoszą żadnego rezultatu. Mija osiem lat. Zrozpaczony ojciec chłopca nie ustaje w poszukiwaniach… Czy może być jeszcze bardziej banalnie? I do tego ten przebanalny tytuł „The Missing”.

A jednak pierwsze dwa odcinki ogląda się znakomicie. Główna w tym zasługa podobnej narracji co w True Detective – po latach od wydarzenia nie mamy o nim zbyt wielu informacji poza tym, że chłopak się nie odnalazł (chyba się nie odnalazł). Cała reszta pozostaje w sferze domysłów. Czemu spec od porwań kuleje, czemu nadgorliwa policjantka położyła na wszystkim lachę, czemu detektyw wylądował w pace, co takiego zrobili główny bohater i jego teściu…? Pytań zdecydowanie tu więcej niż odpowiedzi i to sprawia, że ciekawość widza cały czas jest podsycana. A przecież oprócz tego mamy wątek główny i poszukiwania zaginionego przed laty chłopca.

Z niecierpliwością czekam na trzeci odcinek. Brawo Angole, znowu wam się udało!

***

Ripper Street, 1×01

Zupełnie przypadkiem i jeszcze bardziej nieświadomie zarzuciłem po „The Missing” kolejny serial w reżyserii Toma Shanklanda („The Missing” :P). Dopiero na napisach początkowych się zorientowałem. I po tym, że też warto rzucić na niego okiem. Choć po pilocie zrobił na mnie mniejsze wrażenie niż TM.

O ile w pierwszym z opisywanych seriali liczyła się prostota, to w przypadku „Ripper Street” na pierwszy plan wyłania się druga z recept na udaną produkcję – pomysł. Osadzenie serialu w epoce wiktoriańskiej tuż po zakończonej serii krwawych wyczynów Kuby Rozpruwacza jest największą zaletą serialu – haczykiem, na który łowi widzów (uprasza się fagirlki o zaprzestanie świergotania o przystojnych mężczyznach). Mnie na razie złowił, ale dużo rozstrzygną kolejne odcinki. Tak czy owak nie żałuję póki co, że w końcu zabrałem się za tę zaległość.

Lekkim minusem dla serialu jest fakt, że dobrze byłoby znać na pamięć historię Kuby, do której co chwila piją (o ile dobrze rozpoznaję to m.in. możemy sobie tu pooglądać oryginalne zdjęcia ofiar mordercy) nie bawiąc się w tłumaczenia. Wiem, że kino i telewizja pokazały ją już setki razy, ale mimo wszystko.

No i liczyłem, że to będzie jednak serial o polowaniu na Kubę. Może jeszcze będzie, ale pilot zapowiada procedural. Choć nawet procedural w takim wydaniu wygląda atrakcyjnie. Bądź co bądź nie często (a chyba nawet nigdy) możemy sobie pooglądać filmy snuff z końca XIX wieku.

***

Scandal, 1×01-02

Nie było tego serialu na mojej liście do sprawdzenia (choć lubię sobie popatrzeć na Kerry Washington), ale Asiek wróciła do domu i powiedziała, że podobno jest zajebisty i trzeba go obejrzeć. Zdaje się, że trzeciego odcinka już nie będziemy oglądać.

Sam serial jest w porządku, ale nic poza tym. Nie ma w sobie niczego, co by kazało do niego wracać. Ot serial prawniczy jakich wiele. Oprócz rozwiązywanych w odcinku spraw mamy tu jeszcze wątek główny, który nie angażuje widza, a przynajmniej mnie nie zaangażował. Jego osią główną jest zakazany romans głównej bohaterki i prezydenta Stanów Zjednoczonych! co na papierze może i robi wrażenie, ale w serialu ni ziębi, ni parzy. Tony’emu Goldwynowi brakuje prezydenckiej charyzmy i nijak nie sposób uwierzyć w to, że to lider wolnego świata. To, że mówią do niego per prezydencie i przyjmuje gości w Gabinecie Owalnym jeszcze nic nie znaczy. A i nasza główna orlica prawa nie jest postacią, na której widzowi by zależało, więc całość przypomina zwykły romans niż wmawiany nam romans podwyższonego ryzyka.

W związku z powyższym ciężar serialu spoczywa na barkach pojedynczych spraw, a te niczym się nie wyróżniają na tle innych prawniczych procedurali.

***

The Walking Dead, 5×05

Do tej pory nie miałem żadnych zastrzeżeń do TWD i dalej ich nie mam. Ale trzeba przyznać, że rzeczywiście słabszy odcinek się trafił. Nawet pomimo tego, że komiksów nie znam i główny twist odcinka, powiedzmy, był dla mnie jakimś tam zaskoczeniem.

Głównym zarzutem większości widzów jest to, że scenarzyści z uporem maniaka dzielą bohaterów na mniejsze grupki i poświęcają kolejnym z nich całe odcinki. Według mnie upór maniaka nie ma z tym nic wspólnego, a jedynie czysta ekonomia. Odcinek jest tańszy, gdy nie występują w nim wszyscy bohaterowie. I tyle. Co za tym idzie mnie te podziały jakoś specjalnie nie przeszkadzają i nie irytuję się, że po twistach na koniec odcinka przychodzi parę tygodni zanim do nich wracamy. A jeśli jakiś odcinek podoba mi się bardziej od drugiego, to głównie odpowiedzialne za to jest to, czy danych bohaterów lubię, czy nie.

