Gość [The Guest]

Dobra, pora zrzucić z siebie ten ciężar (przyjemny, ale jednak ciężar). Na „Gościa” czekałem już od dłuższego czasu, zanim zaczęło pojawiać się o nim coraz więcej opinii. I z każdą z nich zastanawiałem się jeszcze bardziej, co takiego można zobaczyć w filmie Wingarda, że praktycznie nikt na niego nie narzeka. 91% na RottenTomatoes mówi samo za siebie. Doszedłem w końcu do słusznego wniosku, że lepiej nie wnikać w temat, poczekać na seans i przekonać się na własne oczy.

Ciężar: I po obejrzeniu „Gościa” powiem szczerze, że nie mam pojęcia skąd takie zachwyty i niemal jednogłośna opinia: must see. Nie zrozumcie mnie źle, to bardzo fajny film, ale wydaje mi się, że są równie fajne i nawet fajniejsze, które aż tak krytyków nie ujęły. A tymczasem „Gościowi” się to udało. Dla mnie wciąż pozostaje to zagadką.

Nie będę się rozpisywał o filmie 😉 bo to typowy przedstawiciel gatunku – najlepiej wejść na niego z marszu, nic o nim nie wiedząc. Nie chodzi nawet o to, że ma jakąś wybitną fabułę (bo nie ma), ale o to, że zwyczajnie: im więcej wiesz o filmie, jego klimacie, sposobie prowadzenia akcji itp., tym bardziej możesz sobie zepsuć seans. A gdy nic nie wiesz, to wtedy bardzo możliwa jest reakcja: japierdolę, zajebiste!

I tylko dlatego cokolwiek napiszę, bo realnie rzecz biorąc szanse na całkowitą niewiedzę przed seansem są w dobie Internetu zerowe. Nie przeczytacie u mnie – przeczytacie gdzie indziej.

Rodzinę poległego bohatera wojny na Bliskim Wschodzie odwiedza jego kolega. Właśnie został zwolniony z wojska i po drodze postanawia poznać ludzi, o których tyle słyszał. Szybko zdobywa zaufanie małżeństwa z dwójką dzieci – dorastającymi bratem i siostrą. Wkrótce zaczynają traktować go jak brata, który w zamian stara się załatwić ich codzienne problemy. A to obije ryja szkolnym opryszkom, a to udzieli cennej, życiowej rady.

„Nigdy nie daj sobą pomiatać. Jak ci obiją ryja to przyjdź do szkoły z nożem. Jeśli dalej będą cię prześladować to oblej ich domy benzyną i je podpal razem z całą rodziną!”. Nie mogłem się powstrzymać przed zacytowaniem, przepraszam.

„Gość” może nie zaczyna się zbyt efektownie, ale ważniejsze jest to, co dzięki temu udaje się uzyskać reżyserowi. Oto jego film z każdą minutą jest coraz lepszy, co aktualnie rzadkie w sytuacji, gdy wszystko co najlepsze opowiada już zwiastun. Nie będę ściemniał, lekko się nudziłem przez pierwsze dwadzieścia minut (choć nie odmówię filmowi konsekwencji w dążeniu do zamierzonego celu), ale potem już nie było takiego problemu. W tym świetnie smakującym, choć odgrzanym daniu z najlepszych kawałków, jakie przyniosły nam w kinie lata 80., znalazło się dużo przewrotnej zabawy przyprawionej krwawym sosem. I świetnym Danym Stevensem, którego po „Downton Abbey” trudno byłoby podejrzewać o taką rolę. Jaką? A w kinie sobie zobaczcie póki leci.

Wszystko jest tu na swoim miejscu, reżyser panuje nad historią i wie dokładnie, do czego zmierza, reszta aktorów stara się nic nie zepsuć, a na pierwszy plan zdecydowanie wybija się muzyka. Choć świetny soundtrack pewnie bez filmu nie brzmiałby tak dobrze, to z filmem „robi” połowę roboty. Tak jak robił to (oczywiście inny soundtrack :P) np. w „Drive”. Mowa o tych samych ejti-klimatach – kto nie pamięta ten gapa.

8/10. Znów wybitnie poleciłem Wam film z przedweekendowego kinowego wróżenia z fusów :P.

(1817)

3 odpowiedzi

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.