Sędzia [The Judge]

Wbrew pozorom ciężko jest znaleźć dobry film prawniczy/thriller prawniczy. Każdy z Was pewnie teraz prychnie pfff i wymieni ciurkiem kilka tytułów. No pewnie, żaden problem. Ale co potem? Szybko się okaże, że w najlepszym wypadku przy trzeciej dziesiątce jest już duży kłopot co dalej.

Dlatego liczyłem na „Sędziego”, że wskrzesi na moment ten gatunek, który po erze zainteresowania powieściami Johna Grishama nie wypluł już z siebie za wiele dobrego. Liczyłem, bo lubię thrillery prawnicze i zwykle z przyjemnością je oglądam. Jeśli oczywiście są dobre.


 

Wzięty prawnik z Wielkiego Miasta przyjeżdża do rodzinnego miasteczka na pogrzeb swojej matki. Nie było go tu od kilku lat, a i kontaktu z rodziną nie utrzymywał. Zaszłości, jakie pomiędzy nimi są zdaje się nie będzie sposób ot tak wyprostować. Niespodziewanie sytuacja się zagęszcza. Ojciec naszego bohatera, od 42 lat pełniący rolę miejscowego sędziego, zostaje oskarżony o zabójstwo. W feralną noc po pogrzebie wsiadł do samochodu i prawdopodobnie potrącił ze skutkiem śmiertelnym rowerzystę. Obrony ojca podejmuje się hot shot lawyer.

Brzmi smakowicie. Prosta, ale ciekawa sprawa, klasyczne niewiadome (zabił? nie zabił?), a na dodatek skomplikowane rodzinne tło i powrót do licealnej przeszłości głównego bohatera i pozostawionej miłości. Niestety, lepiej to brzmi niż wygląda.

Przede wszystkim nie jest to z żadnej strony thriller prawniczy. Prowadzona przez bohatera sprawa ojca zepchnięta została na zdecydowany drugi plan i tam pozostaje przez dłuższą część filmu. Nie ma tu mowy o niespodziewanych zagrywkach prawniczych, sprzeciwach zmieniających warunki rozgrywki i dowodach, które przedstawione w inny sposób niż na początku dają niezapomnianego twista. Czyli wszystkiego tego, czym thriller prawniczy stoi. Walka Robert Downey Jr. kontra Billy Bob Thornton na sali sądowej nie rozgrzewa widowni do czerwoności. Wręcz przeciwnie, Billy Bob zapowiadany przez zwiastuny na klasycznego eleganckiego-fiuta-prokuratura z misją srogiej pomsty na wszystkim co się rusza, okazuje się zupełnie przypadkowym facetem, który nie ma żadnej sensownej motywacji do stanięcia w szranki procesu. Niby się stara, ale scenariusz nie daje mu takiej możliwości. W związku z czym i życie prywatne bohaterów i proces sprowadza się do walki Ojciec kontra Syn z salą sądową jako tłem.

Tłem do obyczajowej historii jakich wiele w kinie. Historii, niestety, tak sztampowej, że na podstawie przykładów z tego filmu można by stworzyć Kompletną Encyklopedię Klisz Filmowych (C) Q-Fejs ;). Nic tu nie zaskakuje (z jednym wyjątkiem w moim przypadku, żeby być sprawiedliwym), wszystkiego jesteśmy się w stanie domyślić na dziesięć minut przed bohaterami i potem się dziwić, że oni się nie zorientowali. Film na dodatek jest lekko przydługi, choć na szczęście wystarczająco solidny, żeby jakoś strasznie się nie wiercić w kinowym fotelu. No i ma Roberta Duvalla, który zawsze dodaje filmowi wartości. Nie przekonał mnie za to Downey Jr, ale może to być spowodowane tym, że go nie lubię. I choć grał kolesia, który urwał się z innej bajki to dodatkowo sam wyglądał jakby urwał się z innej bajki.

Jedynym wątkiem, który mnie zainteresował, a może nie zainteresował, ale wzbudził jakieś emocje, był wątek byłej dziewczyny. Niestety dużo go nie było. 6/10

(1816)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl