WFF 2014 – Fotograf

No i zakończył się Warszawski Festiwal Filmowy, a wraz z nim seria festiwalowych recek, które mało kogo obchodziły :P. Jeszcze jedna, ostatnia i koniec. Przyznam szczerze, że po takiej dawce festiwalowego kina czuję się trochę zmęczony. I już tęsknię za „normalnym” kinem. Jakieś wybuchy, czołgi, Brady Pitty! Nie byłoby pewnie takiego uczucia, gdybym na WFF-ie trafił na same perełki. Niestety, w mojej opinii poziom tegorocznego festiwalu był przeciętny. Na pewno lepiej bawiłem się na zeszłorocznych filmach.

Fotograf, reż. Waldemar Krzystek

Festiwal zakończył polski „Fotograf”. Zamarłem, gdy Stefan Laudyn zapewnił widownię, że film już widział i bardzo mu się podobał. Jak już pisałem wcześniej – zwykle źle to wróży. W przypadku „Fotografa” złe wróżby rzeczywiście okazały się prawdziwe. No ale oficjalna premiera dopiero w marcu przyszłego roku. Do tego czasu może jeszcze usłyszymy, że widzieliśmy niepełną wersję, jak w przypadku Miasta 44. Kto wie, czasu sporo na ewentualne przemontowanie filmu, któremu zdecydowanie przydałaby się wizyta u script-doktora i dłuższe poślęczenie nad scenariuszem.

I to nie tylko moja opinia. Film oglądaliśmy we czwórkę i każde z nas zgodnie orzekło, że niewiele w tym filmie trzyma się kupy, a emocji jest w nim tyle, co na rybach. Gorzkim śmiechem zabrzmiały słowa reżysera sprzed seansu, który wspomniał Macieja Zielińskiego. Kompozytor dowcipkował, że spróbuje uratować jego film muzyką. I rzeczywiście, gdyby wykastrować film z muzyki nie zostałoby już chyba nic napięcia. A mowa tylko o zwykłej muzyce ilustracyjnej, a nie jakichś utworach wpadających w ucho.

Nie wszystko w „Fotografie” jest złe. Na pewno parę rzeczy można pochwalić. Ot choćby samą próbę nakręcenia w Polsce chyba pierwszego thrillera o seryjnym mordercy. W ogóle Waldemar Krzystek niespodziewanie wyrasta na czołowego polskiego speca od kina gatunkowego. Niedawno wysłał do kin con-movie 80 milionów, a teraz to. Dobrych chęci nie można mu odmówić, ale to za mało. Tak naprawdę zupełnie przypadkiem „Fotograf” bardziej przypomina pierwsze polskie… giallo! A już na pewno często przebierający się morderca z umiejętnością przedrzeźniania głosów jest rasowym giallo-killerem. Tylko ostrego noża mu brakuje, szkoda – że nikt nie wpadł na to, żeby przerobić to na giallo, niewiele trzeba by robić. A kto wie, może z odpowiednim dystansem wyszło by lepiej niż na siłę poważna siódma woda po Siedem„.

Fajnie też, że główne skrzypce zostawiono rosyjskim aktorom. Nieopatrzone twarze dobrze się tu sprawdzają, a i język rosyjski jakoś tak lepiej brzmi od naszego. A gdzieś tak 80% to film rosyjskojęzyczny. Gorzej zaczyna się robić, gdy pojawiają się nasze gwiazdy, a są tu raczej kwiatkiem do kożucha tylko. Woronowicz zwraca uwagę… peruką (jestem wredny, ale uważam, że to słaby aktor), a Kota jest tyle co… kot napłakał. Szczególnie jego pierwsze pojawienie się jest kuriozalne. Chodzi sztywno i bez słowa z kąta w kąt planu zupełnie niepotrzebny, jakby go przeganiali zza kadru, bo zasłania widok kamerze. Przypatrzcie się mu, jak będziecie mieli okazję – boki zrywać.