Do Rudego (nie mylić z Rudym z Homeland) wojaka nic nie mam, ale obiektywnie rzecz biorąc jego background jest zwyczajnie za słaby, żeby poświęcić flashbackom dużą część odcinka. Cała zaś reszta sprowadza się do jednego wyznania, któremu też nie trzeba było poświęcać aż całego epizodu. Dlatego, choć jakoś okropnie zawiedziony nie jestem, ten odcinek z hukiem ląduje w worku z zapychaczami.

***

Sons of Anarchy, 7×10

Zupełnie przyzwoity odcinek rozpoczęty przez długą sekwencję, która spokojnie powinna trafić do serialowej historii. Takiego bezeceństwa chyba jeszcze w telewizji nie było :) choć oczywiście nie znam wszystkich seriali na pamięć.

A potem, zgodnie z tym, do czego SoA przyzwyczaił nas w siódmym sezonie, trup ściele się gęsto, a na czoło wybija się wybitnie obleśna scena śmierci, mocno przesadzona nawet jak na standardy płatnej telewizji. Sutter zdaje się nie robić sobie nic (i słusznie) z jobów płynących pod jego adresem odnośnie serialowej brutalności i cały czas konsekwentnie podnosi poprzeczkę wyżej. A młodego z widelcem to nie wiem, czy przeżyje „amerykańska opinia publiczna”.

No i cóż, SoA jak to SoA, mądrzejszy już nie będzie, ale że całość zmierza do finału, to z pewnością robi się coraz ciekawiej. Może nie mądrzej, bo misterny plan z czarnym szefem ochrony naiwny strasznie, ale skłamie ten, kto stwierdzi, że nie jest ciekawy tego, jak Jax zareaguje na wiadomość, którą otrzymał na koniec odcinka. Oto urok końca seriali – nie ma już czasu na zapychacze, a twórcy nie muszą się obawiać tego, że zamkną sobie furtkę do kolejnych sezonów.

Tylko proszę, dajcie sobie spokój z tym zapewnianiem, że Jax jest dobrym człowiekiem, bo nikogo nie oszukacie. Tak, wiem, że nie dacie.

***

Zbrodnia, całość

Stowarzyszenie Ochrony Taśmy Filmowej powinno zaprotestować przeciwko tej pożal się Boże produkcji (tak, wiem, na karcie pamięci ją pewnie zapisali :P), bo z szumnych zapowiedzi polskiego Broadchurch na Helu wyszła serialowa wydmuszka i strata czasu. Dobrze choć, że to tylko trzy odcinki, więc aż tyle czasu nie straciłem. Przy okazji bawią mnie oświadczenia twórców na fanpage’u, że to był gotowy format i nie mogli wiele w nim zmieniać. Nawet jeśli, to jeśli ktoś zdecydował się kupić takie byleco to niech teraz się głupio nie tłumaczy. Nie ma gustu, to jeszcze żadne nieszczęście.

Na helskiej plaży znaleziony zostaje trup. Rusza śledztwo, które ani nie jest ekscytujące, ani nie ma w nim napięcia (no bo ileż jest napięcia w kilkuminutowym finale polegającym na tym, czy znajdą ją, czy jej nie znajdą?), ani za bardzo nie interesuje. Najbardziej fascynowało mnie tutaj to, jak twardy gliniarz z Trójmiasta mimo groźnych min i dziarskich odzywek wychodził co rusz na strasznego amatora, który sam nie jest w stanie zawiązać sznurowadła. A całe jego śledztwo polegało na tym, że raz za razem przyjeżdżała do niego Boczarska i przekazywała jakieś informacje i spostrzeżenia. To one za każdym razem pchały sprawę do przodu, a gliniarz dziękował jej za ten ważny trop. No śmiechu kupa.

***

Wataha do 1×05

Po pilocie wydawało się, że „Wataha” również dołączy do grona „polskich seriali, o których było głośno na długo przed premierą, a potem okazały się standardową polską kichą”, ale potem było już lepiej. Na tyle dobrze, że ciekaw jestem finału tej opowieści, która serwuje dobrą dawkę porządnego kryminału osadzonego w ładnych okolicach.

To oczywiście za mało, żeby obwieszczać jakiś przełom w telewizyjnym świecie seriali, ale w sam raz, żeby poświęcić serialowi trochę czasu. Jest w nim sporo trupów, seryjny morderca, parę onelinerów z nieodzownymi kurwami i ładne widoczki. Choć, żeby nie było za pięknie, jest też sporo Wolnych Przelotów Kamery.

Rzucić okiem można, choć – jak widać – nie jest to serial, o którym mam coś wielce ciekawego do napisania. I myślę, że to nie jest moja wina :P.

2 odpowiedzi

  1. Kolejne sezony Watahy oglądałeś? Bo nie widzę żadnych innych recenzji.

  2. Quentin

    Nie, nawet tego tutaj nie dokończyłem :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.