Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

5 Smaków 2014 – Po twoim trupie [Over Your Dead Body aka Kuime]

Takashi Miike, twórca tak płodny, że zawstydza Bollywood. Ledwo niecały miesiąc temu na WFF-ie pokazano jego najnowszy film, a już teraz na 5 Smakach pokazują jego inny najnowszy film. A to i tak nie są jego najnowsze filmy, bo jest jeszcze nowszy, którego u nas póki co nigdzie nie pokazują. Co jednak ważniejsze od tej niesamowitej filmowej płodności to fakt, że mimo przebogatej filmografii reżysera trudno znaleźć w niej dwa podobne do siebie filmy. Sprawę ułatwia to, że Miike skacze po filmowych gatunkach jak posłowie po delegacjach, ale i tak godna podziwu jest jego wyobraźnia, od której wszystko się zaczyna. I wolność artystyczna, której próżno byłoby mu szukać w Stanach czy w Europie. Witajcie w Japonii, kraju, w którym najwyraźniej nie wymyślono jeszcze producentów filmowych.

Wyobraźnia, wolność artystyczna, ale i świetne czucie filmowego materiału, czego dowodem trafne wybory kolejnych projektów. Miike bierze się za filmowe adaptacje wszystkiego: mang, seriali rysunkowych, klasycznych filmów, książek, gier komputerowych itd. itp. i prawie za każdym razem to magiczne „jedno zdanie opisujące fabułę” zachęca od razu do obejrzenia filmu. Naprawdę zadziwiający nos, z której strony by nie spojrzeć. Nos, który tym razem wywąchał tradycyjną japońską sztukę teatralną.

Historia tego filmu zaczyna się gdzieś w połowie XVII wieku, kiedy to niejaka Oiwa Inari Tamiya Jinja rzuca klątwę na ród Tamiya, w który się wżeniła. Mija dwieście lat, Tsuruya Nanboku IV dla teatru kabuki pisze sztukę „Yotsuya Kaidan” luźno opartą na ww. historii Oiwy. Nie wie jeszcze, że za chwilę stanie się twórcą najpopularniejszej japońskiej opowieści grozy, która na deskach teatru, a potem w kinie wystawiona zostanie wielokrotnie. A na wypadek, gdyby tego było mało, będzie miała jeszcze więcej wspólnego z tymi ekranizacjami. Oto pojawia się przesąd, wedle którego cała ekipa przedstawienia ma stawić się na grobie Oiwy i złożyć stosowne modlitwy, by zapobiec rzuceniu klątwy na ich przedsięwzięcie. Dobrze też, żeby było to udane przedstawienie, bo duch Oiwy zwykł sobie siadać na widowni i zobaczyć jak to wszystko wyszło.

Film Miikego opowiada o jednej z takich ekranizacji. Oto ekipa z tradycyjnego japońskiego teatru przygotowuje się do wystawienia „Yotsui Kaidan”. Obserwujemy próby generalne, poznajemy lepiej smutną historię głównej bohaterki Oiwy, a równolegle nie mniej smutną historię życia uczuciowego aktorki, która wciela się w jej rolę. Oba światy przenikają sie ze sobą i za chwilę nie wiadomo, co jeszcze jest sztuką, a co już życiem realnym. Co jawą, a co snem.

Nieskromnie nie ukrywam, że po przeczytaniu takich czterech akapitów jak te powyższe, pobiegłbym do kina w te pędy. Kłopot jednak z tym, że to wszystko brzmi naprawdę dobrze i zachęcająco, ale efekt filmowy nie jest już tak emocjonujący. Inaczej, jest zbyt japoński jak na mój gust i zbyt, jakby to nazwać, kabukowaty. Mogę się tylko domyślać, że znajomość teatru kabuki mocno pomaga w odbiorze. W końcu to również, a może i przede wszystkim, hołd dla niego. Widowiskowy hołd – dekoracje sztuki zbudowane na obrotowej scenie robią wspaniałe wrażenie efektownego spektaklu.

Miike stał się też w tym przypadku ofiarą samego siebie. Po tych wszystkich zwariowanych filmach pełnych przemocy, dowcipu, błyskotek i kakofonii nagle przychodzi film zupełnie statyczny, teatralny i spokojny i trudno się dziwić, że niektórzy mogą czuć się zawiedzeni. Choć może „zawiedzeni” to złe słowo – po prostu trzeba z góry nastawić się na zupełnie inny rodzaj filmowej rozrywki, która jednemu przypasuje, drugiemu nie do końca. Na pewno „Kuime” coś w sobie ma, ale skłamałbym, gdybym powiedział, że – szczególnie podczas pierwszej połowy filmu – nie przysypiałem.

„Kuime” to najbardziej klasyczny z azjatyckich horrorów, archetyp wszystkich „Ringów” i jemu podobnych filmów o kobietach z długimi, czarnymi, wypadającymi włosami. To nie tak, że „Kuime” do nich pije, to one piją do „Yotsuya Kaidan”. Trzeba o tym pamiętać, zanim zacznie się narzekać na wtórność. To sytuacja zupełnie taka sama, gdyby ktoś z naszej sfery kulturowej wziął się za kolejną ekranizację opowieści o Draculi czy Frankensteinie. I nakręcił ją w efektowny sposób – bo nowy film Miikego, choć spokojny i statyczny, to nakręcony z kunsztem reżysera, który na śniadanie zjada wszelkie gatunki filmowe, także horror. Choć akurat Miike, wbrew obiegowej opinii, twórcą horrorów raczej jest przeciętnym i nie jest to gatunek, w którym wypada najlepiej.

Z mojej strony naciągane 7/10.

(1821)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.