Pomysł na film był, to na pewno. Oczywiście to standardowy serial-killer movie, ale nie sposób odmówić uroku koncepcji killera, który przy swoich ofiarach zostawia numerki, jakie przy oględzinach zwłok pozostawiają policyjni śledczy. Bardziej ryzykowny był pomysł ze zmienianiem głosu przez mordercę. Tu już trzeba by było czegoś więcej niż dobrej woli, bo dzieciak imitujący piosenkę Anny German… No niebezpiecznie blisko wybuchu śmiechu, a nie przerażenia. Zabrakło nabojów w arsenale reżysera i reszty ekipy, można oczywiście zrzucać to na brak doświadczenia w kręceniu kina gatunkowego, ale cóż to za usprawiedliwienie.

Zbytnio pogmatwana i poszatkowana pomiędzy dwoma oddzielonymi o dziesiąt lat okresami historia przypomina konstrukcję sera szwajcarskiego, mroku w tej mrocznej historii jak na lekarstwo, tyle samo napięcia. Finał zawodzi, polscy aktorzy zawodzą, a im bliżej końca tym „Fotograf” bardziej przypomina słaby serial telewizyjny niż porządne kino, które może i nie jest oryginalne, ale broni się formą i ogląda się je bez chwili na złapanie oddechu. 6/10, bo mimo kilku facepalmów żenady nie odczułem.

(1808)

PS. Ale scena samobójstwa kałachem – prima sort!

Odpowiedź

  1. Wiem, że dawno to oglądałeś i nic nie pamiętasz, więc pewnie nie podyskutujemy. Ja obejrzałem wczoraj i o ile wrażenie ogólne jest podobne, to jednak w zupełnie innych miejscach niż u ciebie. Fabuła mi nie przeszkadzała, wręcz bardzo mnie wciągnęła. Gadający nieswoim głosem chłopak był już kiedyś u Orsona Scotta Carda, więc łyknąłem go bez problemu (inna sprawa jak i czy w ogóle jest to fizycznie możliwe, żeby dziecko mówiło „dorosłym” głosem, nawet bez wiernego odtwarzania czyjegoś głosu). Już bardziej niewiarygodne wydało mi się skazanie dziecka na psychiczną mękę przez rodziców i wyolbrzymienie tego przez radzieckie wojsko, niby przeszkadzające ojcu w awansie. Ale i to jestem w stanie przyjąć, bo a nuż mogło się tak stać.
    Fabuła skacząca po dziesięcioleciach mi nie tylko nie przeszkadzała, ale (jak już wspomniałem wcześniej), podobała mi się. Przeskoki były tam gdzie trzeba, łatwo rozpoznawalne, nie było z nimi problemów, a pozwalały pchnąć akcję do przodu. Fajnie odmłodzili, a później postarzyli Bohosiewicz, Kota i innych aktorów. Okazuje się, że nawet przy mikrym zapewne polsko-rosyjskim budżecie można już tego typu efekty wstawiać.
    Co do polskiej obsady to rzeczywiście, nie dość, że pojawiają się pod koniec filmu, to jeszcze pędzą przez scenariusz na szybko deklamując co mają do zadeklamowania. Tak jakby dopiero w ostatniej chwili stwierdzili, że zrobią kawałek w Polsce i wezmą do tego polskich aktorów. Ale każdy z nich miał tylko pół dnia i trzeba było szybko nakręcić wszystkie sceny.
    Rosjanie grali o wiele lepiej, ale to był ich film, więc w sumie nie ma problemu.
    Do końca nie zrozumiałem dlaczego główna bohaterka nie chciała się podzielić z pozostałymi śledczymi informacją, co takiego powiedział jej zabójca. No i czy dobrze wydumałem, że prawdziwym zabójcą okazała się córka premiera? Bo inaczej to cały film sensu nie ma, skoro mordercy nie ujęli i po dwugodzinnym niemal seansie niewiele się do niego zbliżyli.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl