Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

WFF 2014 – Właściciele [The Owners aka Ukkylikamshat]

Chciałbym poznać tę osobę, która w opisach festiwalowych filmów lekką ręką pisze „komedia” albo „czarna komedia” przy co drugiem tytule. Ciekawi mnie, jakie ten człowiek ma poczucie humoru i co go bawi.

Co roku przed WFF-em siadam przed listą filmów, które będą tam wyświetlane i wybieram kilkanaście tytułów do obejrzenia. Co roku okazuje się po festiwalu, że wśród wybranych nie było ani jednego nagrodzonego czymkolwiek. Jako narcyz biorę to oczywiście za dobry omen – znaczy, że dobrze wybrałem.

Piszę o tych dwóch rzeczach, bo 1). „Właściciele” to taka czarna komedia jak z Q-Bloga blog modowy, a 2). „Właściciele” są chyba jedynym nagrodzonym na 30. WFF-ie filmem, którego seans wybrałem dwa tygodnie temu. I trochę ze sobą walczyłem, czy się na niego wybrać, bo już zmęczony jestem festiwalem, a seans rozpoczynał się o 9.30 rano w niedzielę. Nawet bilet do kosza wyrzuciłem, żeby mnie nie kusił, ale poszedłem po rozum do głowy (kto normalny 12 zeta do kosza wyrzuca?) i poskładałem go z powrotem ze zmiętego zwitka. Bileterka tylko przeciągle gwizdnęła na jego widok. – Fiu fiu. – To długa historia – odparłem.

Bohaterami „Właścicieli” jest trójka rodzeństwa, która wraca z miasta na wieś do domu odziedziczonego po zmarłej niedawno matce. Na miejscu okazuje się, że miejscówkę zaklepał już sobie miejscowy opryszek z dobrymi układami na policji. Od teraz zrobi wszystko, żeby przegonić niewygodne mu rodzeństwo.

Brzmi nieźle, szczególnie gdy dołożyć do zarysu fabuły obiecaną w streszczeniu na festiwalowej stronie czarną komedię. W rzeczywistości jednak kazachscy „Właściciele” okazują się dość męczącym surrealistycznym kinem z gatunku takiego surrealizmu, co to każdy go rozumie. Najjaśniejsza w całym panteonie dostępnym twórcom sztuczek historia zepchnięta zostaje na drugi plan (a szkoda, bo ze dwa lekkie wybuszki śmiechu na widowni wygenerowała), a całym filmem rządzi forma. Reżyser bawi się kadrem i postaciami, ale cały czas miałem wrażenie, że to taka typowa sztuka do sztuki. Wiadomo, na pierwszym planie jakaś dramatyczna rozmowa to na drugim dajmy faceta w kobiecej różowej koszulce z balonikiem w dłoni. I niech tańczy, o, niech tańczy!

Im bliżej końca tym film robi się jeszcze bardziej surrealistyczny, a finałowy Taniec Chochołów trwa w najlepsze przez ostatnie dziesięć minut. To tak pewnie na wypadek, gdyby ktoś jeszcze się nie zorientował, że życie to na zmianę śmiech i łzy. A jak tobie ukradną samochód, to sąsiad robi z tej okazji bibę. Ot, standardowe prawdy o tym łez padole.

6/10, bo zakładam po nagrodzie w sekcji Wolny Duch, że takie kino ma swoich amatorów i mogłem czegoś ważnego nie zauważyć. Nie dla mnie jednak takie filmy.

(1803)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.