WFF 2014 – Unlucky Plaza

W naszych podróżach festiwalowych witamy dzisiaj w Singapurze. Przed nami dwa słowa o opartym na prawdziwych wydarzeniach (powodów wykreślenia szukaj w komentarzach :) ) filmie w reżyserii Kena Kweka.

Bohaterów „Unlucky Plaza” jest trójka. Wszyscy oni udzielają wywiadu singapurskiej Magdzie Mołek opowiadając o wydarzeniach, które stały się ich udziałem. Onassis miał problem. Prowadzona przez niego knajpa świeciła pustkami, a długi rosły lawinowo. Problem miał też Sky. Na co dzień odnoszący sukces mówca motywacyjny (czy jak to się tam nazywa; taki Tom Cruise z Magnolii) zadłużył się u chińskiej mafii. Nie inaczej jego żona Michelle – kolejny problem – która mając dość dotychczasowego życia postanowiła uciec w siną dal z kochankiem-pastorem. Jak łatwo można się domyślić, wkrótce wszystkie trzy problemy zebrały się do kupy.

„Unlucky Plaza” to taki singapurski „Czwartek”. To dobra wiadomość, bo „Czwartek” jest wybitnym filmem. UP wybitnym filmem nie jest i pewnie gdyby powstał w Ameryce to byłby jednym z wielu podobnych filmów (ostatnio Pain & Gain), ale jako że nakręcony został w najszczęśliwszym miejscu na ziemi, to jakoś tak ogląda się go po prostu lepiej. Choć w całości „mówiony” jest po angielsku, to szczypta egzotyki nadaje mu potrzebnego złudzenia oryginalności.

Nie bez przyczyny wspominam o tym najszczęśliwszym miejscu na ziemi, bo w filmie Singapur jawi się właśnie tak. To miejsce, w którym broń palna jest zabroniona, a ludziom żyje się szczęśliwie. Można się domyślać, że dla singapurskich widzów wrażenie, jakie pozostawia po sobie „Unlucky Plaza” jest większe, gdyż rozumieją liczne zaskoczenia bohaterów na widok tego, że ktoś w Singapurze posiada broń. Europejskiego widza to raczej nie zaskakuje, ale przynajmniej może dowiedzieć się czegoś o świecie.

Co najbardziej uderzyło mnie w filmie Kweka to dialogi. Chyba po raz pierwszy zobaczyłem azjatycki film, w którym jedną z głównych ról odgrywają dialogi. Zakładam, że to wina nieznajomości języka i bycia skazanym na tłumaczenie, ale do tej pory dialogi w azjatyckim kinie były dla mnie daleko na liście rzeczy składających się na sukces filmu. Były, bo być musiały i nic ponadto. Inaczej w „Unlucky Plaza” (jak wspomniałem, film w języku angielskim), to główna wartość filmu, która nadaje mu komizmu.

To i pogmatwana (ale i zarazem prosta) historia, której sposób pokazania na ekranie uprawnia do nazywania Kweka mianem singapurskiego Tarantino (oczywiście z zachowaniem wszelkich proporcji – gdzie Rzym, gdzie Krym). Niestety, im bliżej końca, tym bardziej nie udało mu się uniknąć tego, co najbardziej zagraża tego typu produkcjom. W opowiedzianych w komediowy sposób dramatycznych historiach z życia wziętych zwykle przychodzi ten moment, w którym zastanawiamy się, czy aby lekkie potraktowanie tematu było na miejscu. I ten, w którym wesołość zbyt gwałtownie przechodzi w napięcie i thriller. Tylko najlepszym udaje się tego uniknąć, a w „Unlucky Plaza” trochę to zgrzytało przez to ze zbliżaniem się końca fajna czarna komedia za bardzo zbliżyła się do dreszczowca. EDIT: No nic, reżyser mnie sprytnie nabrał i choć dalej według mnie za poważnie się na koniec zrobiło, to jednak uwaga o zagrożeniach produkcji opartych na faktach nie ma racji bytu. KONIEC EDITA

Ale bawiłem się fajnie. 8/10.

(1799)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.