Earth to Echo

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, jak by to wyglądało, gdyby chłopaki z The Goonies mieli kamery, komórki i GPS-a? No to już się nie zastanawiajcie, bo odpowiedź znajdziecie w „Earth to Echo”.

Właśnie z ciekawości sobie kuknąłem na moje ulubione źródło abstrakcji, czyli na forum Filmwebu i zobaczyłem, że jego użytkownicy jadą sobie po filmie równo. No może przesadzam, bo opinii wiele tam nie ma, ale jak już są, to takie na maksa radykalne (choć nie wiem, czy ich autorzy znają znaczenie tego słowa). No i weź tu teraz wejdź nieświadomy czytelniku na takie forum i poszukaj jakiegoś filmu dla siebie. Odstrzelisz EtE zanim Fabienne powie „placek z jagodami”.

No ale nie od dziś wiadomo, że na to forum pisują durnie (zresztą, dla odmiany, wielu z nich zaatakowało też chyba forum Imdb 😉 ). „Earth to Echo” to bardzo fajny, lekko sentymentalny film z sympatyczną łezką nostalgii kręcącą się w koniuszku oka. Cholernie daleko od wielkiego kina, ale na niwie niewymagającej rozrywki z pewnością się wyróżniający.

Trójce przyjaciół z przedmieścia wali się świat. Oto ich osiedle zostaje przeznaczone do rozbiórki pod autostradę, a oni są zmuszeni przeprowadzić się z rodzicami po całej Ameryce. Dla wiernych kumpli to duży cios, z którym nie potrafią sobie poradzić. Okazją do ostatniego wspólnego wypadku staje się niewytłumaczalne zjawisko, które sprawia, że ich telefony komórkowe zaczynają zachowywać się dziwnie, gdy tylko znajdą się w konkretnym miejscu podwórka jednego z bohaterów. Chłopaki odkrywają, że zakłócenia układają się w mapę i postanawiają sprawdzić, dokąd ona prowadzi.

Nie ma co ukrywać (i nikt tego nie ukrywa), że „Earth to Echo” to zebrane do kupy kilka widzianych już na ekranie pomysłów. Pod tym względem rzeczywiście można narzekać, że brakuje mu oryginalności, bo porównania do ww. „The Goonies”, „E.T.” i Super 8 narzucają się same. Nie szkodzi, i tak całość ogląda się z przyjemnością taką, na jaką liczyłem w przypadku wspomnianego filmu Abramsa, gdzie nie do końca to wyszło. Tutaj nostalgia za młodzieżowym kinem z lat 80. ubiegłego wieku momentami była dużo silniejsza.

Tyle, że to nie jest kino z tak hołubionego okresu, bo nakręcone w nowoczesny, found-footage’owy sposób. Całość oglądamy z perspektywy kamery jednego z bohaterów i innych pomniejszych kamerek w okularach czy Go-Pro. A także momentami na ekranie komputera, co dało możliwość do sympatycznego myku z muzyką z Robina Hooda: Księcia złodziei.

Wyszedł naprawdę bardzo fajny film, w którym od samego początku lubimy głównych bohaterów (trochę przeszkadza, że są kiepskimi aktorami, ale przynajmniej są zabawni), co zawsze jest kluczem do powodzenia. Przy czym trzeba pamiętać, że to produkcja niezależna, a jej reżyser – Dave Green – jest debiutantem jeśli chodzi o duży metraż. Mowa więc o raczej garażowym kinie zrobionym z widocznym talentem, ale za niewielkie pieniądze (drobne 13 milionów dolarów; nie wiem, ale zakładam, że komuś się spodobało to, co już zostało nakręcone i sporo dołożył na podkręcenie efektów specjalnych). Moim zdaniem tak debiutują twórcy, którzy w niedalekiej przyszłości dostaną 100 milionów na pokazanie tego, co naprawdę potrafią. 8/10

(1826)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl